Текст книги "Lalka"
Автор книги: Bolesław Prus
сообщить о нарушении
Текущая страница: 5 (всего у книги 55 страниц) [доступный отрывок для чтения: 20 страниц]
z nim dosyć często grywam w pikietę, gdzie koniecznie trzeba kombinować.
Rezultat jest taki, że przegrałem osiem do dziesięciu rubli, a wygrałem około
siedemdziesięciu, chociaż – nie mam pretensji do geniuszu! – dodał skromnie.
Pannie Izabeli wypadł z ręki widelec. Pobladła i chwyciwszy się za czoło
szepnęła:
– A!... a!...
Ojciec i panna Florentyna zerwali się z krzeseł.
– Co ci jest, Belu?... – spytał zatrwożony pan Tomasz.
– Nic – odpowiedziała wstając od stołu – migrena. Od godziny czułam, że będę ją
mieć... To nic, papo...
Pocałowała ojca w rękę i wyszła do swego pokoju.
– Nagła migrena powinna by przejść zaraz – rzekł pan Tomasz. – Pójdź do niej,
Florciu. Ja na chwilę wyjdę do miasta, bo muszę zobaczyć się z kilkoma
osobami, ale wcześniej wrócę. Tymczasem czuwaj nad nią, kochana Florciu,
proszę cię o to – mówił pan Tomasz ze spokojną fizjognomią człowieka, bez
którego poleceń albo prośby nie może być dobrze na świecie.
47
– Zaraz do niej pójdę, tylko tu zrobię porządek – odpowiedziała panna
Florentyna, dla której ład w domu był sprawą ważniejszą od czyjejkolwiek
migreny.
Już mrok ogarnął ziemię... Panna Izabela jest znowu sama w swoim gabinecie;
upadła na szezlong i obu rękami zasłoniła oczy. Spod kaskady tkanin
spływających aż na podłogę wysunął się jej wąski pantofelek i kawałek
pończoszki, ale tego nikt nie widzi ani ona o tym nie myśli. W tej chwili jej
duszę znowu targa gniew, żal i wstyd. Ciotka ją przeprosiła, ona sama będzie
kwestować przy najładniejszym grobie i będzie miała najpiękniejszy kostium;
lecz mimo to – jest nieszczęśliwą... Doznaje takich uczuć, jak gdyby wszedłszy
do pełnego salonu ujrzała nagle na swym nowym kostiumie ogromną tłustą
plamę obrzydłej formy i koloru, jakby suknię wytarzano gdzieś na kuchennych
schodach. Myśl o tym jest dla niej tak wstrętną, że ślina napływa jej do ust.
Co za straszne położenie!... Już miesiąc zadłużają się u swego lokaja, a od
dziesięciu dni jej ojciec na swoje drobne wydatki wygrywa pieniądze w karty...
Wygrać można; panowie wygrywają tysiące, ale nie na opędzenie pierwszych
potrzeb, i przecież – nie od kupców. Ach, gdyby można, upadłaby ojcu do nóg i
błagała go, ażeby nie grywał z tymi ludźmi, a przynajmniej nie teraz, kiedy ich
stan majątkowy jest tak ciężki. Za kilka dni, gdy odbierze pieniądze za swój
serwis, sama wręczy ojcu paręset rubli prosząc, ażeby je przegrał do tego pana
Wokulskiego, ażeby wynagrodził go hojniej, niż ona wynagrodzi Mikołaja za
zaciągnięte długi.
Ale czyż jej wypada zrobić to, a nawet mówić o tym ojcu?...
„Wokulski?... Wokulski?... – szepce panna Izabela. – Któż to jest ten Wokulski,
który dziś tak nagle ukazał się jej od razu z kilku stron, pod rozmaitymi
postaciami. Co on ma do czynienia z jej ciotką, z ojcem?...”
I otóż zdaje się jej, że już od kilku tygodni coś słyszała o tym człowieku. Jakiś
kupiec niedawno ofiarował parę tysięcy rubli na dobroczynność, ale nie była
pewna, czy to był handlujący strojami damskimi, czy futrami. Potem mówiono,
że także jakiś kupiec podczas wojny bułgarskiej dorobił się wielkiego majątku,
tylko nie uważała, czy dorobił się szewc, u którego ona bierze buciki, czy jej
fryzjer? I dopiero teraz, przypomina sobie, że ten kupiec, który dał pieniądze na
dobroczynność, i ten, który zyskał duży majątek, są jedną osobą, że to właśnie
jest ów Wokulski, który do jej ojca przegrywa w karty, a którego jej ciotka,
znana z dumy hrabina Karolowa, nazywa: „mój poczciwy Wokulski!...”
W tej chwili przypomina sobie nawet fizjognomię tego człowieka, który w
sklepie nie chciał z nią mówić, tylko cofnąwszy się za ogromne japońskie
wazony przypatrywał się jej posępnie. Jak on na nią patrzył...
Jednego dnia weszła z panną Florentyną na czekoladę do cukierni, przez figle.
Usiadły przy oknie, za którym zebrało się kilkoro obdartych dzieci. Dzieci
spoglądały na nią, na czekoladę i na ciastka z ciekawością i łakomstwem
głodnych zwierzątek, a ten kupiec – tak samo na nią patrzył.
48
Lekki dreszcz przebiegł pannę Izabelę. I to ma być wspólnik jej ojca?... Do
czego ten wspólnik?... Skąd jej ojcu przyszło do głowy zawiązywać jakieś
towarzystwa handlowe, tworzyć jakieś rozległe plany, o których nigdy dawniej
nie marzył?... Chce przy pomocy mieszczaństwa wysunąć się na czoło
arystokracji; chce zostać wybranym do rady miejskiej, której nie było i nie
ma?...
Ależ ten Wokulski to naprawdę jakiś aferzysta, może oszust, który potrzebuje
głośnego nazwiska na szyld do swoich przedsiębiorstw. Bywały takie wypadki.
Ileż to pięknych nazwisk szlachty niemieckiej i węgierskiej unurzało się w
operacjach handlowych, których ona nawet nie rozumie, a ojciec chyba nie
więcej.
Zrobiło się już zupełnie ciemno; na ulicy zapalono latarnie, których blask
wpadał do gabinetu panny Izabeli malując na suficie ramę okna i zwoje firanki.
Wyglądało to jak krzyż na tle jasności, którą powoli zasłania gęsty obłok.
„Gdzie to ja widziałam taki krzyż, taką chmurę i jasność?...” – zapytała się
panna Izabela. Zaczęła przypominać sobie widziane w życiu okolice i – marzyć.
Zdawało się jej, że powozem jedzie przez jakąś znaną miejscowość. Krajobraz
jest podobny do olbrzymiego pierścienia, utworzonego z lasów i zielonych gór,
a jej powóz znajduje się na krawędzi pierścienia i zjeżdża na dół. Czy on
zjeżdża? bo ani zbliża się do niczego, ani od niczego nie oddala, tak jakby stał w
miejscu. Ale zjeżdża: widać to po wizerunku słońca, które odbija się w
lakierowanym skrzydle powozu i, drgając, z wolna posuwa się w tył. Zresztą
słychać turkot... To turkot dorożki na ulicy?... Nie, to turkoczą machiny
pracujące gdzieś w głębi owego pierścienia gór i lasów. Widać tam nawet, na
dole, jakby jezioro czarnych dymów i białych par, ujęte w ramę zieloności.
Teraz panna Izabela spostrzega ojca, który siedzi przy niej i z uwagą ogląda
sobie paznogcie, od czasu do czasu rzucając okiem na krajobraz. Powóz ciągle
stoi na krawędzi pierścienia niby bez ruchu, a tylko wizerunek słońca, odbitego
w lakierowanym skrzydle, wolno posuwa się ku tyłowi. Ten pozorny spoczynek
czy też utajony ruch w wysokim stopniu drażni pannę Izabelę. „Czy my
jedziemy, czy stoimy?” – pyta ojca. Ale ojciec nie odpowiada nic, jakby jej nie
widział; ogląda swoje piękne paznogcie i czasami rzuca okiem na okolicę...
Wtem (powóz ciągle drży i słychać turkot) z głębi jeziora czarnych dymów i
białych par wynurza się do pół figury jakiś człowiek. Ma krótko ostrzyżone
włosy, śniadą twarz, która przypomina Trostiego, pułkownika strzelców (a może
gladiatora z Florencji?), i ogromne czerwone dłonie. Odziany jest w zasmoloną
koszulę z rękawami zawiniętymi wyżej łokcia; w lewej ręce, tuż przy piersi,
trzyma karty ułożone w wachlarz, w prawej, którą podniósł nad głowę, trzyma
jedną kartę, widocznie w tym celu, aby ją rzucić na przód siedzenia powozu.
Reszty postaci nie widać spośród dymu.
„Co on robi, ojcze?” – pyta się zalękniona panna Izabela.
„Gra ze mną w pikietę” – odpowiada ojciec, również trzymając w rękach karty.
„Ależ to straszny człowiek, papo!”
49
„Nawet tacy nie robią nic złego kobietom” – odpowiada pan Tomasz.
Teraz dopiero panna Izabela spostrzega, że człowiek w koszuli patrzy na nią
jakimś szczególnym wzrokiem, ciągle trzymając kartę nad głową. Dym i para,
kotłujące w dolinie, chwilami zasłaniają jego rozpiętą koszulę i surowe oblicze;
tonie wśród nich – nie ma go. Tylko spoza dymu widać blady połysk jego
oczów, a nad dymem obnażoną do łokcia rękę i – kartę.
„Co znaczy ta karta, papo?..” – zapytuje ojca.
Ale ojciec spokojnie patrzy we własne karty i nie odpowiada nic, jakby jej nie
widział.
„Kiedyż nareszcie wyjedziemy z tego miejsca?...”
Ale choć powóz drży i słońce odbite w skrzydle posuwa się ku tyłowi, ciągle u
stopni widać jezioro dymu, a w nim zanurzonego człowieka, jego rękę nad
głową i – kartę.
Pannę Izabelę ogarnia nerwowy niepokój, skupia wszystkie wspomnienia,
wszystkie myśli, ażeby odgadnąć: co znaczy karta, którą trzyma ten człowiek?..
Czy to są pieniądze, które przegrał do ojca w pikietę? Chyba nie. Może ofiara,
jaką złożył Towarzystwu Dobroczynności? I to nie. Może tysiąc rubli, które dał
jej ciotce na ochronę, a może to jest kwit na fontannę, ptaszki i dywany do
ubrania grobu Pańskiego?... Także nie; to wszystko nie niepokoiłoby jej.
Stopniowo pannę Izabelę napełnia wielka bojaźń. Może to są weksle jej ojca,
które ktoś niedawno wykupił?... W takim razie wziąwszy pieniądze za srebra i
serwis spłaci ten dług najpierw i uwolni się od podobnego wierzyciela. Ale
człowiek pogrążony w dymie wciąż patrzy jej w oczy i karty nie rzuca. Więc
może... Ach!...
Panna Izabela zrywa się z szezlonga, potrąca w ciemności o taburet i drżącymi
rękoma dzwoni. Dzwoni drugi raz, nie odpowiada nikt, więc wybiega do
przedpokoju i we drzwiach spotyka pannę Florentynę, która chwyta ją za rękę i
mówi ze zdziwieniem:
– Co tobie, Belciu?...
Światło w przedpokoju nieco oprzytomnia pannę Izabelę. Uśmiecha się.
– Weź, Florciu, lampę do mego pokoju. Papo jest?
– Przed chwilą wyjechał.
– A Mikołaj?
– Zaraz wróci, poszedł oddać list posłańcowi. Czy gorzej boli cię głowa? – pyta
panna Florentyna.
– Nie – śmieje się panna Izabela – tylko zdrzemnęłam się i tak mi się coś
majaczyło.
Panna Florentyna bierze lampę i obie z kuzynką idą do jej gabinetu. Panna
Izabela siada na szezlongu, zasłania ręką oczy przed światłem i mówi:
– Wiesz, Florciu, namyśliłam się, nie sprzedam moich sreber obcemu. Mogą
naprawdę dostać się Bóg wie w jakie ręce. Siądź zaraz, jeżeliś łaskawa, przy
moim biurku i napisz do ciotki, że.. przyjmuję jej propozycję. Niech nam
pożyczy trzy tysiące rubli i niech weźmie serwis i srebra.
50
Panna Florentyna patrzy na nią z najwyższym zdumieniem, wreszcie
odpowiada:
– To jest niemożliwe, Belciu.
– Dlaczego?..-
– Przed kwadransem otrzymałam list od pani Meliton, że srebra i serwis już
kupione.
– Już?... Kto je kupił? – woła panna Izabela chwytając kuzynkę za ręce.
Panna Florentyna jest zmieszana.
– Podobno jakiś kupiec z Rosji... – mówi, lecz czuć, że mówi nieprawdę.
– Ty coś wiesz, Florciu!... Proszę cię, powiedz!... – błaga ją panna Izabela. Jej
oczy napełniają się łzami.
–Zresztą tobie powiem, tylko nie zdradź tajemnicy przed ojcem prosi kuzynka.
– Więc kto?... No, kto kupił?...
– Wokulski – odpowiada panna Florentyna.
Pannie Izabeli w jednej chwili obeschły oczy nabierając przy tym barwy
stalowej. Odpycha z gniewem ręce kuzynki, przechodzi tam i na powrót swój
gabinet, wreszcie siada na foteliku naprzeciw panny Florentyny. Nie jest już
przestraszoną i zdenerwowaną pięknością, ale wielką damą, która ma zamiar
kogoś ze służby osądzić, a może wydalić.
– Powiedz mi, kuzynko – mówi pięknym kontraltowym głosem – co to za
śmieszny spisek knujecie przeciwko mnie?
– Ja?... spisek? powtarza panna Florentyna przyciskając rękoma piersi. – Nie
rozumiem cię, Belu...
– Tak. Ty, pani Meliton i ten... zabawny bohater... Wokulski...
– Ja i Wokulski?... – powtarza panna Florentyna. Tym razem zdziwienie jej jest
tak szczere, że wątpić nie można.
– Przypuśćmy, że nie spiskujesz – ciągnie dalej panna Izabela – ale coś wiesz...
– O Wokulskim wiem to, co wszyscy. Ma sklep, w którym kupujemy, zrobił
majątek na wojnie...
– A o tym, że wciąga papę do spółki handlowej, nie słyszałaś?...
Wyraziste oczy panny Florentyny zrobiły się bardzo dużymi.
– Ojca twego wciąga do spółki?... – rzekła wzruszając ramionami. – Do jakiejże
spółki może go wciągnąć?...
I w tej chwili przestrasza się własnych słów...
Panna Izabela nie mogła wątpić o jej niewinności; znowu parę razy przeszła się
po gabinecie z ruchami zamkniętej lwicy i nagle zapytała:
– Powiedzże mi przynajmniej: co sądzisz o tym człowieku?
– Ja o Wokulskim?... Nic o nim nie sądzę, wyjąwszy chyba to, że szuka rozgłosu
i stosunków.
– Więc dla rozgłosu ofiarował tysiąc rubli na ochronę?
– Z pewnością. Dał przecie dwa razy tyle na dobroczynność.
– A dlaczego kupił mój serwis i srebra?
51
– Zapewne dlatego, ażeby je z zyskiem sprzedać – odpowiedziała panna
Florentyna. – W Anglii za podobne rzeczy dobrze płacą.
– A dlaczego... wykupił weksle papy?
– Skąd wiesz, że to on? W tym nie miałby żadnego interesu.
– Nic nie wiem – pochwyciła gorączkowo panna Izabela – ale wszystko
przeczuwam, wszystko rozumiem... Ten człowiek chce zbliżyć się do nas...
– Już się przecie poznał z ojcem – wtrąciła panna Florentyna
– Więc do mnie chce się zbliżyć!... – zawołała panna Izabela z wybuchem. -
Poznałam to po...
Wstyd jej było dodać: „po jego spojrzeniu”.
– Czy nie uprzedzasz się, Belciu?...
– Nie. To, czego doznaję w tej chwili, nie jest uprzedzeniem, ale raczej
jasnowidzeniem. Nawet nie domyślasz się, jak ja dawno znam tego człowieka, a
raczej – od jak dawna on mnie prześladuje. Teraz dopiero przypominam sobie,
że przed rokiem nie było przedstawienia w teatrze, nie było koncertu, odczytu,
na których bym go nie spotykała, i dopiero dziś ta... bezmyślna figura wydaje mi
się straszną...
Panna Florentyna aż cofnęła się z fotelikiem, szepcząc:
– Więc przypuszczasz, żeby się ośmielił...
– Zagustować we mnie?... – przerwała ze śmiechem panna Izabela. – Tego nawet
nie myślałabym mu bronić. Nie jestem ani tak naiwna, ani tak fałszywie
skromna, ażeby nie wiedzieć, że się podobam... mój Boże! nawet służbie...
Kiedyś gniewało mnie to jak żebranina, która zastępuje nam drogę na ulicach,
dzwoni do mieszkań albo pisuje listy z prośbą o wsparcie. Ale dziś – tylko
zrozumiałam lepiej słowa Zbawcy: „Komu wiele dano, od tego wiele żądać
będą.”
– Zresztą – dodała wzruszając ramionami – mężczyźni w tak bezceremonialny
sposób zaszczycają nas swoim uwielbieniem, że nie tylko już nie dziwię się ich
nadskakiwaniu albo impertynenckim spojrzeniom, ale temu, gdy jest inaczej.
Jeżeli w salonie spotkam człowieka, który mi nie mówi o swej sympatii i
cierpieniach albo nie milczy posępnie w sposób zdradzający jeszcze większą
sympatię i cierpienia, albo nie okazuje mi lodowatej obojętności, co ma być
oznaką najwyższej sympatii i cierpień, wtedy – czuję, że mi czegoś brak, jak
gdybym zapomniała wachlarza albo chusteczki... O, ja ich znam! tych
wszystkich donżuanów, poetów, filozofów, bohaterów, te wszystkie tkliwe,
bezinteresowne, złamane, rozmarzone albo silne dusze:.. Znam całą tę
maskaradę i zapewniam cię, że dobrze się nią bawię. Cha! cha! cha!... jacy oni
śmieszni...
– Nie rozumiem cię, Belciu... – wtrąciła panna Florentyna rozkładając ręce.
– Nie rozumiesz?... Więc chyba nie jesteś kobietą.
Panna Florentyna zrobiła gest przeczący, a następnie powątpiewający.
52
– Posłuchaj – przerwała panna Izabela. – Od roku już straciliśmy stanowisko w
świecie. Nie zaprzeczaj, bo tak jest, wszyscy o tym wiemy. Dziś jesteśmy
zrujnowani...
– Przesadzasz...
– Ach, Floro, nie pocieszaj mnie, nie kłam!... Czyżeś nie słyszała przy obiedzie,
że nawet tych kilkanaście rubli, które ma obecnie mój ojciec, są wygrane w
karty od...
Panna Izabela mówiąc to drżała na całym ciele. Oczy jej błyszczały, na twarzy
miała wypieki.
– Otóż w takiej chwili przychodzi ten... kupiec, nabywa nasze weksle, nasz
serwis, opętuje mego ojca i ciotkę, czyli – ze wszystkich stron otacza mnie
sieciami jak myśliwiec zwierzynę. To już nie smutny wielbiciel, to nie
konkurent, którego można odrzucić, to... zdobywca!...
On nie wzdycha, ale zakrada się do łask ciotki, ręce i nogi oplątuje ojcu, a mnie
chce porwać gwałtem, jeżeli nie zmusić do tego, ażebym mu się sama oddała...
Czy rozumiesz tę wyrafinowaną nikczemność?
Panna Florentyna przestraszyła się.
– W takim razie masz bardzo prosty sposób. Powiedz...
– Komu i co?... Czy ciotce, która gotowa popierać tego pana, ażeby mnie zmusić
do oddania ręki marszałkowi?... Czy może mam powiedzieć ojcu, przerazić go i
przyśpieszyć katastrofę? Jedno tylko zrobię: nie pozwolę ojcu, ażeby zaciągał
się do jakichkolwiek spółek, choćbym miała włóczyć mu się u nóg, choćbym
miała... zabronić mu tego w imieniu zmarłej matki...
m. Panna Florentyna patrzy na nią z zachwytem...
– Doprawdy, Belciu – rzekła – przesadzasz. Z twoją energią i taką genialną
domyślnością...
– Nic znasz tych ludzi, a ja widziałam ich przy pracy. W ich rękach stalowe
szyny zwijają się jak wstążki. To straszni ludzie. Oni dla swoich celów umieją
poruszyć wszystkie siły ziemskie, jakich my nawet nie znamy. Oni potrafią
łamać, usidlać, płaszczyć się, wszystko ryzykować, nawet – cierpliwie czekać...
– Mówisz na podstawie czytanych romansów.
– Mówiç na mocy moich przeczuć, które ostrzegają... wołają, że ten człowiek po
to jeździł na wojnę, ażeby mnie zdobyć. I ledwie wrócił, już mnie ze wszystkich
stron obsacza... Ale niech się strzeże!... Chce mnie kupić? dobrze, niech
kupuje!... przekona się, że jestem bardzo droga... Chce mnie złapać w sieci?...
Dobrze, niech je rozsnuwa... ale ja mu się wymknę, choćby – w objęcia
marszałka... O Boże! nawet nie domyślałam się, jak głęboką jest przepaść, w
którą spadamy, dopóki nie zobaczyłam takiego dna. Z salonów Kwirynału do
sklepu... To już nawet nie upadek, to hańba...
Siadła na szezlongu i utuliwszy głowę rękoma szlochała.
53
ROZDZIAŁ SIÓDMY:
GOŁĄB WYCHODZI NA SPOTKANIE WĘŻA
Serwis i srebra familii Łęckich były już sprzedane i nawet jubiler odniósł pany
Tomaszowi pieniądze, strąciwszy dla siebie sto kilkadziesiąt rubli składowego i
za pośrednictwo. Mimo to hrabina Karolowa nie przestała kochać panny Izabeli;
owszem – jej energia i poświęcenie, okazane przy sprzedaży pamiątek, zbudziły
w sercu starej damy nowe źródło uczuć rodzinnych. Nie tylko uprosiła pannę
Izabelę o przyjęcie pięknego kostiumu, nie tylko co dzień bywała u niej albo ją
wzywała do siebie, ale jeszcze (co było dowodem niesłychanej łaski) na całą
Wielką Środę ofiarowała jej swój powóz.
– Przejedź się, aniołku, po mieście – mówiła hrabina całując siostrzenicę – i
pozałatwiaj drobne sprawunki. Tylko pamiętaj, żebyś mi za to w czasie kwesty
wyglądała ślicznie... Tak ślicznie, jak to tylko ty potrafisz!... Proszę cię...
Panna Izabela nie odpowiedziała nic, ale jej spojrzenie i rumieniec kazały
domyślać się, że z całą gotowością spełni wolę ciotki.
W Wielką Środę, punkt o jedenastej rano, panna Izabela już siedziała w
otwartym powozie wraz ze swoją nieodstępną towarzyszką, panną Florentyną.
Po Alei chodziły wiosenne powiewy roznosząc tę szczególną, surową woń,
która poprzedza pękanie liści na drzewach i ukazanie się pierwiosnków; szare
trawniki nabrały zielonego odcienia; słońce grzało tak mocno, że panie
otworzyły parasolki.
– Śliczny dzień – westchnęła panna Izabela patrząc na niebo, gdzieniegdzie
poplamione białymi obłokami.
– Gdzie jaśnie panienka rozkaże jechać? – spytał lokaj zatrzasnąwszy drzwiczki
powozu.
– Do sklepu Wokulskiego – Z nerwowym pośpiechem odpowiedziała panna
Izabela.
Lokaj skoczył na kozioł i spasione gniade konie ruszyły uroczystym kłusem
parskając i wyrzucając łbami.
– Dlaczego, Belciu, do Wokulskiego? – zapytała trochę zdziwiona panna
Florentyna.
– Chcę sobie kupić paryskie rękawiczki, kilka flakonów perfum...
– To samo dostaniemy gdzie indziej.
– Chcę tam – odpowiedziała sucho panna Izabela.
Od paru dni męczył ją osobliwy niepokój, jakiego już raz doznała w życiu.
Będąc przed laty za granicą w ogrodzie aklimatyzacyjnym, zobaczyła w jednej z
klatek ogromnego tygrysa, który spał oparty o kratę w taki sposób, że mu część
głowy i jedno ucho wysunęło się na zewnątrz.
Widząc to panna Izabela uczuła nieprzepartą chęć pochwycenia tygrysa za ucho.
Zapach klatki napełniał ją wstrętem, potężne łapy zwierzęcia nieopisaną trwogą,
lecz mimo to czuła, że – musi tygrysa przynajmniej dotknąć w ucho.
54
Dziwny ten pociąg wydał się jej samej niebezpiecznym i nawet śmiesznym.
Przemogła się więc i poszła dalej; lecz po paru minutach wróciła. Znowu
cofnęła się, przejrzała inne klatki, starała się o czym innym myśleć. Na próżno.
Wróciła się i choć tygrys już nie spał, tylko mrucząc lizał swoje straszliwe łapy,
panna Izabela podbiegła do klatki, wsunęła rękę i – drżąca i blada – dotknęła
tygrysiego ucha.
W chwilę później wstydziła się swego szaleństwa, lecz zarazem czuła to gorzkie
zadowolenie znane ludziom, którzy usłuchają w ważnej sprawie głosu instynktu.
Dziś zbudziło się w niej podobnego rodzaju pragnienie.
Gardziła Wokulskim, serce jej zamierało na samo przypuszczenie, że ten
człowiek mógł zapłacić za srebra więcej, niż były warte, a mimo to czuła
nieprzeparty pociąg – wejść do sklepu, spojrzeć w oczy Wokulskiemu i zapłacić
mu za parę drobiazgów tymi właśnie pieniędzmi, które pochodziły od niego.
Strach ją zdejmował na myśl spotkania, lecz niewytłumaczony instynkt
popychał.
Na Krakowskim już z daleka zobaczyła szyld z napisem: J. Mincel i S.
Wokulski, a o jeden dom bliżej nowy, jeszcze nie wykończony sklep o pięciu
oknach frontu, z lustrzanymi szybami. Z kilku pracujących przy nim
rzemieślników i robotników jedni od wewnątrz wycierali szyby, drudzy złocili i
malowali drzwi i futryny, inni umocowywali przed oknami ogromne mosiężne
bariery.
– Cóż to za sklep budują? – spytała panny Florentyny.
– Chyba dla Wokulskiego, bo słyszałam, że wziął obszerniejszy lokal.
„Dla mnie ten sklep!”– pomyślała panna Izabela szarpiąc rękawiczki.
Powóz stanął, lokaj zeskoczył z kozła i pomógł paniom wysiąść. Lecz gdy
następnie otworzył z łoskotem drzwi do sklepu Wokulskiego, panna Izabela tak
osłabła, że nogi zachwiały się pod nią. Przez chwilę chciała wrócić do powozu i
uciec stąd; wnet jednak opanowała się i z podniesioną głową weszła.
Pan Rzecki już stał na środku sklepu i zacierając ręce, witał ją niskimi ukłonami.
W głębi pan Lisiecki, podczesując piękną brodę, okrągłymi i pełnymi godności
ruchami prezentował brązowe kandelabry jakiejś damie, która siedziała na
krześle. Mizerny Klejn wybierał laski młodzieńcowi, który na widok panny
Izabeli szybko uzbroił się w binokle – a pachnący heliotropem Mraczewski palił
wzrokiem i sztyletował wąsikami dwie rumiane panienki, które towarzyszyły
damie i oglądały toaletowe cacka.
Na prawo ode drzwi, za kantorkiem, siedział Wokulski schylony nad
rachunkami.
Gdy panna Izabela weszła, młodzieniec oglądający laski poprawił kołnierzyk na
szyi, dwie panienki spojrzały na siebie, pan Lisiecki urwał w połowie swój
okrągły frazes o stylu kandelabrów, ale zatrzymał okrągłą pozę, a nawet dama
słuchająca jego wykładu ciężko odwróciła się na krześle. Przez chwilę sklep
zaległa cisza, którą dopiero panna Izabela przerwała odezwawszy się pięknym
kontraltem:
55
– Czy zastałyśmy pana Mraczewskiego?...
– Panie Mraczewski!... – pochwycił pan Ignacy.
Mraczewski już stał przy pannie Izabeli, zarumieniony jak wiśnia, pachnący jak
kadzielnica, z pochyloną głową, jak kita wodnej trzciny.
– Przyszłyśmy prosić pana o rękawiczki.
– Numerek pięć i pół – odparł Mraczewski i już trzymał pudełko, które mu nieco
drżało w rękach pod wpływem spojrzenia panny Izabeli.
– Otóż nie... – przerwała panna ze śmiechem. – Pięć i trzy czwarte... Już pan
zapomniał!...
– Pani, są rzeczy, których się nigdy nie zapomina. Jeżeli jednak rozkazuje pani
pięć i trzy czwarte, będę służył w nadziei, że niebawem znowu zaszczyci nas
pani swoją obecnością. Bo rękawiczki pięć i trzy czwarte – dodał z lekkim
westchnieniem, podsuwając jej kilka innych pudełek – stanowczo zsuną się z
rączek...
– Geniusz! – cicho szepnął pan Ignacy mrugając na Lisieckiego, który
pogardliwie ruszył ustami.
Dama siedząca na krześle zwróciła się do kandelabrów, dwie panny do toaletki z
oliwkowego drzewa, młodzieniec w binoklach począł znowu wybierać laski i -
rzeczy w sklepie przeszły do spokojnego trybu. Tylko rozgorączkowany
Mraczewski zeskakiwał i wbiegał na drabinkę, wysuwał szuflady i wydobywał
coraz nowe pudełka tłumacząc pannie Izabeli po polsku i po francusku, że nie
może nosić innych rękawiczek, tylko pięć i pół, ani używać innych perfum,
tylko oryginalnych Atkinsona, ani ozdabiać swego stolika innymi drobiazgami,
jak paryskimi.
Wokulski pochylił się nad kantorkiem tak, że żyły nabrzmiały mu na czole i -
wciąż rachował w myśli:
„ 29 a 36 – to 65, a 15 to 80, a 78 – to... to...”
Tu urwał i spod oka spojrzał w stronę panny Izabeli rozmawiającej z
Mraczewskim. Oboje stali zwróceni do niego profilem; dostrzegł więc pałający
wzrok subiekta przykuty do panny Izabeli, na co ona w sposób demonstracyjny
odpowiadała uśmiechem i spojrzeniami łagodnej zachęty
„ 29 a 36 – to 65, a 15...” – liczył w myśli Wokulski, lecz nagle pióro prysło mu
w ręku. Nie podnosząc głowy wydobył nową stalówkę z szuflady, a
jednocześnie, nie wiadomo jakim sposobem, z rachunku wypadło mu pytanie:
„ I ja mam niby to ją kochać?... Głupstwo! Przez rok cierpiałem na jakąś
chorobę mózgową, a zdawało mi się, że jestem zakochany...29 a 36... 29 a 36...
Nigdym nie przypuszczał, ażeby mogła mi być tak dalece obojętną... Jak ona
patrzy na tego osła... No, jest to widocznie osoba, która kokietuje nawet
subiektów, a czy tego samego nie robi z furmanami i lokajami!... Pierwszy raz
czuję spokój... o Boże... A tak go bardzo pragnąłem...”
Do sklepu weszło jeszcze parę osób, do których niechętnie zwrócił się
Mraczewski, powoli wiążąc paczki.
56
Panna Izabela zbliżyła się do Wokulskiego i wskazując w jego stronę parasolką
rzekła dobitnie:
– Floro, bądź łaskawa zapłacić temu panu. Wracamy do domu.
– Kasa jest tu – odezwał się Rzecki podbiegając do panny Florentyny. Wziął od
niej pieniądze i oboje cofnęli się w głąb sklepu.
Panna Izabela z wolna podsunęła się tuż do kantorka, za którym siedział
Wokulski. Była bardzo blada. Zdawało się, że widok tego człowieka wywiera na
nią wpływ magnetyczny.
– Czy mówię z panem Wokulskim?
Wokulski powstał z krzesła i odparł obojętnie:
– Jestem do usług.
– Wszakże to pan kupił nasz serwis i srebra? – mówiła zdławionym głosem.
– Ja, pani.
Teraz panna Izabela zawahała się. Po chwili jednak słaby rumieniec wrócił jej
na twarz. Ciągnęła dalej:
– Zapewne pan sprzeda te przedmioty?
– W tym celu je kupiłem.
Rumieniec panny Izabeli wzmocnił się.
– Przyszły nabywca w Warszawie mieszka? – pytała dalej.
– Rzeczy tych nie sprzedam tutaj, lecz za granicą. Tam... dadzą mi wyższą cenę -
dodał spostrzegłszy w jej oczach zapytanie.
– Pan spodziewa się dużo zyskać?
– Dlatego, ażeby zyskać, kupiłem.
– Czy i dlatego mój ojciec nie wie, że srebra te są w pańskim ręku? – rzekła
ironicznie.
Wokulskiemu drgnęły usta.
– Serwis i srebra nabyłem od jubilera. Sekretu z tego nie robię. Osób trzecich do
sprawy nie mieszam, ponieważ to nie jest w zwyczajach handlowych.
Pomimo tak szorstkich odpowiedzi panna Izabela odetchnęła. Nawet oczy jej
nieco pociemniały i straciły połysk nienawiści.
– A gdyby mój ojciec namyśliwszy się chciał odkupić te przedmioty, za jaką
cenę odstąpiłby je pan teraz?
– Za jaką kupiłem. Rozumie się z doliczeniem procentu w stosunku... sześć... do
ośmiu od sta rocznie...
– I wyrzekłby się pan spodziewanego zysku?... Dlaczegóż to?.. – przerwała mu z
pośpiechem.
– Dlatego, proszę pani, że handel opiera się nie na zyskach spodziewanych, ale
na ciągłym obrocie gotówki.
– Żegnam pana i... dziękuję za wyjaśnienia – rzekła panna Izabela widząc, że jej
towarzyszka już kończy rachunki.
Wokulski ukłonił się i znowu usiadł do swej księgi.
Gdy lokaj zabrał paczki i panie zajęły miejsca w powozie, panna Florentyna
odezwała się tonem wyrzutu:
57
– Mówiłaś z tym człowiekiem, Belu?...
– Tak i nie żałuję tego. On wszystko skłamał, ale...
– Co znaczy to: a l e?... – z niepokojem zapytała panna Florentyna.
– Nie pytaj mnie. Nic do mnie nie mów, jeżeli nie chcesz, ażebym rozpłakała się
na ulicy...
A po chwili dodała po francusku:
– Zresztą, może zrobiłam źle przyjeżdżając tutaj, ale... wszystko mi jedno!...
– Myślę, Belciu – rzekła, z powagą sznurując usta, jej towarzyszka – że
należałoby pomówić o tym z ojcem albo z ciotką.
– Chcesz powiedzieć – przerwała panna Izabela – że muszę pomówić z
marszałkiem albo z baronem? Na to zawsze będzie czas; dziś nie mam jeszcze
odwagi.
Przerwała się rozmowa. Panie milcząc wróciły do domu; panna Izabela cały
dzień była rozdrażniona.
Po wyjściu panny Izabeli ze sklepu Wokulski wziął się znowu do rachunków i
bez błędu zsumował dwie duże kolumny cyfr. W połowie trzeciej zatrzymał się i
dziwił się temu spokojowi, jaki zapanował w jego duszy. Po całorocznej
gorączce i tęsknocie przerywanej wybuchami szału skąd naraz ta obojętność?
Gdyby można było jakiegoś człowieka nagle przerzucić z balowej sali do lasu
albo z dusznego więzienia na chłodne obszerne pole, nie doznałby innych
wrażeń ani głębszego zdumienia.
„Widocznie przez rok ulegałem częściowemu obłąkaniu” – myślał Wokulski. -
Nie było niebezpieczeństwa, nie było ofiary, której nie poniósłbym dla tej
osoby, i ledwiem ją zobaczył, już nic mnie nie obchodzi.
A jak ona rozmawiała ze mną. Ile tam było pogardy dla marnego kupca...”
Zapłać temu panu!...” Paradne są te wielkie damy; próżniak, szuler, nawet
złodziej, byle miał nazwisko, stanowi dla nich dobre towarzystwo, choćby
fizjognomią zamiast ojca przypominał lokaja swej matki. Ale kupiec – jest
pariasem... Co mnie to wreszcie obchodzi; gnijcie sobie w spokoju!”
Znowu dodał jedną kolumnę nie uważając nawet, co się dzieje w sklepie.
„Skąd ona wie – myślał dalej – że ja kupiłem serwis i srebra?... A jak
wybadywała, czym nie zapłacił więcej niż warte! Z przyjemnością
ofiarowałbym im ten pamiątkowy drobiazg. Winienem jej dozgonną
wdzięczność, bo gdyby nie szał dla niej, nie dorobiłbym się majątku i
spleśniałbym za kantorkiem. A teraz może mi smutno będzie bez tych żalów,
rozpaczy i nadziei... Głupie życie!... Po ziemi gonimy marę, którą każdy nosi we
własnym sercu, i dopiero gdy stamtąd ucieknie, poznajemy, że to był obłęd...
No, nigdy bym nie przypuszczał, że mogą istnieć tak cudowne kuracje. Przed
godziną byłem pełen trucizny, a w tej chwili jestem tak spokojny i – jakiś pusty,
jakby uciekła ze mnie dusza i wnętrzności, a została tylko skóra i odzież. Co ja
teraz będę robił? czym będę żył?... Chyba pojadę na wystawę do Paryża, a
potem w Alpy...”
W tej chwili zbliżył się do niego na palcach Rzecki i szepnął:
58
– Pyszny jest ten Mraczewski, co? Jak on umie rozmawiać z kobietami!
– Jak fryzjerczyk, którego uzuchwalono – odpowiedział Wokulski nie odrywając
oczu od księgi.
– Nasze klientki zrobiły go takim – odpowiedział stary subiekt, lecz widząc, że
przeszkadza pryncypałowi, cofnął się. Wokulski znowu wpadł w zadumę.








