Текст книги "Lalka"
Автор книги: Bolesław Prus
сообщить о нарушении
Текущая страница: 22 (всего у книги 55 страниц) [доступный отрывок для чтения: 23 страниц]
alarm, że odwraca się grzbietem do pokoju, a nosem i ogonem do ściany, jak
gdyby panu Ignacemu chciał powiedzieć:
„Już ja tam wolę nie widzieć twojej chudości.”
Rzecki ubiera się w oka mgnieniu i z piorunującą szybkością wypija herbatę nie
patrząc ani na samowar, ani na służącego, który go przyniósł. Potem biegnie do
sklepu jeszcze zamkniętego, przez trzy godziny rachuje bez względu na ruch
gości i rozmowy „panów” i punkt o dziesiątej mówi do Lisieckiego:
– Panie Lisiecki, wrócę o drugiej...
– Koniec świata! – mruczy Lisiecki. – Musiało trafić się coś nadzwyczajnego,
jeżeli ten safanduła wychodzi o takiej porze do miasta...
Stanąwszy na chodniku przed sklepem pan Ignacy dostaje ataku wyrzutów
sumienia.
„Co ja dziś wyrabiam?... – myśli. – Co mnie obchodzą licytacje, choćby pałaców,
nie tylko kamienic?.. „
I waha się: czy iść do sądu, czy wracać do sklepu? W tej chwili widzi na
Krakowskim przejeżdżającą dorożkę, a w niej damę wysoką, chudą i mizerną, w
czarnym kostiumie. Dama właśnie patrzy na ich sklep, a Rzecki w jej zapadłych
oczach i lekko posiniałych ustach spostrzega wyraz głębokiej nienawiści.
„Dalibóg, że to baronowa Krzeszowska... – mruczy pan Ignacy. – Oczywiście,
jedzie na licytację... Awantura!...
Budzą się w nim jednak wątpliwości. Kto wie, czy baronowa jedzie do sądu;
może to wszystko plotki?... „Warto sprawdzić” – myśli pan Ignacy, zapomina o
swoich obowiązkach dysponenta i najstarszego subiekta. I poczyna iść za
dorożką. Nędzne konie wloką się tak powoli, że pan Ignacy może obserwować
wehikuł na całej przestrzeni do kolumny Zygmunta. W tym miejscu dorożka
skręca na lewo, a Rzecki myśli:
„Rozumie się, że jedzie baba na Miodową. Taniej kosztowałaby ja podróż na
miotle...”
241
Przez dom Rezlera (który przypomina mu onegdajszą pijatykę!) i część
Senatorskiej pan Ignacy dostaje się na Miodową. Tu przechodząc około składu
herbaty Nowickiego wstępuje na chwilę, ażeby powiedzieć właścicielowi:
„dzień dobry!”, i szybko ucieka, dalej mrucząc:
„Co on sobie pomyśli zobaczywszy mnie o tej godzinie na ulicy?..Naturalnie
pomyśli, że jestem najpodlejszy dysponent, który zamiast siedzieć w sklepie,
łajdaczy się po mieście... Oto los!...” Przez pozostałą część drogi do sądu trapi
pana Ignacego sumienie. Przybiera ono postać olbrzyma z brodą, w żółtym
jedwabnym kitlu i takich że spodniach, który dobrodusznie a zarazem ironicznie
patrzącemu w oczy mówi:
„Powiedz mi pan, panie Rzecki, jaki to porządny kupiec wałęsa się o tej porze
po mieście? Pan jesteś taki kupiec jak ja baletnik...”
I pan Ignacy czuje, że nie może nic odpowiedzieć surowemu sędziemu. Rumieni
się, potnieje i już chce wracać do swoich ksiąg (w taki jednakże sposób, ażeby
go zobaczył Nowicki), gdy nagle widzi przed sobą dawny pałac Paca.
„Tu będzie licytacja!” – mówi pan Ignacy i zapomina o skrupułach. Olbrzym z
brodą, w żółtym jedwabnym kitlu, rozpływa się przed oczyma jego duszy jak
mgła.
Rozejrzawszy się w sytuacji pan Ignacy przede wszystkim spostrzega, że do
gmachu sądowego prowadzą dwie olbrzymie bramy i dwoje drzwi. Następnie
widzi cztery różnej wielkości gromady starozakonnych z minami bardzo
poważnymi. Pan Ignacy nie wie, dokąd iść, idzie jednak do tych drzwi, przed
którymi stoi najwięcej starozakonnych, domyślając się, że tam właśnie odbywa
się licytacja.
W tej chwili przed gmach sądu zajeżdża powóz, a w nim pan Łęcki. Pan Ignacy
nie może pohamować czci dla jego pięknych, siwych wąsów i podziwu dla jego
humoru. Pan Łęcki bowiem nie wygląda tak jak bankrut, któremu licytują
kamienicę, ale jak milioner, który przyjechał do rejenta, ażeby podnieść drobną
sumę stu kilkudziesięciu tysięcy rubli.
Pan Łęcki wysiada uroczyście z powozu, triumfalnym krokiem zbliża się do
drzwi sądowych, a jednocześnie z drugiej strony ulicy przybiega do niego
dżentelmen mający wszelakie pozory próżniaka, który jednakże jest adwokatem.
Po bardzo krótkim, a nawet niedbałym powitaniu pan Łęcki pyta dżentelmena:
– Cóż?... kiedyż?...
– Za godzinkę... może trochę dłużej... – odpowiada dżentelmen.
– Wyobraź pan sobie – mówi z dobrotliwym uśmiechem pan Łęcki – że przed
tygodniem jeden mój znajomy wziął dwakroć za dom, który go kosztował sto
pięćdziesiąt tysięcy. A że mój kosztował mnie sto tysięcy, więc powinienem
wziąć w tym stosunku ze sto dwadzieścia pięć...
– Hum!... hum!... – mruczy adwokat.
– Będziesz się pan śmiał.– ciągnie pan Tomasz – z tego, co powiem (bo wy
lubicie żartować z przeczuć i snów), a jednak dziś śniło mi się, że mój dom
poszedł za sto dwadzieścia tysięcy... Mówię to panu przed licytacją, uważasz?...
242
Za parę godzin przekonasz się, że nie należy śmiać się ze snów... Są rzeczy na
niebie i ziemi...
– Hum!... hum!... – odpowiada adwokat i obaj panowie wchodzą w pierwsze
drzwi gmachu. „Chwała Bogu! – myślał pan Ignacy. – Jeżeli Łęcki weźmie sto
dwadzieścia tysięcy za swój dom, to znaczy, że Stach nie zapłaci za niego
dziewięćdziesięciu tysięcy rubli.”
Wtem ktoś lekko dotyka jego ramienia. Pan Ignacy ogląda się i widzi za sobą
starego Szlangbauma.
– Czy może pan mnie szuka.? – pyta sędziwy Żyd, bystro patrząc mu w oczy.
– Nie, nie... – odpowiada zmieszany pan Ignacy.
– Pan nie ma do mnie żaden interes?. – powtarza Szlangbaum mrugając
czerwonymi powiekami.
– Nie, nie...
– Git! – mruczy Szlangbaum i odchodzi między swoich współwyznawców.
Panu Ignacemu robi się zimno: obecność Szlangbauma w tym miejscu budzi w
nim nowe podejrzenie. Aby je rozproszyć, pan Ignacy pyta stojącego przy
drzwiach woźnego, gdzie odbywają się licytacje. Woźny wskazuje mu schody.
Pan Ignacy biegnie na górę i wpada do jednej sali. Uderza go tłum
starozakonnych, słuchających z największym skupieniem jakiejś mowy. Rzecki
poznaje, że w tej chwili toczy się tu sprawa przed sądem, że przemawia
prokurator i że chodzi o grube oszustwo. W sali jest duszno; mowę prokuratora
tłumi nieco hałas dorożek. Sędziowie wyglądają, jakby drzemali, adwokat
ziewa, oskarżony ma minę, jakby chciał oszukać sąd najwyższej instancji,
starozakonni przypatrują mu się ze współczuciem, a oskarżenia słuchają z
uwagą. Niektórzy przy każdym silniejszym zarzucie prokuratora krzywią się i
syczą: „aj-waj!...”
Pan Ignacy opuszcza salę; nie dla tej sprawy tu przyszedł.
Znalazłszy się w przedsionku, pan Ignacy chce iść na drugie piętro;
jednocześnie omija go schodząca stamtąd baronowa Krzeszowska w
towarzystwie mężczyzny, który ma powierzchowność znudzonego nauczyciela
języków starożytnych. Jest to jednak adwokat; o czym świadczy srebrny
znaczek przypięty do klapy bardzo wytartego fraka; szaraczkowe zaś spodnie
kapłana sprawiedliwości są na kolanach tak wytłoczone, jak gdyby ich
właściciel, zamiast bronić swoich klientów, nieustannie oświadczał się bogini
Temidzie.
– Więc jeżeli dopiero za godzinę – mówi jękliwym głosem pani Krzeszowska – w
takim razie pójdę teraz do Kapucynów... Nie sądzi pan.
– Nie sądzę, ażeby wizyta pani u Kapucynów wpłynęła na przebieg licytacji -
odpowiada znudzony adwokat.
– Gdyby jednak pan mecenas szczerze chciał, gdyby pobiegał...
Mecenas w wytłoczonych spodniach niecierpliwie potrząsa ręką.
– Ach, pani dobrodziejko – mówi – ja już tyle nabiegałem się w sprawie tej
licytacji, że choćby dzisiaj należy mi się spoczynek. W dodatku mam za kilka
243
minut urzędówkę o zabójstwo... Widzi pani te piękne damy?... Wszystkie idą
słuchać mojej obrony... Efektowna sprawa!...
– Więc pan mecenas opuszcza mnie? – wykrzykuje baronowa.
– Ależ będę... będę na sali – przerywa jej adwokat – będę przy licytacji, tylko
niech mi pani zostawi choć parę minut do pomyślenia o moim zabójcy...
I wpada w otwarte drzwi, nakazując woźnemu, ażeby nikogo nie wpuszczał.
– O Boże! – mówi baronowa na cały głos – nędzny zabójca ma obrońcę, ale
biedna, samotna kobieta na próżno szuka człowieka, któryby ujął się za jej
honorem, za jej spokojem, za jej mieniem...
Ponieważ pan Ignacy nie chce być tym człowiekiem, więc śpiesznie ucieka na
dół, potrącając młode, piękne i eleganckie kobiety, które przypędziła tu żądza
wysłuchania sławnego procesu o zabójstwo. To lepsze aniżeli teatr; aktorzy
bowiem urzędowego widowiska grają jeżeli nie lepiej, to z pewnością celniej od
dramatycznych.
Na schodach wciąż rozlegają się lamentacje pani Krzeszowskiej i śmiechy
młodych, pięknych i eleganckich kobiet, śpieszących na oglądanie zabójcy,
pokrwawionej odzieży, siekiery, którą zabił swoją ofiarę, i spoconych sędziów.
Pan Ignacy ucieka z sieni aż na drugą stronę ulicy; na rogu Kapitulnej i
Miodowej wpada do cukierni i kryje się w tak ciemnym kącie, w którym nie
mogłaby już poznać go nawet pani Krzeszowska.
Każe sobie podać filiżankę pienistej czekolady, zasłania się podartą gazetą i
widzi, że w tym małym pokoiku znajduje się drugi, jeszcze ciemniejszy kąt, w
którym mieści się pewien okazałej tuszy jegomość i jakiś zgarbiony Żyd. Pan
Ignacy myśli, że okazały jegomość jest co najmniej hrabią i właścicielem
wielkich dóbr na Ukrainie, a Żyd jego faktorem; tymczasem zaś słucha toczącej
się między nimi rozmowy
– Panie dobrodzieju – mówi zgarbiony Żyd – żeby nie to, że pana dobrodzieja
nikt nie zna w Warszawie, to ja bym panu za ten interes nie dał nawet dziesięć
rubli. A tak zarobi pan dobrodziej dwadzieścia pięć...
– I wystoję się z godzinę w dusznej sali! – odmrukuje jegomość.
– Prawda – ciągnie dalej Żyd – że w naszym wieku ciężko stoić, no, ale takie
pieniądze to też nie chodzą piechotą... A jaką pan będzie miał reputację, kiedy
się dowiedzą, że pan dobrodziej chciał kupić kamienicę za osiemdziesiąt tysięcy
rubli?...
– Niech będzie. Ale dwadzieścia pięć rubli gotówką na stół...
– Niech Bóg zabroni! – odpowiada Żyd. – Pan dobrodziej dostanie do ręki pięć
rubli, a dwadzieścia pójdzie na dług tego nieszczęśliwego Seliga Kupferman, co
już przez dwa lata grosza od pana nie widział, choć ma wyrok.
Okazały pan uderza ręką w stół marmurowy i chce wychodzić. Zgarbiony Żyd
chwyta go za połę surduta, znowu sadza na krześle i ofiaruje sześć rubli
gotówką.
244
Po kilkuminutowym targu strony godzą się na osiem rubli, z których siedem
będą wypłacone po licytacji, a rubel natychmiast. Żyd opiera się, ale
majestatyczny pan jednym argumentem rozcina jego wahania:
– Przecież, do diabła, muszę oddać za herbatę i ciastka!
Żyd wzdycha, z zatłuszczonej portmonetki wydobywa najbardziej podarty
papierek i wyprostowawszy go kładzie na marmurowym stole. Następnie wstaje
i leniwie opuszcza ciemny pokoik, a pan Ignacy przez dziurkę gazety poznaje w
nim starego Szlangbauma.
Pan Ignacy śpiesznie dopija czekoladę i ucieka z cukierni na ulicę. Już obrzydła
mu licytacja, której ma pełne uszy i pełną głowę. Chce w jakiś sposób
przepędzić zbywający mu czas i spostrzegłszy otwarty kościół Kapucynów
kieruje się do niego będąc pewnym, że w świątyni znajdzie spokój, przyjemny
chłodek, a nade wszystko, że tam przynajmniej nie usłyszy o licytacji.
Wchodzi do kościoła i istotnie znajduje ciszę i chłód, a nadto nieboszczyka na
katafalku otoczonego świecami, które się jeszcze nie palą, i kwiatami, które już
nie pachną. Od pewnego czasu pan Ignacy nie lubi widoku trumny, więc skręca
na lewo i widzi klęczącą na posadzce w czarnym stroju kobietę. Jest to
baronowa Krzeszowska, kornie zgięta ku ziemi; bije się w piersi i co chwilę
podnosi chustkę do oczu.
„Jestem pewny, iż modli się o to, ażeby dom Łęckiego poszedł za sześćdziesiąt
tysięcy rubli” – myśli pan Ignacy. Lecz że i widok pani Krzeszowskiej nie
wydaje mu się ponętnym, więc cofa się na palcach i przechodzi na prawą stronę
kościoła.
Tu znajduje się tylko parę kobiet: jedna półgłosem odmawia różaniec, druga śpi.
Zresztą nikogo więcej, tylko spoza filaru wychyla się średniego wzrostu
mężczyzna energicznie wyprostowany, pomimo siwych włosów, i szepczący
modlitwę z zadartą głową.
Rzecki poznaje w nim pana Łęckiego i myśli:
„Jestem pewny, że ten prosi Boga, ażeby jego dom poszedł za sto dwadzieścia
tysięcy rubli...” Potem śpiesznie opuszcza kościół zastanawiając się, w jaki też
sposób dobry Bóg zadowoli sprzeczne żądania pani baronowej Krzeszowskiej i
pana Tomasza Łęckiego?
Nie znalazłszy, czego szukał, ani w cukierni, ani w kościele, pan Ignacy zaczyna
spacerować po ulicy, niedaleko sądowego gmachu. Jest bardzo zmieszany; zdaje
mu się, że każdy przechodzień patrzy mu drwiąco w oczy, jakby mówił: „Nie
wolałbyś to, stary łobuzie, pilnować sklepu?”, i że z każdej dorożki wyskoczy
który, z „panów” donosząc mu, że sklep spalił się lub zawalił. Więc znowu
myśli: czyby nie lepiej było dać za wygraną licytacji, a wrócić do swoich ksiąg i
kantorka, gdy nagle słyszy rozpaczliwy krzyk.
To jakiś Żydek wychylił się przez okno sali sądowej i coś wrzasnął do gromady
swoich współwyznawców, którzy na to hasło rzucili się do drzwi tłocząc się,
potrącając spokojnych przechodniów i tupiąc niecierpliwie nogami jak
245
spłoszone stado owiec w ciasnej owczarni. „Aha, już zaczęła się licytacja!.” -
mówi do siebie pan Ignacy idąc za nimi na górę.
W tej chwili czuje, że ktoś pochwycił go z tyłu za ramię, i odwróciwszy głowę
widzi owego majestatycznego pana, który od Szlangbauma dostał w cukierni
rubla zadatku. Okazały pan widocznie bardzo się śpieszy, gdyż obu pięściami
toruje sobie drogę pośród zbitej masy ciał starozakonnych wołając:
– Na bok, parchy, kiedy ja idę na licytację!...
Żydzi wbrew swoim zwyczajom usuwają się i patrzą na niego z podziwem.
– Jakie on musi mieć pieniądze! – mruczy jeden z nich do swego sąsiada.
Pan Ignacy, który jest nieskończenie mniej śmiałym aniżeli okazały jegomość,
zamiast pchać się jak on, zdaje się na łaskę i niełaskę losu. Prąd starozakonnych
ogarnia go ze wszystkich stron. Przed sobą widzi zatłuszczony kołnierz, brudny
szalik i jeszcze brudniejszą szyję ; za sobą czuje zapach świeżej cebuli ;z prawej
strony jakaś szpakowata broda opiera mu się na obojczyku, a z lewej silny
łokieć uciska mu rękę aż do ścierpnięcia.
Gniotą go, popychają, szarpią za odzież. Ktoś chwyta go za nogi, ktoś sięga do
kieszeni, ktoś uderza go między łopatki. Nadchodzi chwila, w której pan Ignacy
sądzi, że połamią mu klatkę piersiową. Podnosi oczy do nieba i widzi, że jest we
drzwiach. Już, już... zaduszą go...Nagle czuje przed sobą puste miejsce, uderza
głową w czyjeś wdzięki, nie dosyć starannie zasłonięte połą surduta, i – jest w
sali.
Odetchnął... Za nim rozlegają się krzyki i wymyślania licytantów, a od czasu do
czasu upomnienia woźnego:
– Czego panowie tak się tłoczą... Cóż to, panowie są bydło czy co?..
„Nie wiedziałem, że tak trudno dostać się na licytację!..” – wzdycha pan Ignacy.
Mija dwie sale, tak puste, że nie widać w nich ani krzesła na podłodze, ani
gwoździa w ścianie. Sale te tworzą przysionek jednego z wydziałów
sprawiedliwości, lecz są widne i wesołe. Przez otwarte okna wlewają się tu
potoki słonecznych blasków i gorący lipcowy wiatr nasycony warszawskimi
pyłami. Pan Ignacy słyszy świergot wróbli i nieustanny turkot dorożek i doznaje
dziwnego uczucia dysharmonii.
„Czy podobna – mówi – ażeby sąd wyglądał tak pusto jak nie wynajęte
mieszkanie i – tak wesoło?...”
Zdaje mu się, że zakratowane okna i szare ściany, połyskujące wilgocią, a
obwieszone kajdanami, nierównie lepiej odpowiadałyby sali, w której skazują
ludzi na wieczne lub doczesne więzienia.
Ale otóż i sala główna, do której biegną wszyscy starozakonni i gdzie skupia się
cały interes licytacji. Jest to pokój tak rozległy, że można by w nim tańcować we
czterdzieści par mazura, gdyby nie niska bariera, która dzieli go na dwie części:
cywilną i licytacyjną. W części cywilnej znajduje się kilka wyplatanych kanap,
w części licytacyjnej – estrada, a na niej duży stół, mający formę rogala
pokrytego zielonym suknem. Za stołem spostrzega pan Ignacy trzech
dygnitarzów, mających łańcuchy na szyi i senatorską powagę na obliczach; są to
246
komornicy: Na stole przed każdym dygnitarzem leży stos papierów
reprezentujących wystawione na sprzedaż nieruchomości. Zaś między stołem i
barierą, tudzież przed barierą, tłoczy się ciżba interesantów. Wszyscy oni mają
zadarte głowy i patrzą na komorników ze skupieniem ducha, którego mogliby
im pozazdrościć natchnieni asceci przypatrujący się świętym wizjom.
W sali pomimo otwartych okien unosi się woń środkująca między zapachem
hiacyntu i starego kitu. Pan Ignacy domyśla się, że jest to woń chałatów.
Wyjąwszy turkot dorożek, w sali jest dosyć cicho. Komornicy milczą, zatopieni
w swoich aktach, licytanci również milczą, zapatrzeni w komorników; reszta zaś
publiczności, zebrana w cywilnej połowie izby i podzielona na grupy,
wprawdzie szemrze, ale po cichu. Nie mają interesu, ażeby ich słyszano.
Tym więc głośniej rozlega się jęk baronowej Krzeszowskiej, która trzymając
swego adwokata za klapy fraka mówi z gorączkowym pośpiechem:
– Błagam pana, nie odchodź... No... dam panu wszystko, co zechcesz...
– Tylko, pani baronowo, bez żadnych pogróżek! – odpowiada adwokat.
– Ja przecież nie grożę, ale nie opuszczaj mnie pan!... – deklamuje z
prawdziwym uczuciem baronowa.
– Przyjdę na licytację, ależ teraz muszę iść do mego zabójcy...
– Tak!... więc nędzny morderca więcej budzi w panu współczucia aniżeli
opuszczona kobieta, której mienie, honor, spokój....
Nagabany adwokat ucieka tak szybko, że jego spodnie wydają się jeszcze
bardziej wytłoczonymi na kolanach, aniżeli są w istocie. Baronowa chce za nim
biec, lecz w tej chwili pada w objęcia jakiegoś jegomości, który używa bardzo
szafirowych okularów i ma fizjognomię zakrystiana.
– O co pani chodzi, droga pani? – mówi słodko jegomość w szafirowych
okularach. – Żaden adwokat nie podbije pani ceny domu... to ja jezdem od tego...
Desz pani jeden procent od każdego tysiąca rubli wyżej nad sumę początkową i
dwadzieścia rubelków na koszta... Baronowa Krzeszowska odskakuje od niego i
wygiąwszy się w tył jak artystka grająca tragiczną rolę odpowiada mu jednym
tylko wyrazem:
– Szatanie!...
Jegomość w okularach poznaje, że źle trafił, i cofa się skonsternowany.
Jednocześnie zabiega mu drogę inny jegomość, mający minę skończonego
łajdaka, i coś mu szepcze przez kilka minut z bardzo ożywioną gestykulacją.
Pan Ignacy jest pewny, że ci dwaj panowie pobiją się; oni jednak rozchodzą się
bardzo spokojnie, a jegomość z miną łajdaka zbliża się do baronowej
Krzeszowskiej i mówi półgłosem:
– Jeżeli pani baronowa coś zaryzykuje, możemy nie dopuścić nawet do
siedemdziesięciu tysięcy rubli.
– Zbawco!.. – woła baronowa. – Widzisz przed sobą kobietę skrzywdzoną i
osamotnioną, której mienie, honor i spokój...
– Co mi tam honor – mówi jegomość z łajdacką fizjognomią. – Da pani dziesięć
rubli zadatku? Odchodzą oboje w najdalszy kąt sali i przed oczyma pana
247
Ignacego kryją się za grupą starozakonnych. W tej grupie znajduje się stary
Szlangbaum i młody bez zarostu, tak blady i wycieńczony, że pan Ignacy sądzi,
iż bardzo niedawno musiał wstąpić w związki małżeńskie. Stary Szlangbaum
coś wykłada wycieńczonemu Żydkowi, któremu coraz więcej baranieją oczy; co
by mu jednak wykładał? pan Ignacy nie może się domyśleć.
Odwraca się więc w drugą stronę sali i spostrzega o parę kroków od siebie pana
Łęckiego z jego adwokatem, który widocznie nudzi się i chciałby gdzieś iść.
– Gdyby choć sto piętnaście... no – sto dziesięć tysięcy!... – mówi pan Łęcki. -
Przecież pan adwokat musisz znać jakie sposoby...
– Hum!... hum!... – mówi adwokat, tęsknie spoglądając na drzwi. – Pan żąda zbyt
wysokiej ceny... Sto dwadzieścia tysięcy za dom, za który dawano
sześćdziesiąt...
– Ależ, panie, on kosztował mnie sto tysięcy...
– Tak... Hum!... hum!... Trochę pan przepłacił...
– Ja też – przerywa mu pan Łęcki – żądam tylko stu dziesięciu... I zdaje mi się, że
kiedy jak kiedy, ale w tym razie powinien by mi pan adwokat dopomóc... Są
przecież jakieś sposoby, których ja nie znam nie będąc prawnikiem...
– Hum!... hum!... – mruczy adwokat. Na szczęście jeden z kolegów(odziany
również we frak ze srebrnym znaczkiem) wywołuje go z sali; w minutę zaś
później zbliża się do pana Łęckiego jegomość w szafirowych okularach, z miną
zakrystiana, i mówi:
– O co panu chodzi, panie hrabio?... Żaden adwokat nie podbije panu ceny
domu... Od tego ja jezdem... Desz pan hrabia dwadzieścia rubli na koszta i jeden
procent od każdego tysiąca nad sześćdziesiąt tysięcy...
Pan Łęcki patrzy na zakrystiana z wielką pogardą; kładzie nawet obie ręce w
kieszenie spodni (co jemu samemu wydaje się dziwnym)i mówi:
– Dam jeden procent od każdego tysiąca wyżej nad sto dwadzieścia tysięcy
rubli...
Zakrystian w szafirowych okularach kłania się, poruszając przy tym lewą
łopatką, i odpowiada:
– Przepreszem pana hrabiego...
– Stój! – przerywa pan Łęcki. – Wyżej nad sto dziesięć...
– Przepreszem.
– Nad sto.
– Przepreszem.
– Niech was pioruny!....Więc ile chcesz?...
– Jeden procencik od sumy wyższej nad siedemdziesiąt i dwadzieścia rubelków
na koszta...– mówi kłaniając się do ziemi zakrystian.
– Dziesięć rubli weźmiesz? – pyta fiołkowy z gniewu pan Łęcki.
– Ja i rubelkiem nie pogardzę...
Pan Łęcki wydobywa wspaniały pugilares, z niego cały pęk szeleszczących
dziesięciorublówek i jedną z nich daje zakrystianowi, który schyla się do ziemi.
– Zobaczy jaśnie wielmożny pan... – szepcze zakrystian.
248
Obok pana Ignacego stoi dwóch Żydów: jeden wysoki, śniady, z brodą tak
czarną, że wpada w kolor granatowy, drugi łysy, z tak długimi faworytkami, że
walają mu klapy surduta. Dżentelmen z faworytami na widok
dziesięciorublówek pana Łęckiego uśmiecha się i mówi półgłosem do pięknego
bruneta:
– Pan wydzysz te pyniądze u ten szlachcic... Pan słyszysz, jak ony klaskają?...
Ony tak czeszą szę, że mnie widzą... Pan to rozumysz, panie Cynader?..
– Łęcki jest pański klient? – pyta piękny brunet.
– Dlaczego on nie ma bycz mój?
– Co on ma? – mówi brunet.
– On ma... on ma – szostre w Krakowie, która, rozumysz pan, zapysała dla jego
córki...
– A jeżeli ona nic nie zapisała?...
Dżentelmen z faworytami na chwilę tropi się.
– Tylko mi pan nie mów takie głupie gadanie!... Dlaczego szostra z Krakowa nie
ma im zapysać, kiedy ona jest chora?..
– Ja nic nie wiem – odpowiada piękny brunet. (Pan Ignacy przyznaje w duchu, że
tak pięknego mężczyzny nigdy jeszcze nie widział.)
Ale on ma córkę, panie Cynader... – mówi niespokojnie właściciel bujnych
faworytów. – Pan zna jego córkę, tę pannę Izabelę, panie Cynader?... Ja sam
dałbym jej, no bez targu, sto rubli... – Ja bym dał sto pięćdziesiąt – mówi piękny
brunet – ale swoją drogą Łęcki to niepewny interes.
– Niepewny?... A pan Wokulski to co?...
– Pan Wokulski, no... to jest wielki interes – odpowiada brunet. – Ale ona jest
głupia i Łęcki jest głupi, i oni wszyscy są głupi. I oni zgubią tego Wokulskiego,
a on im nie da rady...
Panu Ignacemu pociemniało w oczach.
„Jezus, Maria! – szepcze. – Więc już nawet przy licytacjach mówią o Wokulskim
i o niej... I jeszcze przewidują, że go zgubi... Jezus Maria!...” ,
Około stołu zajętego przez komorników robi się mały zamęt; wszyscy widzowie
pchają się w tamtym kierunku. Stary Szlangbaum również zbliża się do stołu, a
po drodze kiwa na zniszczonego Żydka i nieznacznie mruga na okazałego pana,
z którym niedawno rozmawiał w cukierni.
Współcześnie wbiega adwokat pani Krzeszowskiej; nie patrząc na nią zajmuje
miejsce przed stołem i mruczy do komornika:
– Prędzej, panie, prędzej, bo dalibóg! nie mam czasu...
W kilka zaś minut po adwokacie wchodzi do sali nowa grupa osób. Jest tam
para małżonków należących, zdaje się, do profesji rzeźniczej, jest stara dama z
kilkunastoletnim wnukiem i dwu panów: jeden czerstwy i siwy, drugi
kędzierzawy, wyglądający na suchotnika. Obaj mają potulne fizjognomie i
podniszczone odzienia, lecz na ich widok Żydzi poczynają szemrać i pokazywać
palcami z wyrazem podziwu i szacunku.
249
Obaj stają tak blisko pana Ignacego, że ten mimo woli musi wysłuchać rad,
jakich siwy jegomość udziela kędzierzawemu:
– Rób, mówię tobie, Ksawery, jak ja. Ja nie śpieszę się, jak Boga kocham. Już
trzy lata, mówię tobie, chcę kupić niewielki domik, ot taki sobie za sto, za
dwieście tysięcy, na stare lata, ale nie śpieszę się. Wyczytuję ja sobie, które
chaty idą na licytacje, ogląduję ja ich sobie powoli, kalkuluję ja sobie w głowie,
a potem – zachodzę ja sobie tu i słucham, co ludzie dają. I kiedy, mówię tobie,
już nabrałem doświadczenia i w tym roku chciałem już co kupić, ceny jak raz w
niepraktykowany sposób skoczyły, psiakrew, i muszę na nowo kalkulować...
Ale jak we dwu poczniem się przysłuchiwać, to mówię tobie; ubijemy interes...
– Czycho!... – zawołano od stołu.
W sali ucichło, a pan Ignacy słucha opisu kamienicy położonej tui tu, mającej
trzy oficyny i trzy piętra, plac, ogród itd. W trakcie tego ważnego aktu pan
Łęcki robi się na przemian blady i fioletowy, a pani Krzeszowska co chwilę
podnosi do nosa kryształowy flakonik w złotej oprawie.
– Znam ten dom! – wykrzykuje nagle jegomość w szafirowych okularach z miną
zakrystiana. – Znam ten dom!... Z zamkniętymi oczami wart sto dwadzieścia
tysięcy rubli...
– Co pan zawracasz! – odzywa się stojący obok baronowej Krzeszowskiej pan z
fizjognomią łajdaka. – Co to za dom?... Rudera... trupiarnia!...
Pan Łęcki robi się bardzo fioletowy. Kiwa na zakrystiana i pyta go szeptem:
– Kto jest tamten łotr?... – Tamten?... – pyta zakrystian. – To szubrawczyna!...
Niech pan hrabia nie zważa na niego I mówi na cały głos: – Słowo honoru, za
ten dom śmiało można dać sto trzydzieści tysięcy...
– Kto jest ten nikczemnik? – pyta baronowa jegomościa z łajdacką miną. – Kto
jest ten w niebieskich okularach?...
– Tamten?... – odpowiada zapytany. – To znany szubrawiec... niedawno siedział
na Pawiaku... Niech pani na niego nie zważa... Plunąć nie warto...
– Cicho tam!... – woła urzędowy głos od stołu.
Zakrystian mruga na pana Łęckiego uśmiechając się familiarnie i pcha się do
stołu między licytantów. Jest ich czterech: adwokat baronowej, okazały pan,
stary Szlangbaum i zniszczony Żydek, obok którego staje zakrystian.
– Sześćdziesiąt tysięcy i pięćset rubli – mówi cicho adwokat pani Krzeszowskiej.
– Dalibóg! więcej nie warto wtrąca jegomość z miną łajdaka.
Baronowa triumfalnie spogląda na pana Łęckiego.
– Sześćdziesiąt pięć... – odzywa się majestatyczny pan.
– Sześćdziesiąt pięć tysięcy i sto rubli – bełkocze blady Żydek.
– Sześćdziesiąt sześć... – dodaje Szlangbaum.
– Siedemdziesiąt tysięcy! – wrzeszczy zakrystian.
– Ach! ach! ach!... – wybucha płaczem baronowa upadając na wyplataną
kanapkę.
Jej adwokat szybko odchodzi od stołu i biegnie bronić zabójcy.
– Siedemdziesiąt pięć tysięcy!... – woła okazały pan.
250
– Umieram!... – jęczy baronowa.
W sali robi się ruch. Stary Litwin chwyta pod rękę baronowę, którą odbiera mu
Maruszewicz, nie wiadomo skąd przybyły na ten uroczysty wypadek. Zanosząca
się od płaczu baronowa, wsparta na Maruszewiczu, opuszcza salę złorzecząc
przy tym swemu adwokatowi, sądowi, licytantom i komornikom. Pan Łęcki
blado uśmiecha się, a tymczasem zniszczony Żydek mówi: – Osiemdziesiąt
tysięcy i sto rubli...
– Osiemdziesiąt pięć... – wtrąca Szlangbaum.
Pan Łęcki cały zamienia się we wzrok i słuch. Wzrokiem dostrzega już tylko
trzech licytantów, a słuchem chwyta wyrazy otyłego pana:
– Osiemdziesiąt osiem tysięcy...
– Osiemdziesiąt osiem i sto rubli – mówi mizerny Żydek.
– Niech będzie dziewięćdziesiąt – kończy stary Szlangbaum uderzając ręką w
stół. – Dziewięćdziesiąt tysięcy – mówi komornik – po raz pierwszy...
Pan Łęcki zapomniawszy o etykiecie pochyla się do zakrystiana i szepcze mu:
– Licytujże pan !...
– Co się pan tak skrobiesz?... – pyta zakrystian zniszczonego Żydka.
– A co się pan rozbijasz? – odzywa się do zakrystiana drugi komornik. – Kupisz
pan dom czy co?... Wynoś się pan!...
– Dziewięćdziesiąt tysięcy po raz drugi!... – woła komornik.
Pan Łęcki robi się szary na twarzy.
– Dziewięćdziesiąt tysięcy rubli po raz... trzeci!... – powtarza komornik i uderza
małym młotkiem o zielone sukno.
– Szlangbaum kupił!... – odzywa się jakiś głos na sali. Pan Łęcki toczy dokoła
błędnym wzrokiem i teraz dopiero spostrzega swego adwokata.
– A, panie mecenasie – mówi drżącym głosem – tak się niegodzi!...
– Co się nie godzi?..
– Nie godzi się... to jest nieuczciwie!... – powtarza wzburzony pan Łęcki.
– Co się nie godzi?.. – odpowiada już nieco podrażniony adwokat. – Po spłaceniu
hipotecznych długów zyskuje pan trzydzieści tysięcy rubli...
– Ale mnie ten dom kosztował sto tysięcy, a mógł był pójść, gdyby lepiej pil-no-
wa-no... za sto dwadzieścia tysięcy...
– Tak – potwierdza zakrystian – dom wart ze sto dwadzieścia tysięcy...
– O!... słyszy pan, panie mecenasie?... – mówi pan Łęcki. – Gdyby się
dopilnowano...
– Ależ, panie, proszę mi nie mówić impertynencyj!... Słucha pan rad pokątnych
doradców, łotrów z Pawiaka...
– O, bardzo proszę... – odpowiada obrażony zakrystian. – Nie każdy jest łotrem,
kto siedział na Pawiaku... A co do udzielania rad...
– Tak... dom był wart sto dwadzieścia tysięcy!... – odzywa się całkiem
nieoczekiwany sprzymierzeniec w osobie jegomościa z łajdacką miną.
251
Pan Łęcki patrzy na niego szklanymi oczyma, ale jeszcze nie może zorientować
się w sytuacji. Nie żegna się z adwokatem, nakłada w sali kapelusz i wychodząc
mruczy:
„Straciłem przez Żydów i adwokatów ze trzydzieści tysięcy rubli... Można było
dostać sto dwadzieścia tysięcy...”
I stary Szlangbaum już wychodzi; wtem zastępuje .mu drogę pan Cynader, ów
piękny brunet, któremu równego nigdy nie widział pan Ignacy.
– Co to pan za interesa robi, panie Szlangbaum? – mówi piękny brunet. – Ten
dom można było kupić za siedemdziesiąt jeden tysięcy. On dziś więcej
niewart...
– Dla jednego niewart, dla drugiego wart; ja zawsze robię tylko dobre interesa -
odpowiada zamyślony Szlangbaum.
Nareszcie i Rzecki opuszcza salę, w której odbywa się inna licytacja i gromadzi
się nowa publiczność. Pan Ignacy z wolna schodzi ze schodów i myśli:
„A więc dom kupił Szlangbaum, i to za dziewięćdziesiąt tysięcy, jak
przepowiedział Klejn. No, ależ Szlangbaum to przecie nie Wokulski... Stach nie
zrobiłby takiego głupstwa... Nie!... I z tą panną Izabelą farsa, plotki...”
ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY:
PIERWSZE OSTRZEŻENIE
Była pierwsza w południe, kiedy pan Ignacy zbliżał się do sklepu, zawstydzony
i niespokojny. Jak można zmarnować tyle czasu... w porze największego ruchu
interesantów?... A nuż w dodatku stało się jakie nieszczęście?:.. I co za




























