Текст книги "Lalka"
Автор книги: Bolesław Prus
сообщить о нарушении
Текущая страница: 8 (всего у книги 55 страниц) [доступный отрывок для чтения: 20 страниц]
ożywia się przybierając wyraz groźby albo litości i łaski. Kiedy pozytywka
wygrywała Łucję z Lamermoorualbo kiedy ze środka kościoła doleciał stukot
pieniędzy i francuskie wykrzykniki, oblicze Chrystusa ciemniało. Ale kiedy do
krucyfiksu zbliżył się jaki biedak i opowiadał Ukrzyżowanemu swoje strapienia,
Chrystus otwierał martwe usta i w szmerze fontanny powtarzał
błogosławieństwa i obietnice...
„Błogosławieni cisi... Błogosławieni smutni...”
Do tacy podeszła młoda, uróżowana dziewczyna. Położyła srebrną
czterdziestówkę, ale nie śmiała dotknąć krzyża. Klęczący obok z niechęcią
patrzyli na jej aksamitny kaftanik i jaskrawy kapelusz. Ale gdy Chrystus
szepnął: „ Kto z was jest bez grzechu, niech rzuci na nią kamieniem”, padła na
posadzkę i ucałowała jego nogi jak niegdyś Maria Magdalena.
„Błogosławieni, którzy łakną sprawiedliwości... Błogosławieni, którzy płaczą...”
Z głębokim wzruszeniem przypatrywał się Wokulski pogrążonemu w
kościelnym mroku tłumowi, który z tak cierpliwą wiarą od osiemnastu wieków
oczekuje spełnienia się boskich obietnic.
„Kiedyż to będzie!...” – pomyślał.
„Pośle Syn Człowieczy anioły swoje, a oni zbiorą wszystkie zgorszenia i tych,
którzy nieprawość czynią, jako zbiera się kąkol i pali się go ogniem.”
Machinalnie spojrzał na środek kościoła. Przy bliższym stoliku hrabina
drzemała, a panna Izabela ziewała, przy dalszym trzy nie znane mu damy
zaśmiewały się z opowiadań jakiegoś wykwintnego młodzieńca.
„Inny świat... inny świat!... – myślał Wokulski. – Co za fatalność popycha mnie
w tamtą stronę?”
W tej chwili tuż obok konfesjonału stanęła, a potem uklękła osoba młoda,
ubrana bardzo starannie, z małą dziewczynką.
Wokulski przypatrzył się jej i dostrzegł, że jest niezwykle piękna. Uderzył go
nade wszystko wyraz jej twarzy, jakby do tego grobu przyszła nie z modlitwą,
ale z zapytaniem i skargą.
Przeżegnała się, lecz zobaczywszy tacę wydobyła woreczek z pieniędzmi.
82
– Idź, Helusiu – rzekła półgłosem do dziecka – połóż to na tacy i pocałuj Pana
Jezusa.
– Gdzie, proszę mamy, pocałować?
– W rączkę i w nóżkę...
– I w buzię?
– W buzię nie można.
– Ech, co tam!... – Pobiegła do tacy i pochyliła się nad krzyżem.
– A widzi mama – zawołała powracając – pocałowałam i Pan Jezus nic nie
powiedział.
– Niech Helusia będzie grzeczna – odparła matka. – Lepiej uklęknij i zmów
paciorek.
– Jaki paciorek?
– Trzy Ojcze nasz, trzy Zdrowaś...
– Taki duży paciorek?... a ja taka malutka...
– No, to zmów jedno Zdrowaś... Tylko uklęknij... Patrz się tam...
– Już patrzę. Zdrowaś, Maria, łaski pełna... Czy to, proszę mamy, ptaszki
śpiewają?
– Ptaszki sztuczne. Mów paciorek.
– Jakie to sztuczne?
– Zmów pierwej paciorek.
– Kiedy nie pamiętam, gdzie skończyłam...
– Więc mów za mamą: Zdrowaś, Maria...
– Śmierci naszej. Amen – dokończyła dziewczynka. – A z czego robią się
sztuczne ptaszki?
– Heluniu, bądź cicho, bo nigdy cię nie pocałuję – szepnęła strapiona matka. -
Masz tu książkę i oglądaj obrazki, jak Pan Jezus był męczony.
Dziewczynka usiadła z książką na stopniach konfesjonału i ucichła.
„Co to za miła dziecina! – myślał Wokulski. – Gdyby była moją, zdaje się, że
odzyskałbym równowagę umysłu, którą dziś tracę z dnia na dzień. I matka
prześliczna kobieta. Jakie włosy, profil, oczy... Prosi Boga, ażeby
zmartwychwstało ich szczęście... Piękna i nieszczęśliwa ; musi być wdową.
Ot, gdybym ją był spotkał rok temu.
I jestże tu ład na świecie?... O krok od siebie staje dwoje ludzi nieszczęśliwych;
jedno szuka miłości i rodziny, drugie może walczy z biedą i brakiem opieki.
Każde znalazłoby w drugim to, czego potrzebuje, no – i nie zejdą się... Jedno
przychodzi błagać Boga o miłosierdzie, drugie wyrzuca pieniądze dla
stosunków. Kto wie, czy paręset rubli nie byłoby dla tej kobiety szczęściem?
Ale ona ich nie dostanie; Bóg w tych czasach nie słucha modlitwy uciśnionych.
A gdyby jednak dowiedzieć się, kto ona jest?... Może bym potrafił jej dopomóc.
Dlaczego wzniosłe obietnice Chrystusa nie mają być spełnione; choćby przez
takich jak ja niedowiarków, skoro pobożni zajmują się czym innym?”
W tej chwili Wokulskiemu zrobiło się gorąco... Do stolika hrabiny zbliżył się
elegancki młodzieniec i coś położył na tacy. Na jego widok panna Izabela
83
zarumieniła się i oczy jej nabrały tego dziwnego wyrazu, który zawsze tak
zastanawiał Wokulskiego.
Na wezwanie hrabiny elegant siadł na tym samym fotelu, który niedawno
zajmował Wokulski, i zawiązała się żywa rozmowa. Wokulski nie słyszał jej
treści, tylko czuł, że w mózgu wypala mu się obraz tego towarzystwa.
Kosztowny dywan, srebrna taca zasypana na wierzchu garścią imperiałów, dwa
świeczniki, dziesięć płomyków, hrabina odziana w grubą żałobę, młody
człowiek zapatrzony w pannę Izabelę i ona – rozpromieniona.Nawet ten
szczegół nie uszedł jego uwagi, że od blasku płomyków hrabinie świecą się
policzki, młodemu człowiekowi koniec nosa, a pannie Izabeli oczy.
„Czy oni kochają się? – myślał. – Więc dlaczegóż by się nie pobrali?... – Może
on nie ma pieniędzy... Lecz w takim razie co znaczą jej spojrzenia?... Podobne
rzucała dziś na mnie. Prawda, że panna na wydaniu musi mieć kilku albo i
kilkunastu wielbicieli i wabić wszystkich, ażeby... sprzedać się najwięcej
ofiarującemu!”
Przyszedł delegowany. Hrabina podniosła się z fotelu, to samo zrobiła panna
Izabela i przystojny młodzieniec, i wszyscy troje z wielkim szelestem poszli ku
drzwiom zatrzymując się przy innych stolikach. Każdy z asystującej tam
młodzieży gorąco witał pannę Izabelę, a ona każdego obdarzała tymi samymi,
zupełnie tymi samymi spojrzeniami, które Wokulskiemu zachwiały rozum.
Wreszcie wszystko ucichło: hrabina i panna Izabela opuściły kościół.
Wokulski ocknął się i spojrzał bliżej siebie. Pięknej pani z dzieckiem już nie
było.
„Jaka szkoda!” – szepnął i uczuł lekkie ściśnięcie serca.
Natomiast obok krzyża leżącego na ziemi wciąż klęczała młoda dziewczyna w
aksamitnym kaftaniku i jaskrawym kapeluszu. Gdy zwróciła oczy na oświetlony
grób, jej także błysnęło coś na wyróżowanych policzkach. Jeszcze raz ucałowała
nogi Chrystusowi, ciężko podniosła się i wyszła.
„Błogosławieni, którzy płaczą... Niechże przynajmniej tobie zmarły Chrystus
dotrzyma obietnicy” – pomyślał Wokulski i wyszedł za nią.
W kruchcie spostrzegł, że dziewczyna rozdaje jałmużnę dziadom. I opanowała
go okrutna boleść na myśl, że z dwu kobiet, z których jedna chce się sprzedać za
majątek, a druga już się sprzedaje z nędzy, ta druga, okryta hańbą, wobec
jakiegoś wyższego trybunału może byłaby Iepszą i czystszą.
Na ulicy zrównał się z nią i zapytał:
– Dokąd idziesz?
Na jej twarzy znać było ślady łez. Podniosła na Wokulskiego apatyczne
wejrzenie i odparła:
– Mogę pójść z panem.
– Tak mówisz?... Więc chodź.
Nie było jeszcze piątej, dzień duży; kilku przechodniów obejrzało się za nimi.
84
„Trzeba być kompletnym błaznem, ażeby robić coś podobnego – pomyślał
Wokulski idąc w stronę sklepu. – Mniejsza o skandal, ale co, u diabła, za
projekta snują mi się po łbie? Apostolstwo?... Szczyt głupoty.
Wreszcie – wszystko mi jedno; jestem tylko wykonawcą cudzej woli.”
Wszedł w bramę domu, w którym znajdował się sklep, i skręcił do pokoju
Rzeckiego, a za nim dziewczyna. Pan Ignacy był u siebie i zobaczywszy
szczególną parę, rozłożył ręce z podziwu.
– Czy możesz wyjść na kilka minut? – zapytał go Wokulski.
Pan Ignacy nie odpowiedział nic. Wziął klucz od tylnych drzwi sklepu i opuścił
pokój.
– Dwu? – szepnęła dziewczyna wyjmując szpilkę z kapelusza.
– Za pozwoleniem – przerwał jej Wokulski. – Dopiero co byłaś w kościeIe,
wszak prawda, moja pani?
– Pan mnie widział?
– Modliłaś się i płakałaś. Czy mogę wiedzieć, z jakiego powodu?
Dziewczyna zdziwiła się i wzruszając ramionami odparła:
– Czy pan jest ksiądz, że się o to pyta?
A przypatrzywszy się uważniej Wokulskiemu dodała:
– Ech! także zawracanie głowy... Dowcipny!
Zabierała się do odejścia, ale zatrzymał ją Wokulski.
– Poczekaj. Jest ktoś, który chciałby ci dopomóc, więc nie spiesz się i
odpowiadaj szczerze...
Znowu przypatrzyła mu się. Nagle oczy jej zaśmiały się, a na twarz wystąpił
rumieniec.
– Wiem – zawołała – pan pewnie od tego starego pana!... On kilka razy
obiecywał, że mnie weźmie... Czy on bardzo bogaty?... Pewnie, że bardzo...
Jeździ powozem i siada w pierwszych rzędach w teatrze.
– Posłuchaj mnie – przerwał – i odpowiadaj: czegoś płakała w kościele?
– A bo, widzi pan... – zaczęła dziewczyna i opowiedziała tak cyniczną historię
jakiegoś sporu z gospodynią, że słuchając jej Wokulski pobladł.
„Oto zwierzę!” – szepnął.
– Poszłam na groby – mówiła dalej dziewczyna – myślałam, że się trochę
rozerwę. Gdzie tam, com wspomniała o starej, to aż mi łzy pociekły ze złości.
Zaczęłam prosić Pana Boga, ażeby albo starą choroba zatłukła, albo żebym ja od
niej wyszła. I widać Bóg wysłuchał, kiedy ten pan chce mnie zabrać.
Wokulski siedział bez ruchu. Wreszcie zapytał:
– Ile masz lat?
– Mówi się, że szesnaście, ale naprawdę mam dziewiętnaście.
– Chcesz stamtąd wyjść?
– A – choćby do piekła. Już mi tak dokuczyli... Ale...
– Cóż?
– Pewno nic z tego nie będzie... Wyjdę dziś, to po świętach sprowadzą mnie i
zapłacą jak wtedy w karnawale, com później tydzień leżała.
85
– Nie sprowadzą.
– Akurat! Mam przecie dług...
– Duży?
Oho!... z pięćdziesiąt rubli. Nie wiem nawet, skąd się wziął, bo za wszystko
płacę podwójnie. Ale jest... U nas tak zawsze. A jeszcze jak usłyszą, że tamten
pan ma pieniądze, to powiedzą, że ich okradłam, i narachują, ile im się podoba.
Wokulski czuł, że opuszcza go odwaga.
– Powiedz mi, czy ty zechcesz pracować?
– A co będę miała do roboty?
– Nauczysz się szyć.
– To na nic. Byłam przecie w szwalni. Ale z ośmiu rubli na miesiąc nikt nie
wyżyje. Wreszcie – jestem tyle jeszcze warta, że mogę nikogo nie obszywać.
Wokulski podniósł głowę.
– Nie chcesz wyjść stamtąd!
– Ale chcę!
– Więc decyduj się natychmiast. Albo weźmiesz się do roboty, bo darmo nikt na
świecie chleba nie jada...
– I to nieprawda – przerwała. – Ten stary pan nic przecie nie robi, a pieniądze ma.
Nieraz też mówił, że mnie już o nic głowa nie zaboli...
– Nie pójdziesz do żadnego pana, tylko do magdalenek. Albo wracaj na miejsce.
– Magdalenki mnie nie wezmą. Trzeba zapłacić dług i mieć poręczenie...
– Wszystko będzie załatwione, jeżeli tam pójdziesz.
– Jakże ja do nich pójdę?
– Dam ci list, który zaraz odniesiesz, i tam zostaniesz. Chcesz czy nie chcesz?..
– Ha, niech pan da list. Zobaczę, jak mi tam będzie.
Usiadła i oglądała się po pokoju.
Wokulski napisał list, opowiedział, gdzie ma iść, i w końcu dodał:
– Masz wóz i przewóz. Będziesz dobra i pracowita, będzie ci dobrze; ale jeżeli
nie skorzystasz z okazji, rób, co ci się podoba. Możesz iść.
Dziewczyna roześmiała się.
– To stara będzie się wściekać... To jej narobię... Cha... Cha!... Ale... może pan
tylko naciąga?
– Idź – odpowiedział Wokulski wskazując drzwi.
Jeszcze raz przypatrzyła mu się z uwagą i wyszła wzruszając ramionami.
W chwilę po jej odejściu ukazał się pan Ignacy.
– Cóż to za znajomość? – spytał kwaśno.
– Prawda!... – rzekł zamyślony Wokulski. – Nie widziałem jeszcze podobnego
bydlęcia, chociaż znam dużo bydląt.
– W samej Warszawie jest ich tysiące – odparł Rzecki.
– Wiem. Tępienie ich do niczego nie doprowadzi, bo ciągle się odradzają, więc
wniosek, że prędzej czy później społeczeristwo musi się przebudować od
fundamentów do szczytu. Albo zgnije.
– Aha!... – szepnął Rzecki. – Domyślałem się tego.
86
Wokulski pożegnał go. Doświadczał takich uczuć, jak chory na gorączkę,
którego oblano zimną wodą.
„Nim jednak przebuduje się społeczność – myślał – widzę, że sfera mojej
filantropii bardzo się uszczupli. Majątek mój nie wystarczyłby na
uszlachetnianie instynktów nieludzkich. Wolę ziewające kwestarki niżeli
modlące się i płaczące potwory.”
Obraz panny Izabeli ukazał mu się otoczony jaśniejszym niż kiedykolwiek
blaskiem. Krew biła mu do głowy i upokarzał się w duchu na myśl, że z
podobnym stworzeniem mógł ją zestawić!
„Wolęż ja wyrzucać pieniądze na powozy i konie aniżeli na tego rodzaju -
nieszczęścia!...”
W Wielką Niedzielę Wokulski najętym powozem zajechał przed mieszkanie
hrabiny. Zastał już długi szereg ekwipażów bardzo rozmaitego dostojeństwa.
Były tam eleganckie dorożki obsługujące złotą młodzież i dorożki zwyczajne,
wzięte na godziny przez emerytów; stare karety, stare konie, stara uprząż i
służba w wytartej liberii, i nowe, prosto z Wiednia powoziki, przy których
lokaje mieli kwiaty w butonierkach, a furmani opierali bat na biodrze, jak
marszałkowską buławę. Nie brakło i fantastycznych kozaków, odzianych w
spodnie tak szerokie, jakby tam właśnie ich panowie umieścili swoją ambicję.
Dostrzegł też mimochodem, że w gronie zebranych woźniców służba wielkich
panów zachowywała się w sposób pełen godności, bankierscy chcieli rej
wodzić, za co im wymyślano, a dorożkarze byli najrezolutniejsi. Furmani zaś
powozów najętych trzymali się blisko siebie, gardzący resztą i przez nią
pogardzani.
Gdy Wokulski wszedł do przysionka, siwy szwajcar w czerwonej wstędze
ukłonił mu się głęboko i otworzył drzwi do kontramarkarni, gdzie dżentelmen w
czarnym fraku zdjął z niego palto. Jednocześnie zaś zabiegł mu drogę Józef,
lokaj hrabiny, który dobrze znał Wokulskiego ; przenosił bowiem z jego sklepu
do kościoła pozytywkę i śpiewające ptaszki.
– Jaśnie pani czeka – rzekł Józef.
Wokulski sięgnął do kamizelki i dał mu pięć rubli czując, że poczyna sobie jak
parweniusz.
„Ach, jakiż ja jestem głupi! – myślał. – Nie, nie jestem; głupi. Jestem tylko
dorobkiewicz, który w tym państwie musi opłacać się każdemu na każdym
kroku. No, nawracanie jawnogrzesznic kosztuje więcej.”
Szedł po marmurowych schodach ozdobionych kwiatami, a Józef przed nim. Na
pierwszej kondygnacji miał kapelusz na głowie, na drugiej zdjął go nie wiedząc,
czy robi stosownie, czy niestosownie.
„W rezultacie mógłbym między nich wszystkich wejść w kapeluszu na głowie”
– rzekł do siebie.
Dostrzegł, że Józef mimo swego wieku, więcej niż średniego, biegł po schodach
jak łania i na górze gdzieś się podział, a Wokulski został sam, nie wiedząc,
87
dokąd udać się i komu się zameldować. Była to krótka chwila, lecz w
Wokulskim gniew zakipiał.
„Jakimi to oni formami obwarowali się, co? – pomyślał. – A... gdybym to mógł
wszystko zwalić!...”
I przywidziało mu się w ciągu kilkunastu sekund, że między nim a tym
czcigodnym światem form wykwintnych musi się stoczyć walka, w której albo
ten świat runie, albo – on zginie.
„Więc dobrze, zginę... Ale zostawię po sobie pamiątkę!...”
„Zostawisz przebaczenie i litość” – szepnął mu jakiś głos.
„Czyżem ja aż tak nikczemny!”
„Nie, jesteś aż tak szlachetny”
Ocknął się – przy nim stał pan Tomasz Łęcki.
– Witam cię, panie Stanisławie – rzekł z właściwą mu majestatycznością. -
Witam cię tym goręcej, że przybycie twoje do nas łączy się z bardzo miłym
wypadkiem w rodzinie...
„Czyżby zaręczyła się panna Izabela?...” – pomyślał Wokulski i pociemniało mu
w oczach.
– Wyobraź pan sobie, że z okazji twego tu przybycia... Słyszysz, panie
Stanisławie?... Z okazji twojej wizyty u nas ja pogodziłem się z panią Joanną, z
moją siostrą... Ale pan zbladłeś?... Znajdziesz tu wielu znajomych.... Nie
wyobrażaj sobie, że arystokracja jest tak straszną...
Wokulski otrząsnął się.
– Panie Łęcki – odparł chłodno – w moim namiocie pod Plewną bywali więksi
panowie. I byli dla mnie tyle łaśkawi, że niełatwo wzruszę się widokiem nawet
tak wielkich, jakich... nie znajdę w Warszawie.
– A... A!... – szepnął pan Tomasz i ukłonił mu się. Wokulski zdumiał się.
„Oto fagas! -.przemknęło mu przez głowę. – I ja... ja!... miałbym z takimi ludźmi
robić sobie ceremonie?..”
Pan Łęcki wziął go pod rękę i w sposób bardzo uroczysty wprowadził do
pierwszego salonu, gdzie byli sami mężczyźni.
– Widzisz pan: hrabia... – zaczął pan Tomasz.
– Znam – odparł Wokulski, a w duchu dodał: – „Winien mi ze trzysta rubli...”
– Bankier... – objaśniał dalej pan Tomasz. Ale nim powiedział nazwisko, bankier
sam zbliżył się do nich i przywitawszy Wokulskiego rzekł:
– Bój się pan Boga, z Paryża ogromnie ekscytują nas o te bulwary... Czy pan im
odpowiedziałeś?
– Pierwej chciałem porozumieć się z panem – odparł Wokulski.
– Więc zejdźmy się gdzie. Kiedy pan jesteś w domu?
– Nie mam stałej godziny, wolę być u pana.
– To wstąp pan do mnie we środę na śniadanie i raz skończmy.
Pożegnali się. Pan Tomasz czulej przycisnął ramię Wokulskiego.
– Jenerał... – zaczął.
88
Jenerał ujrzawszy Wokulskiego podał mu rękę i przywitali się jak starzy
znajomi.
Pan Tomasz stawał się coraz tkliwszym dla Wokulskiego i zaczynał dziwić się
widząc, że kupiec galanteryjny zna najwybitniejsze osobistości w mieście, a nie
zna tylko tych, którzy odznaczali się tytułem albo majątkiem, nic zresztą nie
robiąc.
Przy wejściu do drugiego salonu, gdzie było kilka dam, zastąpiła im drogę
hrabina Karolowa. Koło niej przesunął się służący Józef.
„Rozstawili pikiety – pomyślał Wokulski – ażeby nie skompromitować
dorobkiewicza. Grzecznie to z ich strony, ale...”
– Jakże się cieszę, panie Wokulski – rzekła hrabina odbierając go panu
Tomaszowi – jakże się cieszę, że spełniłeś moją prośbę... Jest tu właśnie osoba,
która pragnie poznać się z panem.
W pierwszym salonie ukazanie się Wokulskiego zrobiło pewną sensację.
– Jenerale – mówił hrabia – hrabina zaczyna nam sprowadzać kupców
galanteryjnych. Ten Wokulski...
– On taki kupiec jak ja i pan – odparł jenerał.
– Mój książę – mówił inny hrabia – skąd wziął się tu ten jakiś Wokulski?
– Zaprosiła go gospodyni – odparł książę.
– Nie mam przesądu co do kupców – ciągnął dalej hrabia – ale ten Wokulski,
który zajmował się dostawą w czasie wojny i zrobił na niej majątek...
– Tak... tak... – przerwał książę. – Ten rodzaj majątków bywa zwykle niepewny,
ale za Wokulskiego ręczę. Hrabina mówiła ze mną, a ja zapytywałem oficerów,
którzy byli na wojnie, między innymi mojego siostrzeńca. Otóż o Wokulskim
było jedno zdanie, że dostawa, której się on dotknął, była uczciwa. Nawet
żołnierze, ile razy dostali dobry chleb, mówili, że musiał być pieczony z mąki
od Wokulskiego. Więcej hrabiemu powiem – ciągnął książę – że Wokulski, który
swoją rzetelnością zwrócił na siebie uwagę osób najwyżej położonych; miewał
bardzo ponętne propozycje. W styczniu tego oto roku dawano mu dwakroć sto
tysięcy rubli tylko za firmę do pewnego przedsiębiorstwa i nie przyjął...
Hrabia uśmiechnął się i rzekł:
– Miałby więcej o dwakroć sto tysięcy rubli...
– Miałby, ale nie byłby dziś tutaj – odparł książę i kiwnąwszy głową hrabiemu
odszedł.
– Stary wariat – szepnął hrabia, pogardliwie spoglądając za księciem.
W trzecim salonie, dokąd wszedł z hrabiną Wokulski, znajdował się bufet
tudzież mnóstwo większych i mniejszych stolików, przy których dwójkami,
trójkami, nawet czwórkami siedzieli zaproszeni. Kilku służących roznosiło
potrawy i wina, a dyrygowała nimi panna Izabela, widocznie zastępując
gospodynię. Miała na sobie bladoniebieską suknię i wielkie perły na szyi. Była
tak piękna i tak majestatyczna w ruchach, że Wokulski patrząc na nią
skamieniał.
„Nawet marzyć o niej nie mogę!...” – pomyślał z rozpaczą.
89
Jednocześnie we framudze okna spostrzegł młodego człowieka, który był
wczoraj na grobach, a dziś siedział sam przy małym stoliczku nie spuszczając
oka z panny Izabeli.
„Naturalnie, że ją kocha!” – myślał Wokulski i doznał takiego wrażenia, jakby
owionął go chłód grobu.
„Jestem zgubiony” – dodał w duchu.
Wszystko to trwało kilka sekund.
– Czy widzisz pan tę staruszkę między biskupem i jenerałem? – odezwała się
hrabina. – Jest to prezesowa Zasławska, moja najlepsza przyjaciółka, która
koniecznie chce pana poznać. Jest panem bardzo zajęta – ciągnęła hrabina z
uśmiechem – jest bezdzietna i ma parę ładnych wnuczek. Zróbże pan dobry
wybór!... Tymczasem przypatrz się jej, a gdy ci panowie odejdą, przedstawię
pana. A... książę...
– Witam pana – odezwał się książę do Wokulskiego. – Kuzynka pozwoli?...
– Bardzo proszę – odparła hrabina. – Macie tu panowie wolny stolik... Ja
opuszczę was na chwilę...
Odeszła.
– Siądźmy, panie Wokulski – mówił książę. – Wybornie zdarzyło się, ponieważ
mam do pana ważny interes. Wyobraź pan sobie, że pańskie projekta wywołały
wielki popłoch między naszymi bawełnianymi fabrykantami... Wszak dobrze
powiedziałem – bawełnianymi?...
Oni utrzymują, że pan chce zabić nasz przemysł... Czy istotnie konkurencja,
którą pan stwarza, jest tak groźna?...
– Mam wprawdzie – odparł Wokulski – u moskiewskich fabrykantów kredyt do
wysokości trzech, nawet czterech milionów rubli, ale jeszcze nie wiem, czy
pójdą ich wyroby.
– Straszna!... straszna cyfra! – szepnął książę. – Czy nie widzisz pan w niej
istotnego niebezpieczeństwa dla naszych fabryk?
– Ach, nie. Widzę tylko nieznaczne zmniejszenie ich kolosalnych dochodów, co
zresztą mnie nie obchodzi. Ja mam obowiązek dbać tylko o własny zysk i o
taniość dla nabywców; nasz zaś towar będzie tańszy.
– Czy jednak rozważyłeś pan tę kwestię jako obywatel?... – rzekł książę ściskając
go za rękę– My już tak niewiele mamy do stracenia...
– Mnie się zdaje, że jest to dość po obywatelsku dostarczyć konsumentom
tańszego towaru i złamać monopol fabrykantów, którzy zresztą tyle mają z nami
wspólnego, że wyzyskują naszych konsumentów i robotników.
– Tak pan sądzisz?... Nie pomyślałem o tym. Mnie zresztą nie obchodzą
fabrykanci, ale kraj, nasz kraj, biedny kraj...
– Czym można panom służyć? – odezwała się nagle, zbliżywszy się do nich,
panna Izabela.
Książę i Wokulski powstali.
– Jakże jesteś dziś piękna, kuzynko – rzekł książe ściskając ją za rękę. – Żałuję
doprawdy, że nie jestem moim własnym synem... Chociaż – może to i lepiej! Bo
90
gdybyś mnie odrzuciła, co jest prawdopodobne, byłbym bardzo nieszczęśliwy...
Ach, przepraszam!... – spostrzegł się książę. – Pozwolisz, kuzynko, przedstawić
sobie pana Wokulskiego. Dzielny człowiek, dzielny obywatel... to ci wystarczy,
wszak prawda?..
– Miałam już przyjemność... – szepnęła panna Izabela odpowiadając na ukłon.
Wokulski spojrzał jej w oczy i dostrzegł takie przerażenie, taki smutek, że go
znowu opanowała desperacja.
„Po com ja tu wchodził?...” – pomyślał.
Spojrzał na framugę okna i znowu zobaczył młodego człowieka, który ciągle
siedział sam nad nietkniętym talerzem zasłaniając oczy ręką.
„Ach, po com ja tu przyszedł, nieszczęśliwy...” – myślał Wokulski czując taki
ból, jakby mu serce wyrywano kleszczami.
– Może pan choć wina pozwoli? – pytała panna Izabela przypatrując mu się ze
zdziwieniem.
– Co pani każe – odparł machinalnie.
– Musimy się lepiej poznać, panie Wokulski – mówił książę. – Musisz pan
zbliżyć się do naszej sfery, w której, wierz mi, są rozumy i szlachetne serca, ale
– brak inicjatywy...
– Jestem dorobkiewiczem, nie mam tytułu... – odparł Wokulski chcąc cośkolwiek
odpowiedzieć.
– Przeciwnie, masz pan... jeden tytuł: pracę, drugi: uczciwość, trzeci: zdolności,
czwarty: energię... Tych tytułów nam potrzeba do odrodzenia kraju, to nam daj,
a przyjmiemy cię jak... brata...
Zbliżyła się hrabina.
– Pozwoli książę?... – rzekła. – Panie Wokulski...
Podała mu rękę i poszli oboje do fotelu prezesowej.
– Oto jest, prezesowo, pan Stanisław Wokulski – odezwała się hrabina do
staruszki ubranej w ciemną suknię i kosztowne koronki.
– Siądź, proszę cię – rzekła prezesowa wskazując mu krzesło obok. – Stanisław ci
na imię, tak?.. A z którychże to Wokulskich?...
– Z tych... nie znanych nikomu – odparł – a najmniej chyba pani.
– A nie służyłże twój ojciec w wojsku?
– Ojciec nie, tylko stryj.
– I gdzież to on służył, nie pamiętasz?... Czy nie było mu na imię także
Stanisław?
– Tak, Stanisław. Był porucznikiem, a później kapitanem w siódmym pułku
liniowym...
– W pierwszej brygadzie, drugiej dywizji – przerwała prezesowa. – Widzisz,
moje dziecko, że nie jesteś mi tak nie znany... Żyjeż on jeszcze?...
– Umarł przed pięcioma laty.
Prezesowej zaczęły drżeć ręce. Otworzyła mały flakonik i powąchała go.
– Umarł, powiadasz?... Wieczny mu odpoczynek!... Umarł... A nie zostałaż ci
jaka po nim pamiątka?
91
– Złoty krzyż...
– Tak, złoty krzyż... I nicże więcej?
– Miniatura stryja z roku 1828, malowana na kości słoniowej.
Prezesowa coraz częściej podnosiła flakonik; ręce drżały jej coraz silniej.
– Miniatura... – powtórzyła. – A wieszże, kto ją malował?.. I nicże więcej nie
zostało?.
– Była jeszcze paczka papierów i jakaś druga miniatura...
– Coże siç z nimi dzieje?... – nalegała coraz niespokojniej prezesowa.
– Te przedmioty stryj sam opieczętował na kilka dni przed śmiercią i kazał
włożyć je do swojej trumny.
– A... a!... – szepnęła staruszka i rzewnie się rozpłakała.
W sali zrobił się ruch. Przybiegła zatrwożona panna Izabela, potem hrabina,
wzięły prezesową pod ręce i z wolna wyprowadziły do dalszych pokojów. W
jednej chwili na Wokulskiego zwróciły się wszystkie oczy. Zaczęto z cicha
szeptać.
Widząc, że wszyscy na niego patrzą i o nim mówią, Wokulski zmieszał się.
Ażeby jednak pokazać obecnym, że ta osobliwa popularność nic go nie
obchodzi, wypił jeden po drugim dwa kieliszki wina stojące na stoliku i wtedy
spostrzegł, że jeden kieliszek, z winem węgierskim, należał do jenerała, a drugi,
z czerwonym, do biskupa.
„Ładnie się urządzam – rzekł do siebie. – Gotowi jeszcze powiedzieć, że
zrobiłem afront staruszce, ażeby wypić wino jej sąsiadom...”
Wstał z zamiarem wyjścia i zrobiło mu się gorąco na myśl o defiladzie przez
dwa salony, w których czekają go rózgi spojrzeń i szeptów. Ale zabiegł mu
drogę książę mówiąc:
– Pewnie rozmawialiście państwo z prezesową o bardzo dawnych czasach, kiedy
aż do łez doszło. Prawda, że zgadłem?... Wracając do tematu, który nam
przerwano, czy nie sądzisz pan, że dobrze byłoby założyć w kraju polską
fabrykę tanich tkanin?...
Wokulski potrząsnął głową.
– Wątpię, ażeby się to udało – odparł. – Trudno myśleć o wielkich fabrykach
tym, którzy nie mogą zdobyć się na małe ulepszenia w już istniejących...
– Mianowicie?...
– Mówię o młynach – ciągnął Wokulski. – Za parę lat będziemy sprowadzali
nawet mąkę, bo nasi młynarze nie chcą zastąpić kamieni – walcami.
– Pierwszy raz słyszę!... Siądźmy tu – mówił książę ciągnąc go do obszernej
framugi – i opowiedz pan, co to znaczy?
W salonach tymczasem rozmawiano.
– Jakaś zagadkowa figura ten pan – mówiła po francusku dama w brylantach do
damy w strusim piórze. – Pierwszy raz widziałam prezesową płaczącą.
– Naturalnie, historia miłosna – odpowiedziała dama z piórem. – W każdym razie
zrobił ktoś złośliwego figla hrabinie i prezesowej wprowadzając tego
jegomościa.
92
– Przypuszczasz pani, że...
– Jestem pewna – odparła wzruszając ramionami. – Niech pani wreszcie spojrzy
na niego. Maniery bardzo złe, ale cóż to za fizjognomia, jaka duma!...
Szlachetnej rasy nie ukryje się nawet pod łachmanami.
– Zadziwiające!... – mówiła dama w brylantach. – Bo i ten jego majątek, jakoby
zrobiony w Bułgarii...
– Naturalnie. To zarazem tłumaczy, dlaczego prezesowa pomimo bogactw tak
mało wydaje na siebie.
– I książę bardzo na niego łaskaw...
– Przez litość, czy nie za mało?... Niech tylko pani spojrzy na nich obu...
– Sądziłabym, że nie ma ani śladu podobieństwa.
– Zapewne, ale... ta duma, pewność siebie... Z jaką oni swobodą rozmawiają...
Przy innym stoliku naradzali się trzej panowie.
– No, hrabina zrobiła zamach stanu – mówił brunet z grzywką.
– I udał się jej. Ten Wokulski trochę sztywny, ale ma w sobie coś – odpowiedział
pan siwy.
– W każdym razie kupiec...
– Czymże kupiec gorszy od bankierów?
– Kupiec galanteryjny, sprzedaje portmonetki – nalegał brunet.
– My czasami sprzedajemy herby... – wtrącił trzeci, szczupły staruszek z siwymi
faworytami.
– Jeszcze zechce ożenić się tutaj...
– Tym lepiej dla panien.
– Ja bym mu sam oddał córkę. Człowiek, słyszę, porządny, bogaty, posagu nie
strwoni...
Koło nich szybko przeszła hrabina.
– Panie Wokulski – rzekła wyciągając wachlarz w kierunku framugi.
Wokulski przybiegł do niej. Podała mu rękę i we dwoje opuścili salon.
Osamotnionego księcia zaraz otoczyli mężczyźni; niektórzy prosili go, ażeby
zapoznał ich z Wokulskim.
– Warto, warto!... – mówił zadowolony książę. – Takiego nie było jeszcze
między nami. Gdybyśmy dawniej zbliżyli się do nich, nasz nieszczęśliwy kraj
wyglądałby inaczej.
Usłyszała to mijająca ich właśnie panna Izabela i – pobladła. Przystąpił do niej
młody człowiek z wczorajszej kwesty.
– Zmęczyła się pani? – rzekł.
– Trochę – odpowiedziała ze smutnym uśmiechem. – Przychodzi mi do głowy
dziwne pytanie – dodała po chwili – czy ja też potrafiłabym walczyć?...
– Czy z sercem? – zapytał. – Nie warto...
Panna Izabela wzruszyła ramionami.
– Ach, gdzież znowu z sercem. Myślę o prawdziwej walce z silnym
nieprzyjacielem.
Ścisnęła go za rękę i opuściła salon.
93
Wokulski prowadzony przez hrabinę minął długi szereg pokojów. W jednym z
nich, z dala od zaproszonych gości, rozlegały się śpiewy i dźwięki fortepianu.
Gdy weszli tam, uderzył go szczególny widok. Jakiś młody człowiek grał na
fortepianie; z dwu bardzo przystojnych dam, stojących przy nim, jedna udawała
skrzypce, druga klarnet; przy tej zaś muzyce tańczyło kilka par, między którymi
znajdował się tylko jeden mężczyzna.
– Oj! wy zbytnicy! – zgromiła ich hrabina.
Odpowiedzieli wybuchem śmiechu, nie przerywając zabawy.
Minęli i ten pokój i weszli na schody.
– Ot, widzisz – rzekła hrabina – to jest najwyższa arystokracja. Zamiast siedzieć
w salonie, uciekli tutaj dokazywać.
„Jaki oni mają rozum!” – pomyślał Wokulski.
I zdawało mu się, że między tymi ludźmi życie upływa prościej i weselej aniżeli
między nadętym mieszczaństwem albo arystokratyzującą szlachtą.
Na górze, w pokoju odciętym od zgiełku i nieco przyćmionym, siedziała w
fotelu prezesowa.
– Zostawiam was tu, moi państwo – rzekła hrabina. – Nagadajcie się, bo ja muszę
wracać.
– Dziękuję ci, Joasiu – odpowiedziała prezesowa. – Siądźże, proszę cię – zwróciła
się do Wokulskiego.
A gdy zostali sami, dodała:
– Nawet nie wiesz, ile obudziłeś we mnie wspomnień.
Teraz dopiero Wokulski spostrzegł, że między tą damą a jego stryjem musiał
istnieć jakiś niezwykły stosunek. Opanowało go niespokojne zdumienie.
„Dzięki Bogu – pomyślał – że jestem legalnym dzieckiem moich rodziców.”
– Proszę cię – zaczęła prezesowa – mówisz, że stryj twój umarł. Gdzieże on,
biedak, pochowany?
– W Zasławiu, gdzie mieszkał od powrotu z emigracji.








