Текст книги "Lalka"
Автор книги: Bolesław Prus
сообщить о нарушении
Текущая страница: 3 (всего у книги 55 страниц) [доступный отрывок для чтения: 20 страниц]
– Zawsze ten sam! – szepnął Ignacy.
24
Wokulski ochłonął. Oparł się na ramieniu Ignacego i zaglądając mu w oczy
rzekł łagodnie:
– Nie gniewasz się, stary ?.
– Czego? Alboż nie wiem, że wilk nie będzie pilnował baranów...Naturalnie...
– Cóż u was słychać? – powiedz mi.
– Akurat tyle, co pisałem ci w raportach. Interesa dobrze idą, towarów przybyło,
a jeszcze więcej zamówień. Trzeba jednego subiekta.
– Weźmiemy dwu, sklep rozszerzymy, będzie wspaniały.
– Bagatela!
Wokulski spojrzał na niego z boku i uśmiechnął się widząc, że stary odzyskuje
dobry humor.
– Ale co w mieście słychać? W sklepie, dopóki ty w nim jesteś, musi być dobrze.
– W mieście...
– Z dawnych kundmanów nie ubył kto? – przerwał mu Wokulski, coraz szybciej
chodząc po pokoju.
– Nikt! Przybyli nowi.
– A... a...
Wokulski stanął jakby wahając się. Nalał znowu szklankę wina i wypił
duszkiem.
– A Łęcki kupuje u nas?...
– Częściej bierze na rachunek.
– Więc bierze... – Tu Wokulski odetchnął. – Jakże on stoi ?
– Zdaje się, że to skończony bankrut i bodaj że w tym roku zlicytują mu
nareszcie kamienicę.
Wokulski pochylił się nad kanapą i zaczął bawić się z Irem.
– Proszę cię... A panna Łęcka nie wyszła za mąż ?
– Nie.
– A nie wychodzi ?...
– Bardzo wątpię. Kto dziś ożeni się z panną mającą wielkie wymagania, a
żadnego posagu? Zestarzeje się, choć ładna. Naturalnie...
Wokulski wyprostował się i przeciągnął. Jego surowa twarz nabrała dziwnie
rzewnego wyrazu.
– Mój kochany stary! – mówił biorąc Ignacego za rękę – mój poczciwy stary
przyjacielu! Ty nawet nie domyślasz się, jakim ja szczęśliwy, że cię widzę, i
jeszcze w tym pokoju. Pamiętasz, ilem ja tu spędził wieczorów i nocy... jak
mnie karmiłeś... jak oddawałeś mi co lepsze odzienie... Pamiętasz ?...
Rzecki uważnie spojrzał na niego i pomyślał, że wino musi być dobre, skoro aż
tak rozwiązało usta Wokulskiemu.
Wokulski usiadł na kanapie i oparłszy głowę o ścianę mówił jakby do siebie :
– Nie masz pojęcia, co ja wycierpiałem, oddalony od wszystkich, niepewny, czy
już kogo zobaczę, tak strasznie samotny. Bo widzisz, najgorszą samotnością nie
jest ta, która otacza człowieka, ale ta pustka w nim samym, kiedy z kraju nie
25
wyniósł ani cieplejszego spojrzenia, ani serdecznego słówka, ani nawet iskry
nadziei...
Pan Ignacy poruszył się na krześle z zamiarem protestu.
– Pozwól sobie przypomnieć – odezwał się – że z początku pisywałem listy
bardzo życzliwe, owszem, może nawet za sentymentalne. Zraziły mnie dopiero
twoje krótkie odpowiedzi.
– Alboż ja do ciebie mam żal ?...
– Tym mniej możesz go mieć do innych pracowników, którzy nie znają cię tak
jak ja.
Wokulski ocknął się.
– Ależ ja do żadnego z nich nie mam pretensji. Może – odrobinę – do ciebie, żeś
tak mało pisał o... mieście... W dodatku bardzo często ginął „Kurier” na poczcie,
robiły się luki w wiadomościach a wtedy męczyły mnie najgorsze przeczucia.
– Z jakiej racji? Wszakże u nas nie było wojny – odparł ze zdziwieniem pan
Ignacy.
– Ach, tak!... Nawet dobrze bawiliście się. Pamiętam, w grudniu mieliście
świetne żywe obrazy. Kto to w nich występował ?...
– No, ja na takie głupstwa nie chodzę.
– To prawda. A ja tego dnia dałbym – bodaj – dziesięć tysięcy rubli, ażeby je
zobaczyć. Głupstwo jeszcze większe!... Czy nie tak ?...
– Zapewne – chociaż dużo tu tłumaczy samotność, nudy...
– A może tęsknota – przerwał Wokulski. – Zjadała mi ona każdą chwilę wolną od
pracy, każdą godzinę odpoczynku. Nalej mi wina, Ignacy.
Wypił, zaczął znowu chodzić po pokoju i mówić przyciszonym głosem :
– Pierwszy raz spadło to na mnie w czasie przeprawy przez Dunaj trwającej od
wieczora do nocy. Płynąłem sam i Cygan przewoźnik. Nie mogąc rozmawiać,
przypatrywałem się okolicy. Były w tym miejscu piaszczyste brzegi jak u nas. I
drzewa podobne do naszych wierzb, wzgórza porośnięte leszczyną i kępy lasów
sosnowych. Przez chwilę zdawało mi się, że jestem w kraju i że nim noc
zapadnie, znowu was zobaczę. Noc zapadła, ale jednocześnie zniknęły mi z oczu
brzegi. Byłem sam na ogromnej smudze wody, w której odbijały się nikłe
gwiazdy.
Wówczas przyszło mi na myśl, że tak daleko jestem od domu, że dziś ostatnim
między mną i wami łącznikiem są tylko te gwiazdy, że w tej chwili u was może
nikt nie patrzy na nie, nikt o mnie nie pamięta, nikt!... Uczułem jakby
wewnętrzne rozdarcie i wtedy dopiero przekonałem się, jak głęboką mam ranę
w duszy.
– Prawda, że nigdy nie interesowały mnie gwiazdy – szepnął pan Ignacy.
– Od tego dnia uległem dziwnej chorobie – mówił Wokulski. – Dopóki
rozpisywałem listy, robiłem rachunki, odbierałem towary, rozsyłałem moich
ajentów, dopókim bodaj dźwigał i wyładowywał zepsute wozy albo czuwał nad
skradającym się grabieżcą, miałem względny spokój. Ale gdym oderwał się od
interesów, a nawet gdym na chwilę złożył pióro, czułem ból, jakby mi – czy ty
26
rozumiesz, Ignacy ? – jakby mi ziarno piasku wpadło do serca. Bywało, chodzę,
jem, rozmawiam, myślę przytomnie, rozpatruję się w pięknej okolicy, nawet
śmieję się i jestem wesół, a mimo to czuję jakieś tępe ukłucie, jakiś drobny
niepokój, jakąś nieskończenie małą obawę.
Ten stan chroniczny, męczący nad wszelki wyraz, lada okoliczność
rozdmuchiwała w burzę. Drzewo znajomej formy, jakiś obdarty pagórek, kolor
obłoku, przelot ptaka, nawet powiew wiatru bez żadnego zresztą powodu budził
we mnie tak szaloną rozpacz, że uciekałem od ludzi. Szukałem ustroni tak
pustej, gdzie bym mógł upaść na ziemię i nie podsłuchany przez nikogo, wyć z
bólu jak pies.
Czasami w tej ucieczce przed samym sobą doganiała mnie noc. Wtedy spoza
krzaków, zwalonych pni i rozpadlin wychodziły naprzeciw mnie jakieś szare
cienie i smutnie kiwały głowami o wybladłych oczach. A wszystkie szelesty
liści, daleki turkot wozów, szmery wód zlewały się w jeden głos żałosny, który
mnie pytał: „Przechodniu nasz, ach! co się z tobą stało?...”
Ach, co się ze mną stało...
– Nic nie rozumiem – przerwał Ignacy. – Cóż to za szał ?
– Co?... Tęsknota.
– Za czym ?
Wokulski drgnął.
– Za czym? No... za wszystkim... za krajem...
– Dlaczegożeś nie wracał ?
– A cóż by mi dał powrót ?... Zresztą – nie mogłem.
– Nie mogłeś? – powtórzył Ignacy.
– Nie mogłem... i basta! Nie miałem po co wracać – odparł niecierpliwie
Wokulski. – Umrzeć tu czy tam, wszystko jedno... Daj mi wina – zakończył
nagle, wyciągając rękę.
Rzecki spojrzał w jego rozgorączkowaną twarz i odsunął butelkę.
– Daj pokój – rzekł – już i tak jesteś rozdrażniony...
– Dlatego chcę pić...
– Dlatego nie powinieneś pić – przerwał Ignacy. – Za wiele mówisz... może
więcej, aniżelibyś chciał – dodał z naciskiem.
Wokulski cofnął się. Zastanowił się i odparł potrząsając głową:
– Mylisz się.
– Zaraz ci dowiodę – odpowiedział Ignacy przyciszonym głosem. – Ty nie
jeździłeś tam wyłącznie dla zrobienia pieniędzy...
– Zapewne – rzekł Wokulski po namyśle.
– Bo i na co trzysta tysięcy rubli tobie, któremu wystarczało tysiąc na rok ?...
– To prawda.
Rzecki zbliżył swoje usta do jego ucha.
– Jeszcze ci powiem, że pieniędzy tych nie przywiozłeś dla siebie...
– Kto wie, czyś nie zgadł.
– Zgaduję więcej, aniżeli myślisz...
27
Wokulski nagle roześmiał się.
– Aha, więc tak sądzisz? – zawołał. – Upewniam cię, że nic nie wiesz, stary
marzycielu.
– Boję się twojej trzeźwości, pod wpływem której gadasz jak wariat. Rozumiesz
mnie, Stasiu?...
Wokulski wciąż się śmiał.
– Masz rację, nie przywykłem pić i wino uderzyło mi do głowy. Ale – już
zebrałem zmysły. Powiem ci tylko, że mylisz się gruntownie. A teraz, ażeby
ocalić mnie od zupełnego upicia, wypij sam – za pomyślność moich zamiarów.
Ignacy nalał kieliszek i mocno ściskając rękę Wokulskiemu, rzekł:
– Za pomyślność wielkich zamiarów...
– Wielkich dla mnie, ale w rzeczywistości bardzo skromnych.
– Niech i tak będzie – mówił Ignacy. – Jestem tak stary, że mi wygodniej nic nie
wiedzieć; jestem już nawet tak stary, że pragnę tylko jednej rzeczy – pięknej
śmierci. Daj mi słowo, że gdy przyjdzie czas, zawiadomisz mnie...
– Tak, gdy przyjdzie czas, będziesz moim swatem.
– Już byłem i nieszczęśliwie... – rzekł Ignacy.
– Z wdową przed siedmioma laty ?
– Przed piętnastoma.
– Znowu swoje – roześmiał się Wokulski. – Zawsze ten sam!
– I tyś ten sam. Za pomyślność twoich zamiarów... Jakiekolwiek są, wiem jedno,
że muszą być godne ciebie. A teraz – milczę...
To powiedziawszy Ignacy wypił wino, a kieliszek rzucił na ziemię. Szkło
rozbiło się z brzękiem, który obudził Ira.
– Chodźmy do sklepu – rzekł Ignacy. – Bywają rozmowy, po których dobrze jest
mówić o interesach.
Wydobył ze stolika klucz i wyszli. W sieni wionął na nich mokry śnieg. Rzecki
otworzył drzwi sklepu i zapalił kilka lamp.
– Co za towary! – zawołał Wokulski. – Chyba wszystko nowe ?
– Prawie. Chcesz zobaczyć ?... Tu jest porcelana. Zwracam ci uwagę...
– Później... Daj mi księgę.
– Dochodów ?
– Nie, dłużników.
Rzecki otworzył biurko, wydobył księgę i podsunął fotel. Wokulski usiadł i
rzuciwszy okiem na listę, wyszukał w niej jedno nazwisko.
– Sto czterdzieści rubli – mówił czytając. – No, to wcale niedużo...
– Któż to? – zapytał Ignacy. – A... Łęcki...
– Panna Łęcka ma także otwarty kredyt... bardzo dobrze – ciągnął Wokulski
zbliżywszy twarz do księgi, jakby w niej pismu było niewyraźne. – A... a...
Onegdaj wzięła portmonetkę... Trzy ruble ?... to chyba za drogo...
– Wcale nie – wtrącił Ignacy. – Portmonetka doskonała, sam ją wybierałem.
– Z którychże to ? – spytał niedbale Wokulski i zamknął księgę.
– Z tej gablotki. Widzisz, jakie to cacka.
28
– Musiała jednak dużo między nimi przerzucić... Jest podobno wymagająca...
– Wcale nie przerzucała, dlaczego miałaby przerzucać ? – odparł Ignacy. -
Obejrzała tę...
– Tę?..
– A chciała wziąć tę...
– Ach, tę... – szepnął Wokulski biorąc do ręki portmonetkę.
– Ale ja poradziłem jej inną, w tym guście...
– Wiesz co, że to jednak jest ładny wyrób.
– Tamta, którą ja wybrałem, była jeszcze ładniejsza.
– Ta bardzo mi się podoba. Wiesz... ja ją wezmę, bo moja już na nic.:.
– Czekaj, znajdę ci lepszą – zawołał Rzecki.
– Wszystko jedno. Pokaż inne towary, może jeszcze co mi się przyda.
– Spinki masz ?... Krawat, kalosze, parasol...
– Daj mi parasol, no... i krawat. Sam wybierz. Będę dziś jedynym gościem i w
dodatku zapłacę gotówką.
– Bardzo dobry zwyczaj – odparł uradowany Rzecki. Prędko wydobył krawat z
szuflady i parasol z okna i podał je ze śmiechem Wokulskiemu. – Po strąceniu
rabatu – dodał – jako handlujący, zapłacisz siedem rubli. Pyszny parasol...
Bagatela...
– To już wróćmy do ciebie – rzekł Wokulski.
– Nie obejrzysz sklepu? – spytał Ignacy.
– Ach, co mnie to ob...
– Nie obchodzi cię twój własny sklep, taki piękny sklep ?... – zdziwił się Ignacy.
– Gdzież znowu, czy możesz przypuszczać... Ale jestem trochę zmęczony.
– Słusznie – odparł Rzecki. – Co racja, to racja. Więc idźmy.
Pozakręcał lampy i przepuściwszy Wokulskiego zamknął sklep. W sieni znowu
spotkał ich mokry śnieg i Paweł, niosący obiad.
ROZDZIAŁ PIĄTY:
DEMOKRATYZACJA PANA I MARZENIA PANNY Z
TOWARZYSTWA
Pan Tomasz Łęcki z jedyną córką Izabelą i kuzynką panną Florentyną nie
mieszkał we własnej kamienicy, lecz wynajmował lokal, złożony z ośmiu
pokojów, w stronie Alei Ujazdowskiej. Miał tam salon o trzech oknach, gabinet
własny, gabinet córki, sypialnią dla siebie, sypialnią dla córki, pokój stołowy,
pokój dla panny Florentyny i garderobę, nie licząc kuchni i mieszkania dla
służby, składającej się ze starego kamerdynera Mikołaja, jego żony, która była
kucharką, i panny służącej, Anusi.
Mieszkanie posiadało wielkie zalety. Było suche, ciepłe, obszerne, widne. Miało
marmurowe schody, gaz, dzwonki elektryczne i wodociągi. Każdy pokój w
miarę potrzeby łączył się z innymi lub tworzył zamkniętą w sobie całość.
29
Sprzętów wreszcie miało liczbę dostateczną, ani za mało, ani za wiele, a każdy
odznaczał się raczej wygodną prostotą aniżeli skaczącymi do oczu ozdobami.
Kredens budził w widzu uczucie pewności, że z niego nie zginą srebra; łóżko
przywodziło na myśl bezpieczny spoczynek dobrze zasłużonych; stół można
było obciążyć, na krześle usiąść bez obawy załamania się, na fotelu marzyć.
Kto tu wszedł, miał swobodę ruchu; nie potrzebował lękać się, że mu coś zastąpi
drogę lub że on coś zepsuje. Czekając na gospodarza nie nudził się, otaczały go
bowiem rzeczy, które warto było oglądać. Zarazem widok przedmiotów,
wyrobionych nie wczoraj i mogących służyć kilku pokoleniom, nastrajał go na
jakiś ton uroczysty.
Na tym poważnym tle dobrze zarysowywali się jego mieszkańcy.
Pan Tomasz Łęcki był to sześćdziesięciokilkoletni człowiek, niewysoki, pełnej
tuszy, krwisty. Nosił nieduże wąsy białe i do góry podczesane włosy, tej samej
barwy. Miał siwe, rozumne oczy, postawę wyprostowaną, chodził ostro. Na
ulicy ustępowano mu z drogi – a ludzie prości mówili: oto musi być pan z
panów.
Istotnie, pan Łęcki liczył w swoim rodzie całe szeregi senatorów. Ojciec jego
jeszcze posiadał miliony, a on sam za młodu krocie. Później jednak część
majątku pochłonęły zdarzenia polityczne, resztę – podróże po Europie i wysokie
stosunki. Pan Tomasz bywał bowiem przed rokiem 1870 na dworze francuskim,
następnie na wiedeńskim i włoskim. Wiktor Emanuel, oczarowany pięknością
jego córki, zaszczycał go swoją przyjaźnią i nawet chciał mu nadać tytuł
hrabiego. Nie dziw, że pan Tomasz po śmierci wielkiego króla przez dwa
miesiące nosił na kapeluszu krepę.
Od paru lat pan Tomasz nie ruszał się z Warszawy, za mało mając już pieniędzy,
ażeby błyszczeć na dworach. Za to jego mieszkanie stało się ogniskiem
eleganckiego świata i było nim aż do czasu rozejścia się pogłosek, że pan
Tomasz postradał nie tylko swój majątek, ale nawet posag panny Izabeli.
Pierwsi cofnęli się epuzerowie, za nimi damy mające brzydkie córki, z pozostałą
zaś resztą zerwał sam pan Tomasz i ograniczył swoje znajomości wyłącznie do
stosunków z familią. Lecz gdy i tu zauważył zniżenie się uczuciowej
temperatury, zupełnie wycofał się z towarzystwa, a nawet ku zgorszeniu wielu
szanownych osób, jako właściciel domu w Warszawie, wpisał się do Resursy
Kupieckiej. Chciano go tam zrobić prezesem, ale nie zgodził się.
Tylko jego córka bywała u sędziwej hrabiny Karolowej i paru jej przyjaciółek,
co znowu dało początek pogłosce, że pan Tomasz jeszcze posiada majątek i że
zerwał z towarzystwem w części przez dziwactwo, w części dla poznania
rzeczywistych przyjaciół i wybrania córce męża, który by ją kochał dla niej
samej, nie dla posagu.
Więc znowu dokoła panny Łęckiej począł zbierać się tłum wielbicieli, a na
stoliku w jej salonie stosy biletów wizytowych. Gości jednak nie przyjmowano,
co zresztą między nimi nie wywołało zbyt wielkiego oburzenia, ponieważ
rozeszła się trzecia z kolei pogłoska, że Łęckiemu licytują kamienicę.
30
Tym razem w towarzystwie powstał zamęt. Jedni twierdzili, że pan Tomasz jest
zdeklarowanym bankrutem, drudzy gotowi byli przysiąc, że zataił majątek, aby
zapewnić szczęście jedynaczce. Kandydaci do małżeństwa i ich rodziny znaleźli
się w dręczącej niepewności. Ażeby więc nic nie ryzykować i nic nie stracić,
składali hołdy pannie Izabeli nie angażując się zbytecznie i po cichu rzucali w
jej domu swoje karty, prosząc Boga, ażeby ich czasem nie zaproszono przed
wyklarowaniem się sytuacji.
O rewizytach ze strony pana Tomasza nie było mowy. Usprawiedliwiano go
ekscentrycznością i smutkiem po Wiktorze Emanuelu.
Tymczasem pan Tomasz w dzień spacerował po Alejach, a wieczorem grywał w
wista w resursie. Fizjognomia jego była zawsze tak spokojna, a postawa tak
dumna, że wielbiciele jego córki zupełnie potracili głowy. Rozważniejsi czekali,
ale śmielsi poczęli znowu darzyć ją powłóczystymi spojrzeniami, cichym
westchnieniem lub drżącym uściskiem ręki, na co panna odpowiadała lodowatą,
a niekiedy pogardliwą obojętnością.
Panna Izabela była niepospolicie piękną kobietą. Wszystko w niej było
oryginalne i doskonałe. Wzrost więcej niż średni, bardzo kształtna figura, bujne
włosy blond z odcieniem popielatym, nosek prosty, usta trochę odchylone, zęby
perłowe, ręce i stopy modelowe. Szczególne wrażenie robiły jej oczy, niekiedy
ciemne i rozmarzone, niekiedy pełne iskier wesołości, czasem jasnoniebieskie i
zimne jak lód.
Uderzająca była gra jej fizjognomii. Kiedy mówiła, mówiły jej usta, brwi,
nozdrza, ręce, cała postawa, a nade wszystko oczy, którymi zdawało się, że chce
przelać swoją duszę w słuchacza. Kiedy słuchała, zdawało się, że chce wypić
duszę z opowiadającego. Jej oczy umiały tulić, pieścić, płakać bez łez, palić i
mrozić. Niekiedy można było myśleć, że rozmarzona otoczy kogoś rękoma i
oprze mu głowę na ramieniu; lecz gdy szczęśliwy topniał z rozkoszy, nagle
wykonywała jakiś ruch, który mówił, że schwycić jej niepodobna, gdyż albo
wymknie się, albo odepchnie, albo po prostu każe lokajowi wyprowadzić
wielbiciela za drzwi...
Ciekawym zjawiskiem była dusza panny Izabeli.
Gdyby ją kto szczerze zapytał: czym jest świat, a czym ona sama ? niezawodnie
odpowiedziałaby, że świat jest zaczarowanym ogrodem, napełnionym
czarodziejskimi zamkami, a ona – boginią czy nimfą uwięzioną w formy
cielesne.
Panna Izabela od kolebki żyła w świecie pięknym i nie tylko nadludzkim, ale -
nadnaturalnym. Sypiała w puchach, odziewała się w jedwabie i hafty, siadała na
rzeźbionych i wyściełanych hebanach lub palisandrach, piła z kryształów, jadała
ze sreber i porcelany kosztownej jak złoto.
Dla niej nie istniały pory roku, tylko wiekuista wiosna, pełna łagodnego światła,
żywych kwiatów i woni. Nie istniały pory dnia, gdyż nieraz przez całe miesiące
kładła się spać o ósmej rano, a jadała obiad o drugiej po północy. Nie istniały
różnice położeń jeograficznych, gdyż w Paryżu, Wiedniu, Rzymie, Berlinie czy
31
Londynie znajdowali się ci sami ludzie, te same obyczaje, te same sprzęty, a
nawet te same potrawy: zupy z wodorostów Oceanu Spokojnego, ostrygi z
Morza Północnego, ryby z Atlantyku albo z Morza Śródziemnego, zwierzyna ze
wszystkich krajów, owoce ze wszystkich części świata. Dla niej nie istniała
nawet siła ciężkości, gdyż krzesła jej podsuwano, talerze podawano, ją samą na
ulicy wieziono, na schody wprowadzano, na góry wnoszono.
Woalka chroniła ją od wiatru, kareta od deszczu, sobole od zimna, parasolka i
rękawiczki od słońca. I tak żyła z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, z roku na
rok, wyższa nad ludzi, a nawet nad prawa natury. Dwa razy spotkała ją straszna
burza, raz w Alpach, drugi – na Morzu Śródziemnym. Truchleli najodważniejsi,
ale panna Izabela ze śmiechem przysłuchiwała się łoskotowi druzgotanych skał i
trzeszczeniu okrętu, ani przypuszczając możliwości niebezpieczeństwa. Natura
urządziła dla niej piękne widowisko z piorunów, kamieni i morskiego odmętu,
jak w innym czasie pokazała jej księżyc nad Jeziorem Genewskim albo nad
wodospadem Renu rozdarła chmury, które zakrywały słońce. To samo przecie
robią co dzień maszyniści teatrów i nawet w zdenerwowanych damach nie
wywołują obawy.
Ten świat wiecznej wiosny, gdzie szeleściły jedwabie, rosły tylko rzeźbione
drzewa, a glina pokrywała się artystycznymi malowidłami, ten świat miał swoją
specjalną ludność. Właściwymi jego mieszkańcami były księżniczki i książęta,
hrabianki i hrabiowie tudzież bardzo stara i majętna szlachta obojej płci.
Znajdowały się tam jeszcze damy zamężne i panowie żonaci w charakterze
gospodarzy domów, matrony strzegące wykwintnego obejścia i dobrych
obyczajów i starzy panowie, którzy zasiadali na pierwszych miejscach przy
stole, oświadczali młodzież, błogosławili ją i grywali w karty. Byli też biskupi,
wizerunki Boga na ziemi, wysocy urzędnicy, których obecność zabezpieczała
świat od nieporządków społecznych i trzęsienia ziemi, a nareszcie dzieci, małe
cherubiny, zesłane z nieba po to, ażeby starsi mogli urządzać kinderbale.
Wśród stałej ludności zaczarowanego świata ukazywał się od czasu do czasu
zwykły śmiertelnik, który na skrzydłach reputacji potrafił wzbić się aż do
szczytów Olimpu. Zwykle bywał nim jakiś inżynier, który łączył oceany albo
wiercił czy też budował Alpy. Był jakiś kapitan, który w walce z dzikimi stracił
swoją kompanię, a sam okryty ranami ocalał dzięki miłości murzyńskiej
księżniczki. Był podróżnik, który podobno odkrył nową część świata, rozbił się
z okrętem na bezludnej wyspie i bodaj czy nie kosztował ludzkiego mięsa.
Bywali tam wreszcie sławni malarze, a nade wszystko natchnieni poeci, którzy
w sztambuchach hrabianek pisywali ładne wiersze, mogli kochać się bez nadziei
i uwieczniać wdzięki swoich okrutnych bogiń naprzód w gazetach, a następnie
w oddzielnych tomikach, drukowanych na welinowym papierze.
Cała ta ludność, między którą ostrożnie przesuwali się wygalonowani lokaje,
damy do towarzystwa, ubogie kuzynki i łaknący wyższych posad kuzyni, cała ta
ludność obchodziła wieczne święto.
32
Od południa składano sobie i oddawano wizyty i rewizyty albo zjeżdżano się w
magazynach. Ku wieczorowi bawiono się przed obiadem, w czasie obiadu i po
obiedzie. Potem jechano na koncert lub do teatru, ażeby tam zobaczyć inny
sztuczny świat, gdzie bohaterowie rzadko kiedy jedzą i pracują, ale za to wciąż
gadają sami do siebie– gdzie niewierność kobiet staje się źródłem wielkich
katastrof i gdzie kochanek, zabity przez męża w piątym akcie, na drugi dzień
zmartwychwstaje w pierwszym akcie, ażeby popełniać te same błędy i gadać do
siebie nie będąc słyszanym przez osoby obok stojące. Po wyjściu z teatru znowu
zbierano się w salonach, gdzie służba roznosiła zimne i gorące napoje, najęci
artyści śpiewali, młode mężatki słuchały opowiadań porąbanego kapitana o
murzyńskiej księżniczce, panny rozmawiały z poetami o powinowactwie dusz,
starsi panowie wykładali inżynierom swoje poglądy na inżynierią, a damy w
średnim wieku półsłówkami i spojrzeniami walczyły między sobą o podróżnika,
który jadł ludzkie mięso. Potem zasiadano do kolacji, gdzie usta jadły, żołądki
trawiły, a buciki rozmawiały o uczuciach lodowatych serc i marzeniach głów
niezawrotnych. A potem – rozjeżdżano się, ażeby w śnie rzeczywistym nabrać
sił do snu życia.
Poza tym czarodziejskim był jeszcze inny świat – zwyczajny.
O jego istnieniu wiedziała panna Izabela i nawet lubiła mu się przypatrywać z
okna karety, wagonu albo z własnego mieszkania. W takich ramach i z takiej
odległości wydawał on się jej malowniczym i nawet sympatycznym. Widywała
rolników powoli orzących ziemię – duże fury ciągnione przez chudą szkapę -
roznosicieli owoców i jarzyn – starca, który tłukł kamienie na szosie – posłańców
idących gdzieś z pośpiechem – ładne i natrętne kwiaciarki – rodzinę złożoną z
ojca, bardzo otyłej matki i czworga dzieci, parami trzymających się za ręce -
eleganta niższej sfery, który jechał dorożką i rozpierał się w sposób bardzo
zabawny – czasem pogrzeb. I mówiła sobie, że tamten świat, choć niższy, jest
ładny; jest nawet ładniejszy od obrazów rodzajowych, gdyż porusza się i
zmienia co chwilę.
I jeszcze wiedziała panna Izabela, że jak w oranżeriach rosną kwiaty, a w
winnicach winogrona, tak w tamtym, niższym świecie wyrastają rzeczy jej
potrzebne. Stamtąd pochodzi jej wierny Mikołaj i Anusia, tam robią rzeźbione
fotele, porcelanę, kryształy i firanki, tam rodzą się froterzy, tapicerowie,
ogrodnicy i panny szyjące suknie. Będąc raz w magazynie kazała zaprowadzić
się do szwalni i bardzo ciekawym wydał się jej widok kilkudziesięciu
pracownic, które krajały; fastrygowały i układały na formach fałdy ubrań. Była
pewna, że robi im to wielką przyjemność, ponieważ te panny, które brały jej
miarę albo przymierzały suknie, były zawsze uśmiechnięte i bardzo
zainteresowane tym, ażeby strój leżał na niej dobrze.
I jeszcze wiedziała panna Izabela, że na tamtym, zwyczajnym świecie trafiają
się ludzie nieszczęśliwi. Więc każdemu ubogiemu, o ile spotkał ją, kazała dawać
po kilka złotych ; raz spotkawszy mizerną matkę z bladym jak wosk dzieckiem
przy piersi oddała jej bransoletę, a brudne, żebrzące dzieci obdarzała cukierkami
33
i całowała z pobożnym uczuciem. Zdawało się jej, że w którymś z tych
biedaków, a może w każdym, jest utajony Chrystus, który zastąpił jej drogę,
ażeby dać okazję do spełnienia dobrego czynu.
W ogóle dla ludzi z niższego świata miała serce życzliwe. Przychodziły jej na
myśl słowa Pisma Świętego: „W pocie czoła pracować będziesz.” Widocznie
popełnili oni jakiś ciężki grzech, skoro skazano ich na pracę; ależ tacy jak ona
aniołowie nie mogli nie ubolewać nad ich losem. Tacy jak ona, dla której
największą pracą było dotknięcie elektrycznego dzwonka albo wydanie rozkazu.
Raz tylko niższy świat zrobił na niej potężne wrażenie.
Pewnego dnia, we Francji, zwiedzała fabrykę żelazną. Zjeżdżając z góry, w
okolicy pełnej lasów i łąk, pod szafirowym niebem zobaczyła otchłań
wypełnioną obłokami czarnych dymów i białych par i usłyszała głuchy łoskot,
zgrzyt i sapanie machin. Potem widziała piece, jak wieże średniowiecznych
zamków, dyszące płomieniami – potężne koła, które obracały się z szybkością
błyskawic – wielkie rusztowania, które same toczyły się po szynach – strumienie
rozpalonego do białości żelaza i półnagich robotników, jak spiżowe posągi, o
ponurych wejrzeniach. Ponad tym wszystkim – krwawa łuna, warczenie kół, jęki
miechów, grzmot młotów i niecierpliwe oddechy kotłów, a pod stopami dreszcz
wylęknionej ziemi.
Wtedy zdało się jej, że z wyżyn szczęśliwego Olimpu zstąpiła do beznadziejnej
otchłani Wulkana, gdzie cyklopowie kują pioruny mogące zdruzgotać sam
Olimp. Przyszły jej na myśl legendy o zbuntowanych olbrzymach, o końcu tego
pięknego świata, w którym przebywała, i pierwszy raz w życiu ją, boginię, przed
którą gięli się marszałkowie i senatorzy, zdjęła trwoga.
– To są straszni ludzie, papo... – szepnęła do ojca.
Ojciec milczał, tylko mocniej przycisnął jej ramię.
– Ale kobietom oni nic złego nie zrobią ?
– Tak, nawet oni – odpowiedział pan Tomasz.
W tej chwili pannę Izabelę ogarnął wstyd na myśl, że troszczyła się tylko o
kobiety. Więc szybko dodała:
– A jeżeli nam, to i wam nie zrobią nic złego...
Ale pan Tomasz uśmiechnął się i potrząsnął głową. W owym czasie dużo
mówiono o zbliżającym się końcu starego świata, a pan Tomasz głęboko
odczuwał to, z wielkimi trudnościami wydobywając pieniądze od swoich
pełnomocników.
Odwiedziny fabryki stanowiły ważną epokę w życiu panny Izabeli. Z religijną
czcią czytywała ona poezje swego dalekiego kuzyna, Zygmunta, i zdawało się
jej, że dziś znalazła ilustrację do Nieboskiej komedii. Odtąd często marzyła o
zmroku, że na górze kąpiącej się w słońcu, skąd zjeżdżał jej powóz do fabryki,
stoją Okopy Św. Trójcy, a w tej dolinie zasnutej dymami i parą było
obozowisko zbuntowanych demokratów, gotowych lada chwila ruszyć do
szturmu i zburzyć jej piękny świat.
34
Teraz dopiero zrozumiała, jak gorąco kocha tę swoją duchową ojczyznç, gdzie
kryształowe pająki zastępują słońce, dywany – ziemię, posągi i kolumny -
drzewa. Tę drugą ojczyznę, która ogarnia arystokrację wszystkich narodów,
wykwintność wszystkich czasów i najpiękniejsze zdobycze cywilizacji.
I to wszystko miałoby runąć, umrzeć albo rozpierzchnąć się!... Rycerska
młodzież, która śpiewa z takim uczuciem, tańczy z wdziękiem, pojedynkuje się
z uśmiechem albo skacze na środku jeziora w wodę za zgubionym kwiatkiem
?... Mają zginąć te ukochane przyjaciółki, które okrywały ją tyloma
pieszczotami albo siedząc u jej nóg opowiadały jej tyle drobnych tajemnic, albo
oddalone od niej pisywały takie długie, bardzo długie listy, w których tkliwe
uczucia mieszały się z nader wątpliwą ortografią ?
A ta dobra służba, która ze swymi panami postępuje tak, jakby zaprzysięgała im
dozgonną miłość, wierność i posłuszeństwo? A te modystki, które zawsze witają
ją z uśmiechem i tak pamiętają o najdrobniejszym szczególe jej tualety, tak
dokładnie wiedzą o jej triumfach ? A te piękne konie, którym jaskółka mogłaby
zazdrościć lotu, a te psy mądre i przywiązane jak ludzie, a te ogrody, gdzie ręka
ludzka powznosiła pagórki, wylewała strumienie, modelowała drzewa ?... I to
wszystko miałoby kiedyś zniknąć ?...
Od tych rozmyślań przybył pannie Izabeli na twarz nowy wyraz łagodnego
smutku, który ją robił jeszcze piękniejszą. Mówiono, że już zupełnie dojrzała.
Rozumiejąc, że wielki świat jest wyższym światem, panna Izabela dowiedziała
się powoli, że do tych wyżyn wzbić się można i stale na nich przebywać tylko za
pomocą dwóch skrzydeł : urodzenia i majątku. Urodzenie zaś i majątek są
przywiązane do pewnych wybranych familii, jak kwiat i owoc pomarańczy do
pomarańczowego drzewa. Bardzo też jest możliwym, że dobry Bóg widząc dwie
dusze z pięknymi nazwiskami, połączone węzłem sakramentu, pomnaża ich
dochody i zsyła im na wychowanie aniołka, który w dalszym ciągu podtrzymuje
sławę rodów swoimi cnotami, dobrym ułożeniem i pięknością. Stąd wynika
obowiązek oględnego zawierania małżeństw, na czym najlepiej znają się stare
damy i sędziwi panowie. Wszystko znaczy trafny dobór nazwisk i majątków.
Miłość bowiem, nie ta szalona, o jakiej marzą poeci, ale prawdziwie
chrześcijańska, zjawia się dopiero po sakramencie i najzupełniej wystarcza,
ażeby żona umiała pięknie prezentować się w domu, a mąż z powagą asystować
jej w świecie.
Tak było dawniej i było dobrze, według zgodnej opinii wszystkich matron. Dziś
zapomniano o tym i jest źle : mnożą się mezalianse i upadają wielkie rodziny.
„ I nie ma szczęścia w małżeństwach” – dodawała po cichu panna Izabela, której
młode mężatki opowiedziały niejeden sekret domowy.
Dzięki nawet tym opowiadaniom nabrała dużego wstrętu do małżeństwa i
lekkiej wzgardy dla mężczyzn.
Mąż w szlafroku, który ziewa przy żonie, całuje ją mając pełne usta dymu z
cygar, często odzywa się: „A dajże mi spokój” , albo po prostu : „Głupia
jesteś!...” – ten mąż, który robi hałasy w domu za nowy kapelusz, a za domem
35
wydaje pieniądze na ekwipaże dla aktorek – to wcale nieciekawe stworzenie : Co
najgorsze, że każdy z nich przed ślubem był gorącym wielbicielem, mizerniał
nie widząc długo swej pani, rumienił się, kiedy ją spotkał, a nawet niejeden
obiecywał zastrzelić się z miłości.
Toteż mając lat ośmnaście, panna Izabela tyranizowała mężczyzn chłodem.
Kiedy Wiktor Emanuel raz pocałował ją w rękę, uprosiła ojca, że tego samego
dnia wyjechali z Rzymu. W Paryżu oświadczył się jej pewien bogaty hrabia
francuski, odpowiedziała mu, że jest Polką i za cudzoziemca nie wyjdzie.
Podolskiego magnata odepchnęła zdaniem, że odda swoją rękę tylko temu, kogo








