Текст книги "Lalka"
Автор книги: Bolesław Prus
сообщить о нарушении
Текущая страница: 21 (всего у книги 55 страниц) [доступный отрывок для чтения: 23 страниц]
sklepu, a zastawszy Rzeckiego nad rachunkami – rzekł:
– Mój drogi, dziś Rossi gra Makbeta, siądź z łaski swej w pierwszym rzędzie
krzeseł (masz tu bilet) i po trzecim akcie podaj mu to album...
I bez żadnych ceremonii, a nawet bez dalszych wyjaśnień doręczył panu
Ignacemu album z widokami Warszawy i warszawianek, co razem mogło
kosztować z pięćdziesiąt rubli!...
Pan Ignacy uczuł się głęboko obrażony. Wstał ze swego fotela, zmarszczył brwi
i już otworzył usta, ażeby wybuchnąć, kiedy Wokulski opuścił nagle sklep
nawet nie patrząc na niego.
No i naturalnie pan Ignacy musiał pójść do teatru, ażeby nie zrobić przykrości
Stachowi.
W teatrze trafił się panu Ignacemu cały szereg niespodzianek.
Przede wszystkim wszedł on na schody prowadzące na galerię, gdzie bywał
zwykle za swoich dawnych, dobrych czasów. Dopiero woźny przypomniał mu,
że ma bilet do pierwszego rzędu krzeseł, obrzucając go przy tym spojrzeniami,
które mówiły, że ciemnozielony surdut pana Rzeckiego, album pod pachą, a
nawet fizjognomia a la Napoleon III wydają się niższym organom władzy
teatralnej mocno podejrzanymi.
Zawstydzony, zeszedł pan Ignacy na dół do frontowego przysionka ściskając
pod pachą album i kłaniając się wszystkim damom, około których miał zaszczyt
przechodzić. Ta uprzejmość, do której nie nawykli warszawiacy, już w
przysionku zrobiła wrażenie. Zaczęto pytać się: kto to jest? a chociaż nie
poznano osoby, w lot jednakże spostrzeżono że, cylinder pana Ignacego
pochodzi sprzed lat dziesięciu, krawat sprzed pięciu, a ciemnozielony surdut i
obcisłe spodnie w kratki sięgają nierównie dawniejszej epoki. Powszechnie
230
brano go za cudzoziemca; lecz gdy spytał kogoś ze służby: którędy iść do
krzeseł? – wybuchnął śmiech.
– Pewnie jakiś szlachcic z Wołynia – mówili eleganci. – Aleco on ma pod
pachą?...
– Może bigos albo pneumatyczną poduszkę...
Osmagany szyderstwem, oblany zimnym potem, dostał się nareszcie pan Ignacy
do upragnionych krzeseł. Było ledwie po siódmej i widzowie dopiero zaczęli się
gromadzić; ten i ów wchodził do krzeseł w kapeluszu na głowie, loże były puste
i tylko na galeriach czerniała masa ludu, a na paradyzie już wymyślano i wołano
policji.
„O ile się zdaje, zebranie będzie bardzo ożywione” – mruknął z bladym
uśmiechem nieszczęśliwy pan Ignacy sadowiąc się w pierwszym rzędzie.
Z początku patrzył tylko na prawą dziurkę w kurtynie ślubując, że nie oderwie
od niej oczu. W parę minut jednakże ochłonął ze wzruszenia, a nawet nabrał
takiego animuszu, że począł oglądać się. Sala wydała mu się jakaś niewielka i
brudna i dopiero gdy zastanawiał się nad przyczynami tych zmian, przypomniał
sobie, że ostatni raz był w teatrze na występie Dobrskiego w Halce, mniej
więcej przed szesnastoma laty.
Tymczasem sala napełniała się, a widok pięknych kobiet, zasiadających w
lożach, do reszty orzeźwił pana Ignacego. Stary subiekt wydobył nawet małą
lornetkę i zaczął przypatrywać się fizjognomiom; przy tej zaś okazji zrobił
smutne odkrycie, że i jemu przypatrują się z amfiteatru, z dalszych rzędów
krzeseł, bal nawet z lóż... Gdy zaś przeniósł swoje zdolności psychiczne od oka
do ucha, pochwycił wyrazy latające jak osy:
– Cóż to za oryginał?...
– Ktoś z prowincji.
– Ale skąd on wyrwał taki surdut?...
– Uważasz pan jego breloki przy dewizce? Skandal!...
– Albo kto się tak dziś czesze?...
Niewiele brakowało, ażeby pan Ignacy upuścił swoje album i cylinder i uciekł z
gołą głową z teatru. Na szczęście, w ósmym rzędzie krzeseł zobaczył znajomego
fabrykanta pierników, który w odpowiedzi na ukłon Rzeckiego opuścił swoje
miejsce i zbliżył się do pierwszego rzędu.
– Na miłość boską, panie Pifke – szepnął zalany potem – usiądź pan na moim
miejscu i oddaj mi swoje .
– Z największą chęcią – odparł głośno rumiany fabrykant. – Cóż, źle tu panu?...
Pyszne miejsce!...
– Doskonałe. Ale ja wolę dalej... Gorąco mi...
– Tam tak samo, ale mogę usiąść. A co to masz pan za paczkę?...
Teraz dopiero Rzecki przypomniał sobie obowiązek.
– Uważa pan, drogi panie Pifke, jakiś wielbiciel tego... tego Rossiego...
– Ba, któż by Rossiego nie uwielbiał! – odpowiedział Pifke. – Mam libretto do
Makbeta, może panu dać?...
231
– Owszem. Ale... ten wielbiciel, uważa pan, kupił u nas kosztowne album i
prosił, ażeby po trzecim akcie wręczyć je Rossiemu...
– Zrobię to z przyjemnością! – zawołał otyły Pifke pchając się na miejsce
Rzeckiego.
Pan Ignacy miał jeszcze kilka bardzo przykrych chwil. Musiał wydobyć się z
pierwszego rzędu krzeseł, gdzie zebrani eleganci spoglądali na jego surdut i na
jego krawat, i na jego aksamitną kamizelkę z ironicznymi uśmiechami. Potem
musiał wejść do ósmego rzędu krzeseł, gdzie wprawdzie bez ironii patrzono na
jego garnitur, ale gdzie musiał potrącać o kolana siedzących dam...
– Stokrotnie przepraszam – mówił zawstydzony. – Ale tak ciasno...
– Potrzebujesz pan nie mówić brzydkie słowo – odpowiedziała mu jedna z dam,
w której nieco podmalowanych oczach pan Ignacy nie dojrzał jednak gniewu za
swój postępek. Był przecież tak zażenowany, że chętnie poszedłby do
spowiedzi, byle oczyścić się z plamy owych potrącań. Nareszcie znalazł krzesło
i odetchnął. Tu przynajmniej nie zwracano na niego uwagi, częścią z powodu
skromnego miejsca, jakie zajmował, częścią, że teatr był przepełniony i już
zaczęło się widowisko.
Gra artystów z początku nie obchodziła go, oglądał się więc po sali i przede
wszystkim spostrzegł Wokulskiego. Siedział on w czwartym rzędzie i
wpatrywał się bynajmniej nie w Rossiego, ale w lożę, którą zajmowała panna
Izabela z panem Tomaszem i hrabiną. Rzecki parę razy w życiu widział ludzi
zamagnetyzowanych i zdawało mu się, że Wokulski ma taki wyraz fizjognomii,
jak gdyby był zamagnetyzowany przez ową lożę. Siedział bez ruchu, jak
człowiek śpiący z szeroko otwartymi oczyma.
Kto by jednakże tak oczarował Wokulskiego? Pan Ignacy nie mógł się
domyślić. Zauważył przecie inną rzecz: ile razy nie było Rossiego na scenie,
panna Izabela obojętnie oglądała się po sali albo rozmawiała z ciotką. Lecz gdy
wyszedł Makbet-Rossi, przysłaniała twarz do połowy wachlarzem i cudownymi,
rozmarzonymi oczyma zdawała się pożerać aktora. Czasami wachlarz z białych
piór opadał jej na kolana, a wtedy Rzecki na twarzy panny Izabeli spostrzegał
ten sam wyraz zamagnetyzowania, który go tak zdziwił w fizjognomii
Wokulskiego. Spostrzegł jeszcze inne rzeczy. Kiedy piękne oblicze panny
Izabeli wyrażało najwyższy zachwyt, wtedy Wokulski pocierał sobie ręką
wierzch głowy. A wówczas, jakby na komendę, z galerii i z paradyzu odzywały
się gwałtowne oklaski i wrzaskliwe okrzyki: „Brawo, brawo Rossi!...” Zdawało
się nawet panu Ignacemu, że gdzieś w tym chórze odróżnia zmęczony głos
inkasenta Obermana, który pierwszy zaczynał wrzeszczeć a ostatni milknąć.
„Do diabła! – pomyślał – czyżby Wokulski dyrygował klakierami?”
Ale wnet odpędził to nieusprawiedliwione podejrzenie. Rossi bowiem grał
znakomicie i klaskaĺi mu wszyscy z równym zapałem. Najmocniej jednak pan
Pifke, jowialny fabrykant pierników, który stosownie do umowy po trzecim
akcie z wielkim hałasem podał Rossiemu album. Wielki aktor nie kiwnął nawet
232
głową Pifkemu; natomiast złożył głęboki ukłon w kierunku loży, gdzie siedziała
panna Izabela, a może-tylko w tym kierunku.
„Przywidzenia!... przywidzenia!... – myślał pan Ignacy opuszczając teatr po
ostatnim akcie. – Stach przecie nie byłby aż tak głupi...”
W rezultacie jednak pan Ignacy nie był niezadowolony z pobytu w teatrze. Gra
Rossiego podobała mu się; niektóre sceny, jak morderstwo króla Dunkana albo
ukazanie się ducha Banka, zrobiły na nim potężne wrażenie, a już całkiem był
oczarowany zobaczywszy, jak Makbet bije się na rapiery.
Toteż wychodząc z teatru nie miał pretensji do Wokulskiego; owszem, zaczął
nawet podejrzewać, że kochany Stach tylko dla zrobienia mu przyjemności
wymyślił komedię z wręczeniem podarunku Rossiemu.
„On wie, poczciwy Stach – myślał – że tylko przynaglony mogłem pójść na
włoskich aktorów... No i dobrze się stało. Pysznie gra ten facet i muszę
zobaczyć go drugi raz... Zresztą – dodał po chwili – kto ma tyle pieniędzy co
Stach, może robić prezenta aktorom. Ja wprawdzie wolałbym jaką ładnie
zbudowaną aktorkę, ale... Ja jestem człowiek innej epoki, nawet nazywają mnie
bonapartystą i romantykiem...”
Myślał tak i mruczał po cichu, gdyż nurtowała go inna myśl, którą chciał w
sobie zagłuszyć: „Dlaczego Stach tak dziwnie przypatrywał się loży, w której
siedziała hrabina, pan Łęcki i panna Łęcka?... Czyliżby?... Eh! cóż
znowu...Wokulski ma przecież zbyt wiele rozumu, ażeby mógł przypuszczać, że
coś z tego być może... Każde dziecko pojęłoby od razu, że ta panna, w ogóle
zimna jak lód, dziś szaleje za Rossim... Jak ona na niego patrzyła, jak się nawet
czasami zapominała i jeszcze gdzie, w teatrze, wobec tysiąca osób!... Nie, to
głupstwo. Słusznie nazywają mnie romantykiem...”
I znowu usiłował myśleć o czym innym. Poszedł nawet (mimo późnej nocy) do
restauracji, gdzie grała muzyka złożona ze skrzypców, fortepianu i arfy. Zjadł
pieczeń z kartoflami i z kapustą, wypił kufel piwa, potem drugi kufel, potem
trzeci i czwarty... nawet siódmy... Zrobiło mu się tak jakoś raźnie, że cisnął
arfiarce na talerz dwie czterdziestówki i zaczął śpiewać pod nosem. A potem
przyszło mu do głowy, że – koniecznie, ale to koniecznie powinien
zaprezentować się czterem Niemcom, którzy przy bocznym stoliku jedzą
pekeflejsz z grochem. „Dlaczego ja miałbym się im prezentować?... Niech oni
mnie się zaprezentują” – myślał pan Ignacy.
I w tej chwili opanowała go idea, że tamci czterej panowie powinni mu się
zaprezentować, jako starszemu wiekiem tudzież byłemu oficerowi węgierskiej
piechoty, która przecież porządnie biła Niemców. Zawołał nawet usługującą
dziewczynę w celu wysłania jej do owych czterech panów jedzących pekeflejsz,
gdy wtem muzyka złożona ze skrzypców, arfy i fortepianu zagrała...
Marsyliankę.
Pan Ignacy przypomniał sobie Węgry, piechotę, Augusta Katza i czując, że mu
łzy nabiegają do oczu, że się lada chwilę rozpłacze, porwał ze stołu swój
233
cylinder sprzed wojny francusko -pruskiej i rzuciwszy na stół rubla wybiegł z
restauracji.
Dopiero gdy na ulicy owionęło go świeże powietrze, oparł się o słup latarni
gazowej i spytał:
– Do diabła, czyżbym się upił?... Ba! siedm kufli...
Wrócił do domu starając się iść jak najprościej i teraz dopiero przekonał się, że
warszawskie chodniki są nadzwyczaj nierówne: co kilkanaście kroków bowiem
musiał zbaczać albo w stronę rynsztoka, albo w stronę kamienic. Potem (dla
przekonania samego siebie, że jego umysłowe zdolności znajdują się w
kwitnącym stanie) zaczął rachować gwiazdy na niebie.
– Raz... dwa... trzy... siedm... siedm... Co to jest siedm?... Ach, siedem kufli
piwa... Czyżbym naprawdę?... Po co ten Stach wysłał mnie do teatru!...
Do domu trafił od razu i od razu znalazł dzwonek. Zadzwoniwszy jednak aż
siedm razy na stróża, uczuł potrzebę oparcia się o kąt, zawarty między bramą i
ścianą, i usiłował zliczyć, nie z potrzeby, ale ot, tak sobie: ile też upłynie minut,
zanim mu stróż otworzy? W tym celu wydobył zegarek z sekundnikiem i
przekonał się, że – już jest wpół do drugiej.
– Podły stróż! – mruknął. – Ja muszę wstać o szóstej, a on do wpół do drugiej
trzyma mnie na ulicy...
Szczęściem, stróż natychmiast otworzył furtkę, przez którą pan Ignacy krokiem
zupełnie pewnym, a nawet więcej niż pewnym, bardzo pewnym, przeszedł całą
sień czując, że jego cylinder siedzi mu trochę na bakier, ale tylko troszeczkę.
Następnie bez żadnej trudności znalazłszy drzwi swego mieszkania usiłował po
kilka razy na próżno wprowadzić klucz do zamku. Czuł dziurkę pod palcem,
ściskał w ręce klucz tak mocno jak nigdy i mimo to nie mógł trafić.
– Czyliżbym naprawdę?...
W tej właśnie chwili otworzyły się drzwi, a współcześnie jego jednooki pudel Ir,
nie podnosząc się z pościeli, parę razy szczeknął:
– Tak... tak!...
– Milcz, ty podła świnio!... – mruknął pan Ignacy i nie zapalając lampy, rozebrał
się i położył do łóżka.
Sny miał okropne. Śniło mu się czy tylko przywidywało, że ciągle jest w teatrze
i że widzi Wokulskiego z szeroko otwartymi oczyma, zapatrzonego w jedną
lożę. W loży tej siedziała hrabina, pan Łęcki i panna Izabela. Rzeckiemu
zdawało się, że Wokulski patrzy tak na pannę Izabelę.
– Niepodobna! – mruknął. – Stach nie jest aż tak głupi...
Tymczasem (wszystko w marzeniu) panna Izabela podniosła się z fotelu i
wyszła z łoży, a Wokulski za nią, wciąż patrząc jak człowiek zamagnetyzowany.
Panna Izabela opuściła teatr, przeszła plac Teatralny i lekkim krokiem wbiegła
na ratuszową wieżę, a Wokulski za nią, wciąż patrząc jak człowiek
zamagnetyzowany. A potem z ganku ratuszowej wieży panna Izabela, uniósłszy
się jak ptak, przepłynęła na gmach teatralny, a Wokulski chcąc lecieć za nią,
runął z wysokości dziesięciu piętr na ziemię.
234
– Jezus Maria!... – jęknął Rzecki zrywając się z łóżka.
– Tak!... tak!... – odszczeknął mu Ir przez sen.
– No, już widzę, że jestem zupełnie pijany – mruknął pan Ignacy kładąc się
znowu i niecierpliwie naciągając kołdrę, pod którą drżał.
Kilka minut leżał z otwartymi oczami i znowu przywidziało mu się, że jest w
teatrze, akurat po zakończeniu trzeciego aktu, w chwili kiedy fabrykant Pifke
miał podać Rossiemu album Warszawy i jej piękności. Pan Ignacy wytęża
wzrok (Pifke bowiem jego zastępuje), wytęża wzrok i z najwyższym
przerażeniem widzi, że niecny Pifke zamiast kosztownego albumu podaje
Włochowi jakąś paczkę owiniętą w papier i niedbale zawiązaną szpagatem.
I jeszcze gorsze rzeczy widzi pan Ignacy. Włoch bowiem uśmiecha się
ironicznie, odwiązuje szpagat, odwija papier i wobec panny Izabeli,
Wokulskiego, hrabiny i tysiąca innych widzów ukazuje... żółte nankinowe
spodnie z fartuszkiem na przodzie i ze strzemiączkami u dołu. Właśnie te same,
których pan Ignacy używał w epoce sławnej kampanii sewastopolskiej ...
Na domiar okropnośći nędzny Pifke wrzeszczy: „Oto jest dar panów: Stanisława
Wokulskiego, kupca, i Ignacego Rzeckiego, jego dysponenta!” Cały teatr
wybucha śmiechem; wszystkie oczy i wszystkie wskazujące palce skierowują
się na ósmy rząd krzeseł i właśnie na to krzesło, gdzie siedzi pan Ignacy.
Nieszczęśliwy chce zaprotestować, lecz czuje, że głos zastyga mu w gardle, a na
domiar niedoli on sam – zapada się gdzieś. Zapada się w niezmierny,
niezgłębiony ocean nicości, w którym będzie spoczywał na wieki wieczne nie
objaśniwszy widzów teatralnych, że nankinowe spodnie z fartuszkiem i
strzemiączkami wykradziono mu podstępem ze zbioru jego osobistych
pamiątek.
Po nocy fatalnie spędzonej Rzecki obudził się dopiero o trzy kwadranse na
siódmą. Własnym oczom nie chciał wierzyć, patrząc na zegarek, ale w końcu
uwierzył. Uwierzył nawet w to, że wczoraj był nieco podchmielony; o czym
zresztą wymownie świadczył lekki ból głowy i ogólna ociężałość członków.
Wszystkie te jednak chorobliwe objawy mniej trwożyły pana Ignacego aniżeli
jeden straszny symptom, oto: nie chciało mu się iść do sklepu!...Co gorsze: nie
tylko czuł lenistwo, ale nawet zupełny brak ambicji; zamiast bowiem wstydzić
się swego upadku i walczyć z próżniaczymi instynktami, on, Rzecki,
wynajdywał sobie powody do jak najdłuższego zatrzymania się w pokoju.
To zdawało mu się, że Ir jest chory, to, że rdzewieje nigdy nieużywana
dubeltówka, to znowu, że jest jakiś błąd w zielonej firance, która zasłaniała
okno, a nareszcie, że herbata jest za gorąca i trzeba ją pić wolniej niż zwykle.
W rezultacie pan Ignacy spóźnił się o czterdzieści minut do sklepu i ze
spuszczoną głową przekradł się do kantorka. Zdawało mu się, że każdy z
„panów” (a jak na złość wszyscy przyszli dziś na czas!), że każdy z najwyższą
wzgardą patrzy na jego podsiniałe oczy, ziemistą cerę i lekko drżące ręce.
„Gotowi jeszcze myśleć, że oddawałem się rozpuście!” – westchnął nieszczęsny
pan Ignacy. Potem wydobył księgi, umaczał pióro i niby to zaczął rachować.
235
Był przekonany, że cuchnie piwem jak stara beczka, którą już wyrzucono z
piwnicy, i zupełnie serio począł rozważać: czy nie należało podać się do dymisji
po spełnieniu całego szeregu tak haniebnych występków? „Spiłem się... późno
wróciłem do domu... późno wstałem... o czterdzieści minut spóźniłem się do
sklepu...”
W tej chwili zbliżył się do niego Klejn z jakimś listem.
– Było na kopercie napisane: „bardzo pilno”, więc otworzyłem – rzekł mizerny
subiekt podając papier Rzeckiemu.
Pan Ignacy otworzył i czytał:
„Człowieku głupi czy nikczemny! Pomimo tylu życzliwych ostrzeżeń kupujesz
jednak dom, który stanie się grobem twego w tak nieuczciwy sposób zdobytego
majątku...”
Pan Ignacy rzucił okiem na wiersz ostatni, ale nie znalazł podpisu: list był
anonimowy. Spojrzał na kopertę – miała adres Wokulskiego. Czytał dalej:
„Jaki zły los postawił cię na drodze pewnej szlachetnej damy, której o mało nic
zabiłeś męża, a dziś chcesz jej wydrzeć dom, gdzie zmarła jej ukochana
córka?... I po co to robisz?... Dlaczego płacisz, jeżeli prawda, aż
dziewięćdziesiąt tysięcy rubli za kamienicę niewartą siedmdziesięciu tysięcy?...
Są to sekreta twojej czarnej duszy, które kiedyś sprawiedliwość boska odkryje, a
zacni ludzie ukarzą pogardą. Zastanów się więc, póki czas. Nie gub swej duszy i
majątku i niezatruwaj spokoju zacnej damie, która w nieutulonym żalu po
stracie córki tę jedną ma dziś pociechę, że może przesiadywać w pokoju, gdzie
nieszczęśliwe dziecię oddało Bogu ducha. Upamiętaj się, zaklinam cię -
życzliwa...”
Skończywszy czytanie pan Ignacy potrząsnął głową.
– Nic nie rozumiem – rzekł. – Chociaż bardzo wątpię o życzliwości tej damy.
Klejn lękliwie obejrzał się dokoła sklepu, a widząc, że ich nikt nie śledzi, zaczął
szeptać:
– Bo to, uważa pan, nasz stary podobno kupuje dom Łęckiego, który właśnie
jutro mają wierzyciele sprzedać przez licytację...
– Stach... to jest... pan Wokulski kupuje dom?
– Tak, tak...– potakiwał Klejn głową. – Ale kupuje nie na własne imię, tylko za
pośrednictwem starego Szlangbauma... Tak przynajmniej mówią w domu, bo i
ja tam mieszkam.
– Za dziewięćdziesiąt tysięcy rubli?...
– Właśnie. A że baronowa Krzeszowska chciałaby kupić tę kamienicę za
siedmdziesiąt tysięcy rubli, więc anonim zapewne pochodzi od niej. Nawet
założyłbym się, że od niej, bo to piekielna baba...
Gość, przybyły do sklepu z zamiarem kupienia parasola, oderwał Klejna od
Rzeckiego. Panu Ignacemu zaczęty krążyć po głowie bardzo szczególne myśli.
„Jeżeli ja – mówił do siebie – przez zmarnowanie jednego wieczora narobiłem
tyle zamętu w sklepie, to niby – jakiego zamętu w interesach narobi Stach, który
236
marnuje dziś dnie i tygodnie na teatry włoskie, i zresztą – nawet nie wiem na
co?...”
W tej chwili jednak przypomniał sobie, że w sklepie z jego winy zamęt jest
niewielki, prawie go nie ma, i że interes handlowy w ogóle idzie świetnie.
Nawet co prawda to i sam Wokulski, pomimo dziwnego trybu życia, nie
zaniedbuje obowiązków kierownika instytucji.
„Ale po co on chce uwięzić dziewięćdziesiąt tysięcy rubli w murach?...Skąd się
i tu znowu biorą ci Łęccy?... Czyliżby... Eh! Stasiek taki głupi nie jest...”
Swoją drogą niepokoiła go myśl kupna kamienicy. „Zapytam się Henryka
Szlangbauma” – rzekł, wstając od kantorka.
W oddziale tkanin mały, zgarbiony Szlangbaum z czerwonymi oczyma i
wyrazem zajadłości na twarzy kręcił się jak zwykle, skacząc po drabince albo
nurzając się między sztukami perkalu. Tak już przywykł do swojej gorączkowej
roboty, że choć nie było interesantów, on ciągle wydostawał jakąś sztukę,
odwijał i zawijał, ażeby następnie umieścić ją na właściwym miejscu.
Zobaczywszy pana Ignacego Szlangbaum zawiesił swoją jałową pracę i otarł pot
z czoła.
– Ciężko, co?... – rzekł.
– Bo po co pan przekładasz te graty, skoro nie ma gości w sklepie? – odparł
Rzecki.
– Bah!... gdybym tego nie robił, zapomniałbym, gdzie co leży...stawy
zaśniedziałyby w członkach... Zresztą – jużem przywykł... Pan ma jaki interes do
mnie?...
Rzecki stropił się na chwilę.
– Nie... Tak chciałem zobaczyć, jak panu tu idzie – odpowiedział pan Ignacy
rumieniąc się, o ile to było możliwe w jego wieku.
„Czyżby i on mnie posądzał i śledził?.. – błysnęło w głowie Szlangbaumowi i
gniew go ogarnął. – Tak, ma ojciec rację.... Dziś wszyscy huzia! na Żydów.
Niedługo już trzeba będzie zapuścić pejsy i włożyć jarmułkę...”
„On coś wie!” – pomyślał Rzecki i rzekł głośno:
– Podobno... podobno szanowny ojciec pański kupuje jutro kamienicę...
kamienicę pana Łęckiego?...
– Nic o tym nie wiem – odpowiedział Szlangbaum spuszczając oczy. W duchu
zaś dodał:
„Mój stary kupuje dom dla Wokulskiego, a oni myślą i pewnie mówią: ot,
patrzajcie, znowu Żyd, lichwiarz, zrujnował jednego katolika i pana z panów...”
„Coś wie, tylko gadać nie chce – myślał Rzecki. – Zawsze Żyd...”
Pokręcił się jeszcze po sali, co Szlangbaum uważał za dalszy ciąg posądzeń i
śledzenia go, i wrócił do siebie, wzdychając.
„To jest okropne, że Stach ma więcej zaufania do Żydów aniżeli do mnie...”
„Po co on jednak kupuje ten dom, po co wdaje się z Łęckimi...A może nie
kupuje?... Może to tylko pogłoski?...”
237
Tak się lękał uwięzienia w murach dziewięćdziesięciu tysięcy rubli gotówki, że
cały dzień tylko o tym myślał. Była chwila, że chciał wprost zapytać
Wokulskiego, ale – zabrakło mu odwagi. „Stach – mówił w sobie – wdaje się dziś
tylko z panami, a ufa Żydom. Co jemu po starym Rzeckim!...”
Więc postanowił pójść jutro do sądu i zobaczyć, czy naprawdę stary
Szlangbaum kupi dom Łęckich i czy, jak mówił Klejn, dolicytuje go do
dziewięćdziesięciu tysięcy rubli. Jeżeli to się sprawdzi, będzie znakiem, że
wszystko inne jest prawdą.
W południe wpadł do sklepu Wokulski i zaczął rozmawiać z Rzeckim
wypytując go o wczorajszy teatr i o to: dlaczego uciekł z pierwszego rzędu
krzeseł, a album kazał doręczyć Rossiemu przez Pifkego. Ale pan Ignacy miał w
sercu tyle żalów i tyle wątpliwości co do swego kochanego Stacha, że
odpowiadał mu półgębkiem i z nachmurzoną twarzą.
Więc i Wokulski umilknął i opuścił sklep z goryczą w duszy.
„Wszyscy odwracają się ode mnie – mówił sobie – nawet Ignacy...Nawet on...
Ale ty mi to wynagrodzisz!... – dodał już na ulicy, patrząc w stronę Alei
Ujazdowskiej.
Po wyjściu Wokulskiego ze sklepu Rzecki ostrożnie wypytał się „panów”, w
którym sądzie i o której godzinie odbywają się licytacje domów. Potem uprosił
Lisieckiego o zastępstwo na jutro między dziesiątą z rana a drugą po południu i
z podwójną gorliwością zabrał się do swoich rachunków. Machinalnie (choć bez
błędu) dodawał długie jak Nowy Świat kolumny cyfr, a w przerwach myślał:
Dzisiaj zmarnowałem blisko godzinę, jutro zmarnuję z pięć godzin, a wszystko
dlatego, że Stach więcej ufa Szlangbaumom aniżeli mnie...Na co jemu
kamienica?... Po jakiego diabła wdaje się z tym bankrutem Łęckim?... Skąd mu
strzeliło do łba latać na włoski teatr i jeszcze dawać kosztowne prezenta temu
przybłędzie Rossiemu?.:.”
Nie podnosząc głowy od ksiąg siedział przy kantorku do szóstej, a tak był
zatopiony w robocie, że już nie tylko nie przyjmował pieniędzy, ale nawet nie
widział i nie słyszał gości, którzy roili się i hałasowali w sklepie jak olbrzymie
pszczoły w ulu. Nie spostrzegł też jednego najmniej spodziewanego gościa,
którego „panowie” witali okrzykami i głośnymi pocałunkami.
Dopiero gdy przybysz stanąwszy nad nim krzyknął mu w ucho:
– Panie Ignacy, to ja!...
Rzecki ocknął się, podniósł głowę, brwi i oczy w górę i zobaczył
Mraczewskiego...
– Hę?... – spytał pan Ignacy przypatrując się młodemu elegantowi, który opalił
się, zmężniał, a nade wszystko utył.
– No, co... no, co słychać?... – ciągnął pan Ignacy podając mu rękę. – Co z
polityki?...
– Nic nowego – odparł Mraczewski. – Kongres w Berlinie robi swoje, Austriacy
wezmą Bośnię. – No, no, no... żarty, żarty!... A o małym Napoleonku co
słychać?
238
– Uczy się w Anglii w szkole wojskowej i podobno kocha się w jakiejś aktorce.
– Zaraz kocha się!... – powtórzył drwiąco pan Ignacy. – A do Francji nie
wraca?... Jakże się pan miewasz?... Skądeś się tu wziął?...No, gadaj prędko -
zawołał Rzecki wesoło, uderzając go w ramię. – Kiedyżeś przyjechał?...
– A to cała historia! – odpowiedział Mraczewski rzucając się na fotel. -
Przyjechaliśmy tu dziś z Suzinem o jedenastej... Od pierwszej do trzeciej
byliśmy z nim u Wokulskiego, a po trzeciej wpadłem na chwilę do matki i na
chwilę do pani Stawskiej:.. Pyszna kobieta, co?...
– Stawska?... Stawska?... – przypominał sobie Rzecki trąc czoło.
– Znasz ją pan przecie. Ta piękna, co to ma córeczkę... Co to się tak podobała
panu...
– Ach, ta!... wiem... Nie mnie się podobała – westchnął Rzecki – tylko myślałem,
że dobra byłaby z niej żona dla Stacha...
– Paradny pan jesteś – roześmiał się Mraczewski. – Przecież ona ma męża...
– Męża?
– Naturalnie. Zresztą znane nazwisko. Przed czterema laty uciekł biedak za
granicę, bo posądzali go o zabicie tej...
– Ach, pamiętam!... Więc to on?... Dlaczegóż nie wrócił, boć przecie okazało
się, że nie winien?...
– Rozumie się, że nie winien – prawił Mraczewski. – Ale swoją drogą, jak
dmuchnął do Ameryki, tak po dziś dzień nie ma o nim wiadomości. Pewnie
biedak gdzieś zmarniał, a kobieta została ani panną, ani wdową... Okropny
los!... Utrzymywać cały dom z haftu, z gry na fortepianie, z lekcyj
angielskiego... pracować cały dzień jak wół i jeszcze nie mieć męża... Biedne te
kobiety!... My byśmy, panie Ignacy, tak długo nie wytrwali w cnocie, co?... O,
wariat stary...
– Kto wariat? – spytał Rzecki, zdumiony nagłym przejściem w rozmowie.
– Któż by, jeżeli nie Wokulski – odparł Mraczewski. – Suzin jedzie do Paryża i
chce go gwałtem zabrać, bo ma tam robić jakieś ogromne zakupy towarów.
Nasz stary nie zapłaciłby grosza za podróż, miałby książęce życie, bo Suzin im
dalej od żony, tym szerzej rozpuszcza kieszeń... E i jeszcze zarobiłby z dziesięć
tysięcy rubli.
– Stach... to jest nasz pryncypał zarobiłby z dziesięć tysięcy? – spytał Rzecki.
– Naturalnie. Ale cóż, kiedy tak już zgłupiał...
– No, no... panie Mraczewskil... – zgromił go pan Ignacy.
– Ale słowo honoru, że zgłupiał. Bo przecież wiem, że jedzie na wystawę do
Paryża, i to lada tydzień...
– Tak.
– Więc nie wolałby jechać z Suzinem, nic nie wydać i jeszcze tyle zarobić?...
Przez dwie godziny błagał go Suzin: „Jedź ze mną, Stanisławie Piotrowiczu”,
prosił, kłaniał się i na nic... Wokulski nie i nie!...Mówił, że ma tutaj jakieś
interesa...
– No, ma... – wtrącił Rzecki.
239
– O tak, ma... – przedrzeźniał go Mraczewski. – Największy jego interes jest nie
zrażać Suzina, który pomógł mu zrobić majątek, dziś daje mu ogromny kredyt i
nieraz mówił do mnie, że nie uspokoi się, dopóki Stanisław Piotrowicz nie
odłoży sobie choć z milion rubli... I takiemu przyjacielowi odmawiać tak
drobnej usługi, zresztą bardzo dobrze opłaconej! – oburzał się Mraczewski.
Pan Ignacy otworzył usta, lecz przygryzł je. O mało że się nie wygadał w tej
chwili, iż Wokulski kupuje dom Łęckiego i że tak wielkie prezenta daje
Rossiemu.
Do kantorka zbliżył się Klejn z Lisieckim. Mraczewski spostrzegłszy, że są nie
zajęci, zaczął rozmawiać z nimi, a pan Ignacy znowu został sam nad swoją
księgą.
„Nieszczęście! – myślał. – Dlaczego ten Stach nie jedzie darmo do Paryża i
jeszcze zniechęca do siebie Suzina?... Jaki zły duch spętał go z tymi Łęckimi...
Czyżby?... Eh! przecie on aż tak głupi nie jest...A swoją drogą, szkoda tej
podróży i dziesięciu tysięcy rubli... Mój Boże! jak się to ludzie zmieniają.
Schylił głowę i posuwając palcem z dołu do góry albo z góry na dół, sumował
kolumny cyfr długich jak Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście. Sumował
bez błędu, nawet z cicha mruczał, a jednocześnie myślał sobie, że jego Stach
znajduje się na jakiejś fatalnej pochyłości. „To darmo – szeptał mu głos ukryty
na samym dnie duszy – to darmo!... Stach wklepał się w grubą awanturę... I z
pewnością w polityczną awanturę, bo taki człowiek jak on nie wariowałby dla
kobiety, choćby nawet była nią sama – panna... Ach, do diabła! omyliłem
się...Wyrzeka się, gardzi dziesięcioma tysiącami rubli, on, który ośm lat temu
musiał pożyczać ode mnie po dziesięć rubli na miesiąc, ażeby za to wykarmić
się jak nędzarz... A teraz rzuca w błoto dziesięć tysięcy rubli, pakuje w
kamienicę dziewięćdziesiąt tysięcy, robi aktorom prezent po kilkadziesiąt rubli...
Jak mi Bóg miły, nic nie rozumiem! I to niby jest pozytywista, człowiek realnie
myślący... Mnie nazywają starym romantykiem, ale przecież takich głupstw nie
robiłbym... No, chociaż jeżeli zabrnął w politykę...”
Na tych medytacjach upłynął mu czas do zamknięcia sklepu. Głowa go trochę
bolała, więc wyszedł na spacer na Nowy Zjazd i wróciwszy do domu wcześnie
spać się położył.
„Jutro – mówił do siebie – zrozumiem ostatecznie, co się święci. Jeżeli
Szlangbaum kupi dom Łęckiego i da dziewięćdziesiąt tysięcy rubli, to znaczy,
że go naprawdę Stach podstawił i już jest skończonym wariatem... A może też
Stach nie kupuje kamienicy, może to wszystko plotki?..
„Zasnął i śniło mu się, że w oknie jakiegoś wielkiego domu widzi pannę Izabelę,
do której stojący obok niego Wokulski chce biec. Na próżno zatrzymuje go pan
Ignacy, aż pot oblewa mu cale ciało. Wokulski wyrywa się i znika w bramie
kamienicy.
„Stachu, wróć się!...” – krzyczy pan Ignacy widząc, że dom poczyna się chwiać.
Jakoż dom zawala się. Panna Izabela, uśmiechnięta, wylatuje z niego jak ptak, a
Wokulskiego nie widać...
240
„Może wbiegł na podwórko i ocalał...” – myśli pan Ignacy i budzi się z mocnym
biciem serca. Nazajutrz pan Ignacy budzi się na kilka minut przed szóstą;
przypomina sobie, że to dziś właśnie licytują kamienicę Łęckiego, że ma
przypatrzeć się temu widowisku, i zrywa się z łóżka jak sprężyna. Biegnie boso
do wielkiej miednicy, oblewa się cały zimną wodą i patrząc na swoje
patykowate nogi mruczy:
„Zdaje mi się, że trochę utyłem.”
Przy skomplikowanym procesie mycia się pan Ignacy robi dziś taki zgiełk, że
budzi Ira. Brudny pudel otwiera jedyne oko, jakie mu pozostało, i snadź
dostrzegłszy niezwykłe ożywienie swego pana zeskakuje z kufra na podłogę.
Przeciąga się, ziewa, wydłuża w tył jedną nogę, potem drugą nogę, potem na
chwilę siada naprzeciw okna, za którym słychać bolesny krzyk zarzynanej kury,
i zmiarkowawszy, że naprawdę nic się nie stało, wraca na swoją pościel. Jest
przy tym tak ostrożny czy może rozgniewany na pana Ignacego za fałszywy




























