355 500 произведений, 25 200 авторов.

Электронная библиотека книг » Krzysztof Boruń » Zagubiona Przyszłość » Текст книги (страница 11)
Zagubiona Przyszłość
  • Текст добавлен: 5 октября 2016, 00:33

Текст книги "Zagubiona Przyszłość"


Автор книги: Krzysztof Boruń


Соавторы: Andrzej Trepka
сообщить о нарушении

Текущая страница: 11 (всего у книги 29 страниц)

Spękane wargi rozchylają się w niemym, bezgłośnym: „pić!”

Powoli wraca świadomość rzeczywistości. Wychudła dłoń unosi się z trudem i błądzi po omacku naokoło. Dźwięk uderzenia w blaszane naczynie i westchnienie…

William Horsedealer przez chwilę usiłuje podeprzeć się rękami i usiąść. Jest mu trudno, bardzo trudno zdobyć się na jakikolwiek wysiłek, mimo trzykrotnie mniejszego ciążenia w tych rejonach Celestii.

W końcu udaje mu się: obok skrzyni znajduje aluminiowy kubek. Ręka sięga w głąb naczynia. Ruchy stają się nerwowe: naczynie jest puste.

Horsedealer opada z powrotem na posianie, wie, że nie będzie mógł dowlec się do korytarza, gdzie znajduje się woda.

Palące pragnienie obezwładnia ciało, powieki zaciskają się.

„Ciemno… Może to i lepiej… Wzrok odpocznie” – myśli chory.

Nagle wydaje mu się, że jakieś płomyki tańczą tuż przed nim. Dziesięć… Dwadzieścia… Sto – już ich nie zliczy. Potem gasną. Coraz więcej ich gaśnie. Zostały wreszcie tylko dwa. Filozof konstatuje, że się przeistoczyły w parę oczu. Przypomina sobie niedawną rozmowę z Bernardem. Otwiera powieki, ale wtedy właśnie oczy Kruka znikają. Otacza go znów ciemność.

To tak niedawno… Może kilkanaście, może dwadzieścia godzin…

Kruk zniknął, za to wydaje mu się, że widzi wielki kosz miotacza tuż-tuż nad sobą. Błyszcząca głowica przyrządu wolno wykonuje półobrót, potem nieruchomieje. A pod miotaczem jakaś ręka manipuluje, jakby ustawiała go na cel. Nad ręką, z dużej, pociągłej twarzy wyrasta haczykowaty nos…

To Summerson! Wlepił oczy w czerń przestrzeni, macha ręką na kogoś, coś krzyczy, wygraża pięścią. Horsedealer słyszy jego głos bardzo wyraźnie.

Oprzytomniał trochę. Podnosi głowę, stara się rozejrzeć po otoczeniu, ale nieprzenikniona ciemność zlała wszystko w bezkształtną, czarną plamę.

Horsedealer zbiera myśli, jak gdyby chciał je skupić i rzucić przed siebie – niech rozświetlą te beznadziejne ciemności. Sprzykrzył mu się ten przymusowy odpoczynek oczu, niech nawet bolą od blasku, byle nie ta czarność bez końca, bez widoku na lepsze. Byle nie to! Pomyślał, że odebrano mu ostatnie resztki tego, czego człowiek potrzebuje do życia – trochę światła.

Zaklął ordynarnie, czego nigdy nie czynił, i zadziwił się sam sobie.

Tymczasem niedawne wspomnienia szeregowały się dość logicznie. Pamięć pełzała z wolna, jak płomyk w poszukiwaniu palnych przedmiotów.

Na tle brudnej i dusznej klitki, teraz na domiar złego ciemnej, zarysowały się ostro dwa obrazy: Summerson pod miotaczem i Bernard Kruk. Potrafił odróżnić stopień ich realności, a coraz bardziej się przekonywał, że obaj mają niewątpliwy ze sobą związek. No tak… Przecież konstruktor przebudowywał miotacz na osobiste zlecenie prezydenta: wiedziano o tym w całej Celestii. A ten zagadkowy napis na jakimś dokumencie, nie określonym bliżej przez Kruka, i słowo „Waszyngton”, które zelektryzowało filozofa, zasłyszane po raz drugi w życiu, a tak bardzo potwierdzające jego domysły sprzed kilkudziesięciu lat? Słowo pochodzące według wszelkich możliwych przypuszczeń z innego świata.

– Z innego świata… – powtórzył.

Inny świat… świat opanowany przez diabły…

Wzruszył ramionami.

„Wiadomo, komu potrzebna jest ta bajka”… – pomyślał. W jego przypuszczeniach, rozważaniach, domysłach, świat, od którego 400 lat temu oderwała się Celestia, musiał być bardzo podobny do niej. Tylko większy. O wiele większy…

Ale nie wyobrażał sobie na nim innych istot prócz ludzi, zwierząt i roślin. Wszystkiego tego, co dobrze znał. Teraz marzenie przeniosło go na tę drugą ziemię, o której Biblia wspominała w pierwszym rozdziale skąpo i w sposób zagmatwany.

Horsedealer wyobraził sobie, że patrzy na jej mieszkańców.

Wydali mu się młodzi i bardzo piękni. Jakże pragnął znaleźć się wśród nich duszą i ciałem.

W tok jego marzeń wdarł się ostry zgrzyt: miotacz. Dla jego przebudowy przebiegły i skąpy Summerson stawiał wszystko na szalę: pieniądze, swój autorytet, nawet jedyną córkę. O, jakże bardzo musiało mu zależeć na powodzeniu tego przedsięwzięcia!

„Jakiego przedsięwzięcia?” – zapytywał sam siebie Horsedealer, ale nieprzenikniona ciemność i milczenie były mu jedyną odpowiedzią.

W pewnej chwili wyobraził sobie, że ludzie z Towarzysza Słońca, tamci ludzie, lecą ku niemu. Jak lecą, nie wiedział. Może w takiej malutkiej rakietce, jaką Summerson wylatuje na przejażdżkę po ciemnym niebie, podobnym do przeogromnego naczynia wypełnionego gwiazdami? Tam jednak mogłoby się zmieścić tylko parę osób. A może zbudowali drugą Celestię, tylko szybszą i po 400 latach doganiają ich?

Był głęboko przekonany, że świat, w którym się urodził, jest dziełem ludzkich rąk, a nie boskim podarunkiem ofiarowanym sześćdziesięciu sprawiedliwym, jak uczyła Biblia. Dlaczegoż więc tamci ludzie na Ziemi nie mogliby w pięćdziesiąt albo sto lat później zbudować podobnego świata i przy użyciu znaczniejszych zasobów energii nadać mu prędkość większą od tej, jaką ma Celestia? Ale po co? W jakim celu by wylecieli?

A w jakim celu wyleciała Celestia?

„My wylecieliśmy z Towarzysza Słońca w strachu przed diabłami i kierujemy się ku obiecanej przez Boga Juvencie. Bardzo pięknie! – ironizował dalej. – Lecz przed kim by uciekały owe diabły?”

Zdrowy rozsądek nakazywał mu traktować myśl o pojawieniu się drugiej Celestii jako mglistą hipotezę. Ale opanowało go przemożne pragnienie ujrzenia Bernarda Kruka, pogadania z konstruktorem, wydobycia od niego reszty tajemnicy napisu i miotacza.

Jednocześnie owładnęło nim ponowne uczucie potęgującego się pragnienia. Popękane od gorączki wargi spuchły, wyschnięte gardło paliło niemiłosiernie. Wysiłkiem woli Horsedealer wstał z posłania, okrył się starą płachtą i postąpił parę kroków w ciemności.

Przystanął. Coś zawirowało mu w głowie, dreszcz zakołysał całą jego postacią. Zrobił jeszcze krok, drugi, trzeci. Nogi odmawiały posłuszeństwa. Wyciągnął rękę przed siebie szukając oparcia.

Nowa próba przełamania bezwładu ogarniającego ciało, ostry ból w skroniach i William Horsedealer padł na podłogę tuż pod drzwiami.

Nie pamiętał, jak długo leżał.

W mrugającym blasku kaganka, sporządzonego z wąskiego paska jakiejś grubej materii zanurzonej w oliwie, ujrzał nad sobą znajomą twarz. Margaret Stone patrzyła ze współczuciem na starego nauczyciela.

Horsedealer uczuł na języku słodkawy smak płynu. Przełknął z trudem łyk jeden, drugi. Nieznośny, kłujący ból w skroniach przeciął brutalnie kojące uczucie, jakie wraz z chłodnym płynem poczęło rozlewać się po jego ciele. Przymknął kurczowo powieki.

Kobieta postawiła na ziemi kaganek i kubek z wodą, po czym dźwignąwszy w górę bezwładne ciało chorego ułożyła go z powrotem na posłaniu.

– Pić… – wyszeptał.

Przycisnął gwałtownie wargi do zimnego metalowego kubka i łapczywie chłonął jego zawartość. Powoli wracały siły.

Sąsiadka zakrzątnęła się po izdebce i poprawiając choremu posłanie mówiła:

– Aleś się, staruszku, urządził! Pewno byś się przejechał do zakładów Morgana, gdybym tu przypadkiem nie wpadła. Widzę, że nie masz co do gęby włożyć – ciągnęła szperając w skrzyni, gdzie filozof zwykł był trzymać żywność. – Dlaczego kryjesz przed swoimi, że ledwie ciągniesz? Wszystkim pomagasz, a o sobie nie pomyślisz.

– Inni więcej potrzebują – wargi chorego poruszyły się z wysiłkiem.

– Potrzebują, potrzebują – powtórzyła gniewnie. – Ale najwięcej ciebie potrzebują. Bez twojej głowy byłoby wszystkim jeszcze gorzej.

– Przesada – zaoponował słabym głosem filozof. – Na mnie świat się nie kończy.

– Ty sobie gadaj, a ja wiem swoje. Mało to dla innych robisz? Ach, byłabym zapomniała! Byli u ciebie, pukali.

– Kto? Kiedy? – niepokój odbił się w oczach Horsedcalera.

– A niedawno. Jim Brown, no wiesz, ten brat Steyc'a był ze dwa razy. Był też Lett Cornick z jakimś drugim. Podobno policja go szuka – dorzuciła ściszonym głosem.

– Byli u mnie?

– A tak. Zaraz potem, jak u nas światło zgasło. Ale ja im powiedziałam, że ciebie nie ma, więc poszli. Myślałam, żeś gdzieś poszedł, staruszku, bo Jim dość długo i mocno pukał. Pewno byłeś nieprzytomny. Dopiero jak wstałeś w gorączce i rąbnąłeś o ziemię, to usłyszałam. Myślę sobie, co to może być? No i przyszłam zobaczyć. Całe szczęście, że usłyszałam, bobyś tu pewno bez pomocy nie dożył rana. Już teraz cię przypilnuję.

Dla Horsedealera było jednak w tej chwili najważniejsze, by szybko skomunikować się z innymi członkami związku. Zaszły widocznie jakieś nowe, ważne wydarzenia, wymagające natychmiastowej decyzji. Może każda chwila jest droga, a on tu leży bezczynnie.

– Mam do pani prośbę – zwrócił się do kobiety. – Niech pani pojedzie na 37 poziom do Malleta i powie jemu lub jego żonie, aby tu przyszedł.

– Nie zawracaj sobie teraz głowy, staruszku – rozpoczęła kobieta, ale Horsedealer nie dał jej skończyć.

– Ja panią bardzo proszę. Koniecznie muszę się zobaczyć z Johnnym, i to jak najszybciej.

– Dobrze, już dobrze. Wyślę Lucy. Przecież ciebie tak nie zostawię. Zaraz ci przyniosę trochę zupy, co została ze śniadania.

– Ale po co? Dziękuję…

– Nie gadaj tyle – ofuknęła go szorstko i wybiegła z pokoju. Wróciła za chwilę, oświadczając, że córka jej poszła już po Malleta. Oparłszy Horsedealera o ścianę poczęła go karmić łyżką jak dziecko. Wodnista, ciepława zupa szybko przywracała zwątlone głodem i pragnieniem siły. Potok słów kobiety, która to gderając, to znów opowiadając swym zwyczajem nowinki krzątała się koło niego, wprawiał go w pogodny nastrój.

Naraz jakby z oddali wpadły w jego ucho słowa:

– Bo mój stary, jak wiesz, staruszku, już trzeci rok szwenda się bez roboty. Więc też się ucieszyłam, że Frondy podobno ma coś dla niego. Ale się okazało, że to tylko dlatego, że inni nic chcieli robić. No, więc mój stary, wiadomo, powiedział, że on na taką robotę nie leci. Po prawdzie, to miał rację, bo też nie Frondy, lecz Andy Olster i Johnny Mallet nam pomogli, gdy wtedy nas z tej dziury chcieli wywalać.

– To jeszcze się nie uspokoiło?

– Niby tak. Ale po prawdzie, to ludzie mówią, że ten wywiad Summersona to śmierdzi. Pewnie prezydent znowu coś nakłamał. I dlatego zbytnio się z robotą nic kwapią.

– Jaki wywiad? – Horsedealer spojrzał ze zdziwieniem.

– A to ty, staruszku, nie wiesz? Ach, prawda! Przecież ja od wczorajszego południa u ciebie nie byłam. No, więc Summerson ogłosił, że na Celestię lecą jakieś kule!

Horsedealer poruszył się niespokojnie.

– Jak on to powiedział? Kule? Czy nie określił ich bliżej jakimś przymiotnikiem? To znaczy – dodał wyjaśniająco – nie powiedział, jakie to są kule? Na przykład: szybkie, metalowe? Bo ja wiem, może nawet… zamieszkane?

Na twarzy kobiety odbiło się zdumienie. Ponieważ jednak Horsedealera uważała za dziwaka, nie zapytała nawet, co oznaczają jego słowa.

– Zaraz, zaraz… – zastanawiała się przez chwilę. – Coś jest z tymi kulami! Ale nie tak, jak ty mówisz, staruszku. Aha, już wiem. Summerson powiedział zdaje się… że one wybuchają.

Horsedealer został sam. Spojrzał na drzwi, które kobieta już zamknęła za sobą – widocznie śpieszyła się. A rad by ją o coś zapytać, chociażby o to, czy się nie przesłyszał.

– Te kule wybuchają! – powiedział sobie może piąty raz. – Bardzo ciekawe…

Nagle podniósł się gwałtownie na posłaniu, chciał biec, biec przed siebie do windy i jeszcze dalej, aż do miotacza. Tak. Tam na pewno jest Kruk. Trzeba natychmiast uprzedzić go, wyjaśnić. Niech, broń Boże, nie przebudowuje miotacza!

Oczywiście – rozumował – kula może oznaczać tylko rakietę. Chodzi tu widocznie o ciało harmonijnych kształtów, prawdopodobnie kształtu pocisku. Bo przecież bryły kosmiczne pochodzenia naturalnego, chociażby duże, są nieforemną masą metalu lub kamienia. Kula ta jest wybuchająca dlatego, że przecież, o ile owi tajemniczy kosmonauci chcą zetknąć się z mieszkańcami Celestii, muszą zahamować. Prawdopodobnie wylecieli z Towarzysza Słońca później niż my, a więc na to, aby znaleźć się, bądź co bądź, blisko nas, prędkość ich statku musi l-z:: większa od prędkości Celestii. Przy hamowaniu musi działać silnik. Przez dyszę wylatuj;) strumienie gazów, podobnie jak w rakiecie Summersona.

Stary filozof zastanowił się. Coś mu jeszcze nie pasowało.

A dlaczego „kule” – w liczbie mnogiej? To prawdopodobnie Margaret się przesłyszała. Trudno przypuścić, żeby lecieli w kilku pojazdach. Chociaż…

Horsedealer zamyślił się.

A jeśli to jeszcze jeden wielki bluff Summersona? A może nie chodzi tu wcale o przebudowę miotaczy, lecz jest to tylko parawan dla jakiejś przygotowywanej rozgrywki między Sialem a grupą Agro lub Morganem?

Wpadł w gniew na samo przypuszczenie, że prezydent mógłby także i jego oszukać.

Pierwsza myśl znów porwała wyobraźnię filozofa.

Ludzie z innego świata! A właściwie nie z innego świata – po prostu z kolebki całego ludzkiego rodzaju! Jakie wieści nam wiozą?

Myśli starego człowieka zaczęły nabierać rozpędu.

Summerson chce ich zniszczyć. To znaczy, że wiozą wiadomości jak najgorsze dla niego! Tym samym pewnie pomyślne dla ogółu „szarych”… Bo co mogą stracić tysiące wyzyskiwanych i gnębionych mieszkańców Celestii? Cóż może stracić taki nędzarz, jak ja? Za to Summerson ma bardzo dużo do stracenia.

Żywiołowo zapragnął i c h zobaczyć, tak jak gdyby wszystko i w jego życiu miało się wówczas zmienić na lepsze.

Podniósł się gwałtownie. Wysiłkiem woli zwlókł się z posłania, przeszedł przez pokój i otworzył drzwi. Wszędzie otaczała go taka sama ciemność. Postąpił jeszcze parę kroków naprzód, zapominając o stojącej beczułce, potknął się o nią i nie mogąc po ciemku utrzymać równowagi z łoskotem zwalił się na ziemię.

Stłuczone ramię bolało go dotkliwie. Próbował unieść się. Opodal skrzypnęły drzwi i ujrzał żółtawy, mrugający blask kaganka.

Wychudła, koścista ręka ujęła jego dłoń w przegubie, a dobrze znany kobiecy głos sarkał zapamiętale:

– Co ty znów wyrabiasz, staruszku? Potrzeba ci było włóczyć się po ciemku i zbijać sobie boki? Po co wychodziłeś na korytarz? Przecież dlatego przyniosłam ci wodę, żebyś nie szwendał się bez światła.

W blasku płomyka zalśniły oczy wciąż jeszcze leżącego filozofa.

– Wygląda na to, że masz dużą gorączkę.

Odgłos przyspieszonych kroków rozległ się w korytarzu. Z ciemności wyłoniła się postać młodej dziewczyny.

– Co się stało? – zawołała przybyła, podbiegając do Horsedealera,

– Ano widzisz, co nasz staruszek wyprawia – odrzekła Margaret.

– Gdzie… gdzie jest Mallet?! – zawołał gwałtownie Horsedealer poznawszy Lucy.

– Nie ma go. Była tylko Ann, ale powiedziała, że nie wie, kiedy mąż przyjdzie.

– Kruka! Daj tu natychmiast Kruka!

– Co ci dać? – Margaret Stone nie mogła zrozumieć.

– Bernarda Kruka! Przyprowadź! No, konstruktora! Nie wie pani?

– Ach tak. Ale po co ci on? Znasz go dobrze? Powiedz, czego ci trzeba, ja się chętnie zakrzątnę. Ale po co tu Kruk?

– Muszę natychmiast go widzieć. Pani rozumie? Koniecznie! Natychmiast! Zrobi to pani dla mnie? Zatelefonuje do niego. Budka jest niedaleko stąd! Powie mu pani, że…

– Nie pleć głupstw. On nie przyjdzie – przerwała Margaret.

– Ależ ja wiem…

– Ja wiem – nie dała mu skończyć – że prezydent przyłapał go gdzieś na zewnątrz. Podobno jak uciekał… A zresztą, co i jak, nie wiem, dość, że jest aresztowany… i niebezpiecznie nawet pytać o niego. To tylko zawracanie głowy! Sam widzisz…

Horsedealer niczego nie widział, chociaż miał oczy szeroko otwarte…

Prezydent zastał córkę w salonie. Nie spała jeszcze. Niepokój dziewczyny nie uszedł uwagi ojca. Nie miał pewności co do jego przyczyny, ale pożałował, że mówił Stelli o możliwości jej małżeństwa z konstruktorem. Mógłby bowiem teraz przemilczeć dalszy bieg wypadków.

– Chcę ci powiedzieć, że wszystko w porządku.

Pytający wzrok Stelli świadczył wymownie, że jej to nie wystarcza.

– Los Kruka jest przesądzony – dodał obojętnym tonem.

– To znaczy? – Stella nie dawała za wygraną. – Czy wyznaczyłeś termin ślubu?

– Wprost przeciwnie. Okoliczności ułożyły się wprawdzie dosyć nieoczekiwanie, lecz wyzwoliły ciebie od współudziału w rozwiązywaniu sprawy miotacza. Teraz możesz poślubić Jacka Handersona i być naprawdę szczęśliwa. Chyba rozumiesz, że tak będzie lepiej?

– Tak, ojcze. A Kruk?

Summerson uznał, że powinien być twardy i wyjaśnić sprawę definitywnie:

– Kruk jest ciężko chory i wątpię, aby doktor Bradley zdołał go uratować. Stan jego jest beznadziejny i chyba umrze w ciągu kilkunastu godzin – stwierdził chłodno i chcąc zapobiec dalszym niewygodnym pytaniom dorzucił: – To wszystko, co chciałem ci zakomunikować.

Usta dziewczyny zadrgały nerwowo. Bez słowa wpatrywała się przez chwilę w kamienną twarz ojca, naraz odwróciła się gwałtownie i wybiegła z pokoju.

Prezydent pozostał sam. Bębniąc nerwowo palcami w szklaną płytę biurka nie mógł opanować potęgującego się rozdrażnienia. Sięgnął do guzika wizofonu.

– Proszę połączyć mnie ze stacją rakiet i przywołać konstruktora Bradleya… Tak, konstruktora. Od dziś przysługuje mu ten tytuł.

Po opuszczeniu gabinetu ojca Stella zamknęła się w swojej sypialni. Upadła na tapczan i wybuchnęła płaczem. Szybko jednak rozpacz, połączona z uczuciem upokorzenia i krzywdy osobistej, przerodziła się w bunt przeciw woli ojca.

Stella była bardzo młoda, ale jako córka prezydenta, i to takiego prezydenta, jakim był Summerson, wiedziała o bardzo wielu skandalach, oszustwach, intrygach, szantażach, a nawet pospolitych zbrodniach. Odbywały się blisko, tuż – bo w kręgu działania jej ojca i innych potentatów. Przyzwyczaiła się do tego, tym bardziej że stary Summerson dla każdego łotrostwa, które się dokonywało z jego rozkazu lub za jego wiedzą i milczącym przyzwoleniem, znajdował prezydenckie wytłumaczenie „racji stanu” i kaznodziejskie „woli bożej”. Dowiadywała się o nich najczęściej od osób trzecich, głównie „złotej młodzieży”, która zachwycała się niektórymi podłościami z powodu podobieństwa ich do wyczynów bohaterów tej czy owej sensacyjnej powieści rysunkowej.

Postępowanie ojca nie wywołałoby u Stelli żadnej specjalnej reakcji, gdyby nie chodziło tu o życie Bernarda Kruka.

Nie mogła i nie chciała pogodzić się z myślą, że dla jakiejś nic ją nie obchodzącej gry politycznej miałaby go utracić. Była dumna i uparta, podobnie jak jej ojciec. Gdy trzeźwiejsza myśl przypominała jej, że ojciec pragnie śmierci Kruka, wiedziała już, po czyjej stronie stanie, jeśli przyjdzie jej wybierać pomiędzy wolą ojca a życiem Bernarda.

Spojrzała na zegarek: zaczynał się już dzień. Zerwała się z tapczanu tak gwałtownie, jak gdyby chciała jednym ruchem odepchnąć tę nie przespaną bolesną noc i sprawić, by chociaż ten dzień był pomyślniejszy i szczęśliwszy.

– Chcę, żeby Ber żył! – powiedziała półgłosem i cichutko zamknęła za sobą drzwi.

Rozszerzone zdziwieniem oczy siwej kobiety powitały Stellę, która weszła do pokoju nie czekając na słowo zaproszenia.

Nie znała Johna Malleta, który przyjaźnie ją powitał. Nie miała dotąd żadnej sposobności bliższego zetknięcia się ze światem, w którym żył Bernard.

Mary Kruk ochłonąwszy z niespodziewanego wrażenia uprzejmym, trochę uniżonym ruchem wskazała Stelli najwygodniejsze miejsce. Słyszała od syna i przez radio o obietnicy prezydenta, wiedziała też o dalszym obrocie sprawy. Teraz, patrząc na szczupłą sylwetkę Stelli, na jej twarz o jakimś zaciętym wyrazie, zadawała sobie pytanie: „Co ją sprowadza?”

– Bardzo mi miło, że pani przyszła do nas. Jestem zaszczycona… – podjęła nieśmiało. Stella milczała, zmieszana obecnością Malleta. Mary Kruk ciągnęła:

– Ber jeszcze nie wrócił.

– Wiem – przerwała Stella. – Właśnie przyszłam naradzić się z panią. Zdziwienie siwej kobiety wzrosło.

– Może ja przeszkadzam? – odezwał się Mallet. Dziewczyna spojrzała na niego.

– Pan jest krewnym Bernarda?

– Przyjacielem jego nieżyjącego już ojca, a dziś i jego przyjacielem.

– To świetnie. Niech pan zostanie. I nie czekając odpowiedzi wyjaśniła:

– Bernard jest w niebezpieczeństwie. Grozi mu śmierć. Trzeba go koniecznie ratować – dokończyła bardzo stanowczo.

Matka zadrżała. Chwilę stała nieruchomo, patrząc z lękiem w twarz Stelli, a potem, mocno ściskając jej dłoń, powiedziała:

– Dobra, szlachetna pani…

Dziewczyna uśmiechnęła się blado. Bała się rozwlekłych rozmów, podczas gdy każda chwila była droga. Przerwała więc:

– Ber znajduje się w szpitalu pod strażą policji i opieką doktora Bradleya, która może być tragiczna w skutkach – Czy pan widzi realny sposób wydostania go stamtąd? – skierowała wzrok na Malleta. – Może udałoby się kogoś przekupić? Zabrałam ze sobą trochę biżuterii.

John milczał. A jeżeli chytry oszust, bo za takiego zawsze uważał Summersona, po prostu użył córki jako narzędzia prowokacji?

Stella zaczęła rozumieć, że jej obecność tu, dla niej tak naturalna i logiczna, w oczach tych ludzi wymaga szerszego komentarza, inaczej ona będzie dla nich nadal tylko córką prezydenta, daleką, wymagającą szczególnego szacunku, lecz zupełnie obcą.

Przyszło jej na myśl, że powinna opowiedzieć o całej sprawie jak najdokładniej. Tak też uczyniła. Powtórzyła rozmowę prezydenta z doktorem, nie zataiwszy niczego, powtórzyła również wstrząsające słowa usłyszane nad ranem od ojca.

Gdy skończyła, odetchnęła swobodniej.

Mallet uznał, że dalsze wypytywanie byłoby zbędne. Pragnął odwdzięczyć się Stelli za zaufanie, ale obawiał się odsłonić powstający w jego umyśle plan działania. Lecz Stella, wyczuwając niezręczność sytuacji, sama rozwiązała problem:

– Muszę już wracać, żeby nie wzbudzić podejrzenia prezydenta – pierwszy raz w życiu tak oficjalnie nazwała ojca. – Na miłość boską, róbcie coś. Aha, dam panu pieniądze. Przydadzą się pewnie w tej sprawie.

Sięgnęła do torebki. W tej chwili John ostrożnie położył spracowaną rękę na jej białej, wypielęgnowanej dłoni.

– Nie potrzeba – przemówił serdecznie. – Przekupstwem pokpilibyśmy sprawę. Będziemy działali w inny sposób.

– A może trzeba wynająć ludzi, którzy by go odbili? – sięgnęła do arsenału sensacyjnych opowieści obrazkowych drukowanych przez Greena.

– Umówmy się tak – zaproponował Mallet. – Zostawi pani pierścionek. Gdyby pomoc była konieczna, człowiek, który go pani odniesie twierdząc, że go znalazł w windzie, będzie zasługiwał na całkowite zaufanie.

Z długiego szeregu probówek i butelek zalegających laboratorium ręka doktora Bradleya wybrała mały, czarny flakon, może bardziej niepozorny od innych. Zdawało się lekarzowi, że jakaś wewnętrzna siła odpycha go od tego flakonu. Raz po raz wracało wspomnienie dnia, który otworzył pierwszą znaczącą kartę w jego życiu, a zamknął czyjąś ostatnią. Sięgnął wtedy po sławę pełną garścią. Za cenę zbrodni. Jeszcze niedawno zdawało mu się, że zatarł ją czas, że pogrzebana została na zawsze. I oto teraz odżyła… Odżyła nie tylko w pamięci, bo tam wracała nieustannie mącąc spokój lekarza – odżyła grozą powtórzenia się jeszcze raz tego strasznego dnia, w którym zakończył życie Rosenthal.

Teraz wszystko w jego naturze, co opierało się zadanemu gwałtowi, stanęło oko w oko z obojętnością robota, poddańczo uległego woli pana i właściciela. Dłonie mu drżały, zimna powierzchnia szkła zdawała się parzyć palce. Opuścił rękę i ostrożnie postawił flakon na stole. Nagle otrząsnął się.

– Nie, nie. Raczej koniec. Podszedł pośpiesznie do telefonu. Nakręcił numer.

– Tu Bradley. Doktor Roth? Proszę powiedzieć memu synowi, aby natychmiast przyjechał do mnie. Tak, natychmiast. Dziękuję.

Odetchnął z ulgą.

Czarna ampułka, połyskująca na środku stołu w świetle lampy, wydała mu się mniej straszna.

Bradley podszedł do stołu i wyciągnął rękę po flakon.

Nagła ciemność przykuła go do miejsca.

Był ogromnie zdziwiony, gdyż w tej części świata zdarzyło się to za jego długiego życia po raz pierwszy.

Wyszedł na korytarz. Ta sama wszechogarniająca, niewypowiedzianie pełna czerń pochłonęła go.

– Ellen! – zawołał na pielęgniarkę.

Wiązka jaskrawego światła przecięła ciemność. Potem druga. Przymrużył powieki, ale nie widział jeszcze niczego prócz elektrycznych oczu. Biały blask trzymał go jak w szponach.

– Profesorze Bradley, niech pan prowadzi nas do swego gabinetu. Pod warunkiem, że tam nikogo nie ma. Proszę postępować z nami uczciwie, nie próbować podstępu, a włos panu z głowy nie spadnie.

Lekarz bez wahania wskazał drzwi. Było mu wszystko jedno.

Na wezwanie wszedł pierwszy. Dwaj przybysze zamknęli za sobą drzwi. Zdążył przywyknąć trochę do rażącej jasności latarek. Teraz dostrzegał już, że intruzi mają zasłonięte twarze, a jeden trzyma w dłoni pistolet-elektryt.

– Czym mogę służyć? – zapytał tak spokojnie, jak gdyby miał do czynienia z pacjentami.

– Przyszliśmy zobaczyć się z Bernardem Krukiem, Daisy Brown i Deanem Roche'em… Który pokój zajmują?

– Dwudziesty czwarty.

– Kłamiesz! – niższy z przybyszów nieco podniósł lufę broni. Głowa lekarza drgnęła nieznacznie.

– Od jak dawna tam są? – zapytał drugi przybysz.

– Od pół godziny.

– A przedtem?

– Przedtem znajdowali się w trzech pokojach. Tam ich przywieziono.

– Czy żyją?

– Tak.

– Zdrowi?

– Zdrowi. Tylko uśpieni.

– Kto ich uśpił?

– Ja.

– Dlaczego?

– Otrzymałem takie polecenie.

– Od kogo?

Lekarz zawahał się. Lecz drugi z przybyłych wyręczył go:

– Summerson. To jego robota.

– Ale czy się obudzą? – zapytał pierwszy.

– Bezwzględnie. Kruk za jakieś 3 godziny, tamci za czterdzieści kilka.

– Czy potrafi pan przywołać ich natychmiast do przytomności?

– Tak. W ciągu kilku minut.

– Proszę zabrać ze sobą odpowiednie środki.

Bradley spojrzał znów po butelkach. Czarny flakon nie budził już jego lęku. Wiedział, że go w ogóle nie użyje. Nagle przeszedł go dreszcz. Był to bardziej dreszcz wstydu niż dreszcz strachu. Odwrócił oczy od mazistej cieczy. Sięgnął po strzykawkę, następnie ujął w dłoń buteleczkę z przezroczystym płynem, schował do kieszeni i spojrzał na przybyłych.

– Jestem gotów.

– Jeszcze pytanie: ilu policjantów strzeże uwięzionych?

– Dwóch, przed drzwiami.

– I nie ma żadnych dodatkowych patroli?

– W pokoju śpiących nikogo nie ma. A w okolicy, w sąsiednich korytarzach – nie wiem.

– Jak są uzbrojeni policjanci strzegący drzwi?

– Zewnętrznie tak jak zwykle policjanci na służbie. Więcej nie umiem powiedzieć. Przecież ich nie rewidowałem.

– Proszę się przyznać, jeśli pan kłamie – ostrzegł niższy z przybyłych. – przebaczymy, ale jeśli się później okaże, to…

Drugi osobnik dotknął nieznacznie ramienia mówiącego. Nabrał wiary w szczerość profesora. Bradley powiódł zwężonymi rażącym światłem oczyma po obydwu i odrzekł z mocą:

– Powiedziałem prawdę. A śmierci się nie boję. Stary jestem…

– Idziemy.

– Można o coś zapytać? – poprosił Bradley.

– Nie ma czasu!

– Czy wy… zabijecie ich?

– Nie, profesorze.

Na trzykrotne hasło latarki odpowiedziało kilka takich samych błysków. Kierujący akcją Cornick spojrzał na Bradleya.

– Niech profesor nas prowadzi.

Światło nie zapalało się. Szli poprzez szeroki, długi korytarz, mijając szereg drzwi separatek szpitalnych. Na końcu korytarza Cornick ujął profesora za rękaw i szepnął podając latarkę:

– Pan pójdzie pierwszy świecąc. Wejdzie pan do pokoju chorych, jak gdyby nas w ogóle nie było. Proszę świecić tylko prosto przed siebie.

Bradley wykonał polecenie. Dochodząc do miejsca, gdzie stał dozorujący policjant, usłyszał donośny okrzyk:

– Stój! Kto idzie?

– To ja! Profesor Bradley.

– Czy nie wie pan, co się stało ze światłem? Kolega poszedł po latarkę. Pan profesor może ma zapasową?

– Nie mam – odparł uczony.

Otworzył drzwi z klucza i spokojnie wszedł do środka. Usłyszał za sobą suchy rozkaz:

– Ręce do góry, rzucić broń! Naprzód!

Nie był zwrócony do niego. Zobaczył przerażonego strażnika, który szybko wepchnięty do pokoju i oślepiony blaskiem, stał pewien czas bezradnie, wreszcie wykrztusił błagalnie:

– Nie zabijajcie mnie.

– Nie oglądać się! Bądź posłuszny, to nie spotka cię nic złego.

Cornick podniósł z ziemi pistolet i wskazał policjantowi kąt pokoju. Tam też skierowało się i zatrzymało jedno ze świateł. Reszta skupiła się na trzech łóżkach ustawionych w niewielkich odstępach od siebie. Rytmiczny oddech pacjentów wskazywał, że Bradley mówił prawdę.

– Profesorze, niech pan się śpieszy.

Bradley nie zamierzał zwlekać. Był zadowolony, że właśnie tak się stało…

Niebawem Kruk poruszył się i półprzytomnym wzrokiem wpatrzył się w jaskrawe światła. Daisy i Dean wrócili do przytomności jednocześnie. Milczeli. Znać było, że nie spodziewali się niczego pomyślnego.

– Jesteście wolni – powiedział Cornick. – Czy możecie iść o własnych siłach? Daisy uniosła głowę. Potem podparła się i usiadła mrugając zdziwionymi oczami.

– Chyba tak. Tylko trochę mi się kręci w głowie. Dlaczego tu tak ciemno?

– Chodźcie! Nie ma czasu.

Wyszli. Bradley usłyszał chrobot klucza. Zapanowała znów ciemność i cisza przerywana tylko nerwowym sapaniem policjanta.

– Gdzie oni są? – rozległo się w ciszy, kiedy szef policji wszedł do gabinetu.

Godston skurczył się w sobie.

– Gdzie oni są? – powtórzył prezydent. Cisza.

– Gdzie oni są? Przecież zapytuję.

– Nie wiem. Czy zechcesz przyjąć moją rezygnację?

– Mam ważniejsze sprawy na głowie. Trzeba natychmiast ich odnaleźć. Rozumiesz? Szef policji skinął głową.

– Jak sądzisz, gdzie oni mogli się ukryć? – rzucił pytanie prezydent.

– Wszędzie.

Odpowiedź Godstona brzmiała ponuro.

– Kiedy zarządziłeś pogoń?

– W 20 minut po napadzie.

Prezydent dopiero teraz uświadomił sobie sens słowa „wszędzie”. Tak, Godston nic nie przesadził. 20 minut. Jeśli się weźmie pod uwagę pośpieszne windy pneumatyczne, mogli oni z powodzeniem ukryć się przez ten czas w każdym punkcie Celestii.

– Gdyby nie Arnold Bradley, nie wiedziałbym nic chyba do tej pory.

– Przecież już było światło. Dzwonek nie działał?

– Przecięli przewody. O, to była akcja dobrze przemyślana.

– Winszuję – powiedział prezydent kpiąco. – Ale sądzę, że w odpowiedzi pokażesz mi waszą sprawność. Ja na to czekam. I żądam! Aha, czy tego dokonali ludzie Greena, czy też… -Summerson urwał w pół zdania.

– Trudno powiedzieć. Wyglądało na robotę Agro, ale wyniki wstępnych dochodzeń prowadzą w innym kierunku.

– To znaczy – dokąd?

– Do tego samego źródła, co w zajściach sprzed dwóch dni. Prawdopodobnie działała tu banda Nieugiętych.

– Wyłączenie światła było przypadkiem czy sabotażem?

– Bezwarunkowo sabotażem.

– Czy sprawca został ujęty?

– Nie.

– Dotychczas nie! – Summerson zaakcentował pierwsze słowo.

– Będę szczery. W tym wypadku wykrycie sprawców jest naprawdę bardzo trudne. Śledztwo przeprowadzić można. Ale czy na to jest czas?

– Tak! Szkoda czasu na gadanie z tobą! – zniecierpliwił się prezydent. – Za godzinę dostarczysz mi tych troje – żywych lub umarłych. Dziś spostrzegam, że rządziłem zbyt łagodnie.


    Ваша оценка произведения:

Популярные книги за неделю