412 000 произведений, 108 200 авторов.

Электронная библиотека книг » Bolesław Prus » Lalka » Текст книги (страница 14)
Lalka
  • Текст добавлен: 21 октября 2016, 23:12

Текст книги "Lalka"


Автор книги: Bolesław Prus



сообщить о нарушении

Текущая страница: 14 (всего у книги 55 страниц) [доступный отрывок для чтения: 20 страниц]

rzecz: machina latająca, ale faktem jest, że on znalazł dla niej genialny i jedynie

możliwy punkt wyjścia. Machina latająca musi być cięższa, nie zaś jak balon

lżejsza od powietrza; boć wszystko, co prawidłowo lata, począwszy od muchy,

skończywszy na olbrzymim sępie, jest od powietrza cięższe. Ma prawdziwy

punkt wyjścia, ma twórczy umysł, czego dowiódł bodajby swoim mikroskopem

i lampą; któż wie zatem, czy nie uda mu się zbudować machiny latającej? A w

takim razie będzie większym dla ludzkości od Newtona i Napoleona, razem

wziętych... I ja mam z nim współzawodniczyć?... A jeżeli stanie kiedy kwestia:

który z nas dwu powinien się usunąć, czyliż będę się wahał?... Cóż to za piekło

powiedzieć sobie, że muszę moją nicość złożyć na ofiarę człowiekowi

ostatecznie takiemu jak ja, śmiertelnemu, ulegającemu chorobom i omyłkom, a

nade wszystko – tak naiwnemu... Boć to jeszcze dzieciak, co on mi nie

wygadywał?...”

Dziwny traf. Gdy Wokulski był subiektem w sklepie kolonialnym, marzył o

perpetum mobile, machinie, która by się sama poruszała. Gdy zaś wstąpiwszy

do Szkoły Przygotowawczej poznał, że taka machina jest niedorzecznością,

wówczas najtajniejszym i najulubieńszym jego pragnieniem było – wynaleźć

sposób kierowania balonami. To, co dla Wokulskiego było tylko fantastycznym

cieniem, błąkającym się po fałszywych drogach, w Ochockim przybrało już

formę praktycznego zagadnienia.

„Cóż to za okrucieństwo losów! – myślał z goryczą. – Dwom ludziom dano

prawie te same aspiracje, tylko jeden urodził się o osiemnaście lat wcześniej,

drugi później; jeden w nędzy, drugi w dostatku; jeden nie mógł wdrapać się na

pierwsze piętro wiedzy, drugi lekkim krokiem przeszedł dwa piętra... Jego nie

zepchną z drogi burze polityczne, tak jak mnie; jemu nie przeszkodzi miłość,

którą traktuje jak zabawkę; podczas gdy dla mnie, który sześć lat spędziłem na

pustyni, uczucie to jest niebem i zbawieniem... Więcej nawet!... No i on

triumfuje nade mną na każdym polu, choć przecież ja mam te same uczucia, tę

samą świadomość położenia, a pracę z pewnością większą...

Wokulski dobrze znał ludzi i często porównywał się z nimi. Lecz gdziekolwiek

był, wszędzie widział się trochę lepszym od innych. Czy jako subiekt, który

spędzał noce nad książką, czy jako student, który przez nędzę szedł do wiedzy,

czy jako żołnierz pod deszczem kul, czy jako wygnaniec, który w śniegiem

151

zasypanej lepiance pracował nad nauką – zawsze miał w duszy ideę sięgającą

poza kilka lat naprzód.– Inni żyli z dnia na dzień, dla swego żołądka albo

kieszeni.

I dopiero dziś spotkał człowieka wyższego od siebie, wariata, który chce

budować machiny latające!...

„A ja czy dzisiaj nie mam idei, dla której pracuję przeszło rok, zdobyłem

majątek, pomagam ludziom i zmuszam ich do szacunku?...”

„Tak, ale miłość to uczucie osobiste; wszystkie zasługi towarzyszące jej są jak

ryby zaplątane w odmęt morskiego cyklonu. Gdyby na świecie zniknęła jedna

kobieta, a w tobie pamięć o niej, czymże byś został?... Zwyczajnym kapitalistą,

który z nudów grywa w karty w resursie. A tymczasem Ochocki ma ideę, która

będzie rwała go zawsze naprzód, chyba że umysł mu zagaśnie...”

„Dobrze, a jeżeli on nic nie zrobi i zamiast zbudować machinę latającą pójdzie

do szpitala wariatów?... Ja tymczasem faktycznie coś zrobię, a mikroskop, stos

czy nawet lampa elektryczna z pewnością nie znaczą więcej od setek ludzi,

którym ja daję byt. Skądże więc we mnie ta ultrachrześcijańska pokora?... Co

kto zrobi, jeszcze nie wiadomo. Ja tymczasem jestem dziś człowiek czynu, a on

marzyciel... Zaczekajmy z rok...”

Rok! Wokulski wstrząsnął się. Zdawało mu się, że w końcu drogi nazwanej

rokiem widzi tylko niezmierną otchłań, która pochłania wszystko, ale nie mieści

w sobie nic...

„Więc nic?... nic!...

Instynktownie rozejrzał się. Był w głębi Łazienkowskiego parku, na jakiejś

ulicy, do której żaden szmer nie dolatywał. Nawet gęstwina ogromnych drzew

stała cicho.

– Która godzina? – zapytał go nagle jakiś głos zachrypnięty.

– Godzina?...

Wokulski przetarł oczy. Przed nim, z mroku, wynurzył się obdarty człowiek.

– Kiedy grzecznie pytają, to trzeba grzecznie odpowiadać – rzekł człowiek i

podszedł bliżej.

– Zabij mnie, to sam zobaczysz – odparł Wokulski.

Obdarty człowiek cofnął się. Na lewo od drogi widać było parę ludzkich cieni.

– Głupcy! – zawołał Wokulski idąc naprzód – mam złoty zegarek i kilkaset rubli

gotówką... Bronić się nie będę, no!...

Cienie usunęły się między drzewa i któryś rzekł zniżonym głosem:

– Taki to, psiakrew, zejdzie, gdzie go nie posieją...

– Bydlęta!... tchórze!... – krzyczał Wokulski prawie nieprzytomny.

Odpowiedział mu tętent uciekających.

Wokulski zebrał myśli.

„Gdzie ja jestem?...Jużci, w Łazienkach, ale w którym miejscu?...Trzeba iść w

drugą stronę”

152

Obrócił się parę razy i już nie wiedział, dokąd idzie. Serce zaczęło mu bić

gwałtownie, zimny pot wystąpił na czoło, pierwszy raz w życiu uczuł obawę

nocy i zbłąkania...

Przez parę minut biegł bez celu, prawie bez tchu; dzikie myśli wirowały mu w

głowie. Wreszcie na lewo zobaczył mur, a dalej budynek.

„Aha, Pomarańczarnia...

Potem doszedł do jakiegoś mostka, odpoczął i oparłszy się na barierze myślał :

„Więc do tego doszedłem?... Niebezpieczny rywal... rozbite nerwy... Zdaje mi

się, że już dziś mógłbym napisać ostatni akt tej komedii!...”

Prosta droga doprowadziła go do stawu, później do łazienkowskiego pałacu. We

dwadzieścia minut był w Alejach Ujazdowskich i siadł w przejeżdżającą

dorożkę; w kwadrans później znalazł się we własnym mieszkaniu.

Na widok świateł i ulicznego ruchu odzyskał wesołość; nawet uśmiechał się i

szeptał:

„Cóż znowu za przywidzenia?... Jakiś Ochocki... samobójstwo!... Ach, głupota...

Dostałem się przecież między arystokrację, a co będzie dalej – zobaczymy...”

Gdy wszedł do gabinetu, służący oddał mu list pisany na jego własnym papierze

przez panią Meliton.

– Ta pani była tu dziś dwa raży – rzekł wierny sługa. – Raż o piąty, drugi raz o

ószmy...

ROZDZIAŁ DWUNASTY:

WĘDRÓWKI ZA CUDZYMI INTERESAMI

Wokulski powoli otwierał list pani Meliton przypominając sobie niedawne

wypadki. Zdawało się mu, że w nieoświetlonej części gabinetu jeszcze widzi

ciemną gęstwinę łazienkowskich drzew, niewyraźne sylwetki obdartusów,

którzy mu zastąpili drogę, a później wzgórek ze studnią, gdzie Ochocki zwierzał

mu się ze swych pomysłów. Lecz gdy spojrzał na światło, mgliste obrazy

znikały. Widział lampę z zielonym daszkiem, stos papierów, brązy stojące na

biurku i chwilami myślał, że Ochocki ze swymi machinami latającymi i jego

własna rozpacz były tylko snem.

„Co on za geniusz? – mówił do siebie Wokulski – to zwyczajny marzyciel!... I

panna Izabela taka sama kobieta jak inne... Wyjdzie za mnie – dobrze; nie

wyjdzie – to przecież nie umrę.”

Rozłożył list i czytał:

„Panie! Ważna wiadomość: za kilka dni Łęckim sprzedają kamienicę, a

jedynym kupcem będzie baronowa Krzeszowska, ich kuzynka i nieprzyjaciółka.

Wiem z pewnością, że zapłaci za dom tylko sześćdziesiąt tysięcy rubli; a w

takim razie resztka posagu panny Izabeli, w kwocie trzydziestu tysięcy rubli,

przepadnie. Chwila jest bardzo pomyślna, gdyż panna Izabela, postawiona

między biedą a wyjściem za marszałka, chętnie zgodzi się na każdą inną

kombinację. Domyślam się, że tym razem nie postąpisz Pan z nastręczającą się

153

okazją jak z wekslami Łęckiego, które podarłeś w moich oczach. Pamiętaj Pan:

kobiety tak lubią być ściskane, że dla spotęgowania efektu trzeba je niekiedy

przydeptać nogą. Im zrobisz Pan to bezwzględniej, tym pewniej cię pokocha.

Pamiętaj Pan !...

Zresztą możesz Pan sprawić Beli małą przyjemność. Baron Krzeszowski

przyciśnięty potrzebą sprzedał własnej żonie swoją ulubioną klacz, która w tych

dniach ma się ścigać i na którą wiele rachował. O ile znam stosunki, Bela byłaby

szczerze kontenta, gdyby ani baron, ani jego żona nie posiadali tej klaczy w dniu

wyścigów. Baron byłby zawstydzony, że sprzedał klacz, a baronowa-

zrozpaczona, gdyby klacz wygrawszy, komu innemu przyniosła zysk. Bardzo

subtelne są te wielkoświatowe komeraże, ale spróbuj je Pan zużytkować. Okazja

zaś nastręcza się, gdyż o ilem słyszała, niejaki Maruszewicz, przyjaciel obojga

Krzeszowskich, ma Panu zaproponować kupno tej klaczy. Pamiętaj Pan, że

kobiety są niewolnicami tylko tych, którzy potrafią je mocno trzymać i

dogadzać ich kaprysom.

Doprawdy, zaczynam wierzyć, że urodziłeś się Pan pod szczęśliwą gwiazdą.

Szczerze życzliwa

A.M.”

Wokulski głęboko odetchnął; obie wiadomości były ważne. Drugi raz przeczytał

list, podziwiając szorstki styl pani Meliton i uśmiechając się przy uwagach, jakie

robiła nad swoją płcią. Mocno trzymać ludzi czy okoliczności to leżało w

naturze Wokulskiego; wszystko i wszystkich chwytałby za kark, wyjąwszy -

pannę Izabelę. Ona jedna była istotą, której wobec siebie chciał zostawić

absolutną wolność, jeżeli nie panowanie.

Mimo woli spojrzał na bok; służący stał przy drzwiach.

– Idź spać – rzekł.

– Zaraz pójdę, tylko był tu jeszcze pan – odparł służący.

– Jaki pan?

– Zostawił bilet, leży na biurku.

Na biurku leżał bilet Maruszewicza.

– Aha!... Cóż ten pan mówił?

– On niby, żeby tak, to nic nie mówił. Tylko pytał się: kiedy pan jest w domu? A

.ja powiedziałem: koło dziesiąty ż rana, i wtedy on powiedział, że przyjdzie

jutro o dziesiąty, ino na minutkę.

– Dobrze, dobranoc ci!

– Upadam do nóg, proszę łaski pana.

Służący wyszedł, Wokulski czuł się zupełnie otrzeźwionym. Ochocki i jego

latające maszyny zmalały mu w oczach. Miał znowu energię jak wówczas,

kiedy wyjeżdżał do Bułgarii. Wtedy szedł po majątek, a dziś ma okazję rzucić

jego część dla panny Izabeli. Kłuły go wyrazy listu pani Meliton: „postawiona

między biedą i wyjściem za marszałka Otóż ona nigdy nie znajdzie się w tym

położeniu... A wydźwignie ją nie jakiś tam Ochocki, za pomocą swojej

154

maszyny, ale on... Czuł w sobie taką siłę, iż gdyby w tej chwili sufit z dwoma

piętrami spadł mu na głowę, chyba utrzymałby go.

Wydobył z biurka swój notatnik i począł rachować:

„Klacz wyścigowa – głupstwo... Wydam najwyżej tysiąc rubli, z których wróci

się przynajmniej część... Dom rs. 60 000, posag panny Izabeli rs. 30 000, razem

rs. 90 000. Bagatela... prawie trzecia część mego majątku... W każdym razie za

dom wróci mi się ze 60 000 albo i więcej... No!... trzeba skłonić Łęckiego,

ażeby te 30 000 mnie powierzył, będę mu płacił 5 000 rubli rocznie jako

dywidendę... Chyba im wystarczy?..

Konia oddam berejterowi, niech on zajmie się puszczeniem go na wyścigi... O

dziesiątej będzie u mnie Maruszewicz, o jedenastej pojadę do adwokata...

Pieniądze dostanę na ósmy procent – 7200 rubli rocznie; a że mam na pewno

piętnaście procent... No i dom coś przynosi... A co powiedzą moi wspólnicy?,..

Ach, dużo mnie to obchodzi!... Mam 45 000 rubli rocznie, ubędzie 12-13 000

rubli, zostanie 32 000 rubli... Żona moja nudzić by się nie powinna... W ciągu

roku wycofam się z tej kamienicy, choćby ze stratą 30 000 rubli... Wreszcie to

nie jest strata, to jej posag...”

Północ. Wokulski zaczął się rozbierać. Pod wpływem jasno określonego celu

uspokoiły się rozstrojone nerwy. Zgasił światło, położył się i patrząc na firanki,

którymi bujał wiatr wpadający przez otwarte okno, zasnął jak kamień.

Wstał o siódmej rano tak rześki i wesoły, że zwróciło to uwagę służącego, który

zaczął kręcić się po pokoju.

– Czegóż to chcesz? – zapytał Wokulski.

– Ja nicz. Ino, proszę pana, stróż chce, ale nie śmie prosić, żeby pan pofatygował

się i potrzymał mu dziecko do krztu.

– A a a!... A pytał się, czy ja chcę, ażeby on miał dziecko?

– Nie pytał się, bo pan był wtedy na wojnie.

– No dobrze. Będę jego kumem.

– To może by mnie pan teraż podarował stary szurdut, bo jakże ja będę na

krzcinach?...

– Dobrze, weź ten surdut.

– A reperaczyja?...

– O, głupi jesteś, nie nudź mnie... Każ zreperować, choć nie wiem co...

– Bo ja chciałbym, proszę pana, akszamitny kołmirz.

– Przyszyj sobie aksamitny kołnierz i idź do diabła.

– Czałkiem beż potrzeby gniewa się pan, bo przecie to dla pańszkiego honoru,

nie dla mego – odparł służący i wychodząc trzasnął drzwiami.

Czuł, że jego pan jest w wyjątkowo dobrym usposobieniu.

Ubrawszy się, Wokulski usiadł do rachunków, pijąc przy tym czystą herbatę. Po

ukończeniu ich napisał depeszę do Moskwy o asygnację na sto tysięcy rubli i

drugą do ajenta w Wiedniu, ażeby wstrzymał pewne obstalunki.

Na kilka minut przed dziesiątą wszedł Maruszewicz. Młody człowiek wydawał

się jeszcze bardziej zniszczonym i onieśmielonym aniżeli wczoraj.

155

– Pozwoli pan – odezwał się Maruszewicz po kilku słowach powitania – że od

razu położę karty na stół... Chodzi o oryginalną propozycję...

– Słucham najoryginalniejszej...

– Pani baronowa Krzeszowska (jestem przyjacielem obojga baronostwa) – mówił

zniszczony młodzieniec – pragnie zbyć klacz wyścigową, Zaraz pomyślałem, że

pan przy swoich stosunkach może życzyłby sobie posiadać podobnego konia...

Jest ogromna szansa wygranej, gdyż biegają prócz niej w wyścigu tylko dwa

konie, znacznie słabsze...

– Dlaczegóż pani baronowa sama nie puszcza tej klaczy?

– Ona?... Ona jest śmiertelną nieprzyjaciółką wyścigów!

– Po cóż więc kupiła klacz wyścigową?

– Dla dwu przyczyn – odparł młody człowiek. – Naprzód baron, potrzebując

pieniędzy na pokrycie długu honorowego, oświadczył, że zastrzeli się, jeżeli nie

dostanie ośmiuset rubli, choćby za swoją ukochaną klacz, a po wtóre, baronowa

nie życzy sobie, aby jej mąż przyjmował udział w wyścigach. Więc kupiła

klacz, ale dziś biedaczka choruje ze wstydu i rozpaczy i chciałaby pozbyć się jej

za jakąkolwiek bądź cenę.

– Mianowicie?

– Osiemset rubli – odparł młody człowiek, spuszczając oczy.

– Gdzie jest koń?.

– W maneżu Millera.

– A dokumenta?

– Oto są – odpowiedział już weselej młody człowiek wydobywając paczkę

papierów z bocznej kieszeni surduta.

– Możemy zaraz skończyć? – spytał Wokulski przeglądając papiery.

– Natychmiast.

– Po obiedzie pójdziemy obejrzeć konia?

– O, naturalnie...

– Niech pan pisze kwit – rzekł Wokulski i wydobył pieniądze z biurka.

– Na ośmset?... naturalnie!... – mówił młody człowiek.

Szybko wziął papier i pióro i zaczął pisać. Wokulski zauważył, że młodzieńcowi

trochę drżały ręce i twarz mu się mieniła.

Kwit był napisany według wszelkich form. Wokulski położył osiem

sturublówek i schował papiery. W chwilę później młody człowiek, ciągle

zmieszany, opuścił gabinet ; zbiegając zaś ze schodów, myślał :

„Podły jestem, tak, podły... Ale ostatecznie za kilka dni zwrócę babie dwieście

rubli i powiem, że dołożył je Wokulski poznawszy bliżej zalety konia. Oni

przecież nie zetkną się, ani baron z żoną, ani ten... kupczyk z nimi... Kwit kazał

sobie pisać... wyborny!... Jak to znać geszefciarza i parweniusza... O! strasznie

jestem ukarany za moją lekkomyślność...”

O jedenastej Wokulski wyszedł na ulicę z zamiarem udania się do adwokata.

Ledwie jednak stanął przed bramą, wnet trzej dorożkarze na widok jasnego

paltota i białego kapelusza współcześnie zacięli konie. Jeden wjechał drugiemu

156

dyszlem w otwarty powóz, trzeci zaś chcąc ich wyminąć o mało nie rozbił

tragarza niosącego ciężką szafę. Wszczął się hałas, bitwa na baty, świstanie

policjantów, zbiegowisko i w rezultacie – dwaj najgorętsi dorożkarze sami siebie

własnymi powozami odwieźli do cyrkułu.

„Zła wróżba – pomyślał Wokulski i nagle uderzył się w czoło.– Pyszny interes! -

mówił sobie – idę do adwokata, ażeby mi kupił dom, a nie wiem, ani jak dom

wygląda, ani nawet gdzie leży.”

Wrócił na powrót do swego mieszkania i w kapeluszu na głowie, z laską pod

pachą, począł przerzucać kalendarz. Szczęściem słyszał, że dom Łęckich

znajduje się gdzieś w okolicach Alei Jerozolimskiej; pomimo to upłynęło kilka

minut, nim odszukał ulicę i numer.

„Ładnie bym się zarekomendował adwokatowi! – myślał schodząc ze schodów. -

Jednego dnia namawiam ludzi, aby mi powierzyli kapitały, a drugiego kupuję

kota w worku. Naturalnie, że od razu skompromitowałbym albo siebie, albo...

pannę Izabelę.”

Skoczył w przejeżdżającą dorożkę i kazał skręcić ku Alei Jerozolimskiej. Na

rogu wysiadł i poszedł piechotą w jedną z poprzecznych ulic.

Dzień był piękny, niebo prawie bez obłoku, bruk bez kurzu. Okna domów

pootwierane, niektóre dopiero myto; figlarny wiatr miotał spódnicami

pokojówek; przy czym można było spostrzec, że warszawska służba łatwiej

odważa. się myć okna na trzecim piętrze aniżeli własne nogi. z wielu mieszkań

odzywały się fortepiany, z wielu podwórek katarynki albo monotonne

nawoływania piaskarzy, szczotkarzy, tandeciarzy i im podobnych

przedsiębiorców. Tu i ówdzie pod bramą ziewał stróż odziany w niebieską

bluzę; kilka psów goniło się po ulicy, którą nikt nie przejeżdżał; małe dzieci

bawiły się odzieraniem kory z młodych kasztanów, którym jeszcze nie :dążyły

pociemnieć jasnozielone liście.

W ogóle ulica przedstawiała się czysto, spokojnie i wesoło. Na drugim jej końcu

widać nawet było odrobinę horyzontu i kępę drzew ; lecz wiejski ten pejzaż,

niestosowny dla Warszawy, zasłaniano teraz rusztowaniami i ścianą z cegły.

Idąc prawym chodnikiem dostrzegł Wokulski na lewo, mniej więcej w połowie

ulicy, dom niezwykle żółtej barwy. Warszawa posiada bardzo wiele żółtych

domów; jest to chyba najżółciejsze miasto pod słońcem. Ta jednak kamienica

wydawała się żółciejszą od innych i na wystawie przedmiotów żółtych (jakiej

zapewne doczekamy się kiedyś) otrzymałaby pierwszą nagrodę.

Podszedłszy bliżej Wokulski przekonał się, że nie tylko on zwrócił uwagę na

szczególną kamienicę, nawet psy, częściej tu niż na jakimkolwiek innym murze,

składały wizytowe bilety.

„Do licha! – szepnął – zdaje mi się, że to właśnie jest ów dom...

Istotnie, była to kamienica Łęckich,

Zaczął się przypatrywać. Dom był trzypiętrowy; miał parę żelaznych balkonów i

każde piętro zbudowane w innym stylu. Za to w architekturze bramy panował

tylko jeden motyw, mianowicie: wachlarz. Górna część wrót miała formę

157

rozłożonego wachlarza, którym mogłaby się chłodzić przedpotopowa

olbrzymka. Na obu skrzydłach bramy były wyrzeźbione ogromne prostokąty,

które w rogach również ozdobiono do połowy otwartymi wachlarzami.

Najcenniejszym jednak upiększeniem bramy były umieszczone w pośrodku jej

skrzydeł dwie rzeźby przedstawiające główki gwoździ, ale tak wielkich, jakby

nimi była przytwierdzona brama do kamienicy, a kamienica do Warszawy.

Prawdziwą osobliwość stanowiła sień wjazdowa posiadająca bardzo lichą

podłogę, ale za to bardzo ładne krajobrazy na ścianach. Było tam tyle wzgórz,

lasów, skał i potoków, że mieszkańcy domu śmiało mogli nie wyjeżdżać na

letnie mieszkania.

Podwórko, otoczone ze wszystkich stron trzypiętrowymi oficynami, wyglądało

jak dno obszernej studni, napełnionej wonnym powietrzem. W każdym rogu

były drzwi, a w jednym aż dwoje drzwi; pod oknem mieszkania stróża

znajdował się śmietnik i wodociąg.

Wokulski mimochodem spojrzał w klatkę głównych schodów, do których

prowadziły szklane drzwi. Schody zdawały się być mocno brudnymi; za to obok

znajdowała się nisza, a w niej – nimfa z dzbankiem nad głową i utrąconym

nosem. Ponieważ dzbanek miał zabarwienie amarantowe, twarz nimfy żółte,

piersi zielone, a nogi niebieskie, można było odgadnąć, że nimfa stoi naprzeciw

okna posiadającego kolorowe szyby.

„No, tak!...” – mruknął Wokulski tonem, który nie zdradzał zbyt wielkiego

zachwytu.

W tej chwili z prawej oficyny wyszła piękna kobieta z małą dziewczynką:

– Teraz, proszę mamy, pójdziemy do ogrodu? – pytało dziecko.

– Nie, kochanie. Teraz pójdziemy do sklepu, a do ogrodu po obiedzie -

odpowiedziała pani bardzo przyjemnym głosem.

Była to wysoka szatynka z szarymi oczami, o klasycznych rysach. Spojrzeli na

siebie oboje z Wokulskim i – dama zarumieniła się.

„Skąd ja ją znam?” – pomyślał Wokulski wychodząc z bramy na ulicę.

Dama obejrzała się, lecz spostrzegłszy go odwróciła głowę.

„Tak – myślał – widziałem ją w kwietniu na grobach, a później w sklepie. Nawet

Rzecki zwracał mi na nią uwagę i mówił, że ma śliczne nogi. Istotnie ładne.”

Cofnął się znowu w bramę i począł czytać spis mieszkańców.

„Co?... Baronowa Krzeszowska na drugim piętrze!... Co?... co?.. Maruszewicz

w lewej oficynie na pierwszym?... Szczególny zbieg okoliczności. Trzecie piętro

od frontu studenci... Ale kto może być ta piękność? Prawa oficyna, pierwsze

piętro – Jadwiga Misiewicz, emerytka, i Helena Stawska z córeczką. Z

pewnością ona.”

Wszedł na podwórko i oglądał się. Prawie wszystkie okna były otwarte. W

tylnej oficynie na dole była pralnia zatytułowana paryską; na trzecim piętrze

było słychać kucie szewskiego młotka, poniżej na gzemsie gruchało parę gołębi,

a na drugim piętrze tej samej oficyny od kilku minut rozlegały się miarowe

dźwięki fortepianu i krzykliwy sopran śpiewający gamę.

158

– A!... a!... a!... a!... a!... a!... a!... a!... a!... a!... a!...

Wysoko nad sobą, na trzecim piętrze, Wokulski usłyszał silny bas męski, który

mówił:

– O! znowu zażyła kussiny... Już z niej wyłazi soliter... Marysiu!... chodź no do

nas...

Jednocześnie z okna na drugim piętrze wychyliła się głowa kobiety wołającej:

– Marysiu!... wracaj mi zaraz do domu... Marysiu!...

„Słowo daję, że to pani Krzeszowska” – szepnął Wokulski.

W tej chwili usłyszał charakterystyczny szelest: z trzeciego piętra padł strumień

wody, trafił na wychyloną głowę pani Krzeszowskiej i rozprysnął się po

podwórku.

– Marysiu!... chodź do nas... – wołał bas.

– Nikczemnicy!... – odpowiedziała pani Krzeszowska odwracając twarz w górę.-

Socjaliści!... nihil...

Nowy strumień wody lunął z trzeciego piętra i zatamował jej mowę. Zarazem

wychylił się stamtąd młody człowiek z czarnym zarostem i zobaczywszy

cofającą się fizjognomią pani Krzeszowskiej zawołał pięknym basem :

– Ach, to pani dobrodziejka!... Bardzo przepraszam...

Odpowiedział mu z mieszkania pani Krzeszowskiej spazmatyczny płacz

niewieści :

– O, ja nieszczęśliwa!... Przysięgnę, że to on, nikczemnik, nasadził na mnie tych

bandytów... Wywdzięcza mi się, żem go wydobyła z nędzy!... Żem kupiła jego

konia!...

Tymczasem na dole praczki prały bieliznę, na trzecim piętrze szewc kuł, a na

drugim w tylnej oficynie dźwięczał fortepian i rozlegała się wrzaskliwa gama :

– A!... a!... a!... a!... a!... a!... a!... a!... a!... a!... a!...

„Wesoły dom, nie ma co... – szepnął Wokulski otrzepując krople wody, które

mu spadły na rękaw.

Wyszedł z podwórza na ulicę i jeszcze raz obejrzawszy nieruchomość, której

miał zostać panem, skręcił w Aleję Jerozolimską. Tu wziął dorożkę i pojechał

do adwokata.

W przedpokoju adwokata zastał paru obdartych Żydków i starą kobietę w

chustce na głowie. Przez otwarte drzwi na lewo widać było szafy zapełnione

aktami, trzech dependentów szybko piszących i kilku gości z waszecia, z

których jeden miał fizjognomię kryminalną, a reszta – bardzo znudzone.

Stary lokaj z siwymi wąsami i podejrzliwym wejrzeniem zdjął z Wokulskiego

palto i zapytał:

– Wielmożny pan na dłuższy interes?

– Na krótszy.

Wprowadził Wokulskiego do sali na prawo.

– Jak mam zameldować?

Wokulski podał bilet i został sam. W sali były sprzęty kryte amarantowym

utrechtem jak w wagonach pierwszej klasy – kilka ozdobnych szaf z pięknie

159

oprawnymi książkami, które tak wyglądały, jakby ich nigdy nie czytano – na

stole zaś parę ilustracyj i albumów, które, zdaje się, oglądali wszyscy. W

jednym rogu sali stał gipsowy posąg bogini Temidy z mosiężnymi wagami i

brudnymi kolanami.

– Pan mecenas prosi!... – odezwał się służący przez uchylone drzwi.

Gabinet znakomitego adwokata miał sprzęty kryte brązową skórą, w oknach

brązowego koloru firanki, a na ściennych obiciach brązowe desenie. Sam

gospodarz odziany był w brązowy surdut i trzymał w ręku bardzo długi cybuch,

u góry zakończony funtowym bursztynem i piórkiem.

– Byłem pewny, że dziś powitam szanownego pana u siebie – rzekł adwokat,

podsuwając Wokulskiemu fotel na kółkach i prostując nogą dywan, który się

nieco zmarszczył. – Jednym wyrazem – ciągnął adwokat – możemy rachować na

jakieś trzysta tysięcy rubli udziałów w naszej spółce. A że do rejenta pójdziemy

jak najrychlej i gotówkę ściągniemy co do grosza, w tym może pan rachować na

mnie...

Wszystko to mówił akcentując ważniejsze wyrazy, ściskał Wokulskiego za rękę

i obserwował go spod oka.

– A tak... spółka!... – powtórzył Wokulski usiadłszy na fotelu.– To rzecz tych

panów, ile zbiorą gotówki.

– No, zawsze kapitał... – wtrącił adwokat.

– Mam go bez spółki.

– Dowód zaufania...

– Wystarcza mi własne.

Adwokat umilkł i pośpiesznie zaczął ssać dym z piórka.

– Mam prośbę do mecenasa – rzekł po chwili Wokulski.

Adwokat utopił w nim spojrzenie, pragnąc odgadnąć: co to za prośba? Od

natury jej bowiem zależał sposób słuchania. Widocznie jednak nie odkrył nic

groźnego, gdyż jego fizjognomia przybrała wyraz poważnej, lecz serdecznej

życzliwości.

– Chcę kupić kamienicę – ciągnął Wokulski.

– Już?.. – spytał mecenas podnosząc brwi i schylając głowę– Winszuję, bardzo

winszuję... Dom handlowy nie na próżno nazywa się d o m e m... Kamienica dla

kupca jest jak strzemię dla jeźdźca; pewniej siedzi na interesach. Handel nie

oparty na tak realnej podstawie, jaką jest d o m, jest tylko kramarstwem. O jakąż

to chodzi kamienicę, jeżeli szanowny pan raczysz mnie już zaszczycać swoim

zaufaniem?

– Ma być w tych dniach licytowany dom pana Łęckiego...

– Znam – przerwał adwokat. – Mury wcale dobre, rzeczy drewniane należałoby

stopniowo zmienić, w rezerwie ogród... Licytuje baronowa Krzeszowska do

sześćdziesięciu tysięcy rubli, konkurentów zapewne nie będzie, kupimy

najwyżej za sześćdziesiąt tysięcy rubli.

– Choćby za dziewięćdziesiąt tysięcy. a nawet i więcej – wtrącił Wokulski.

160

– Po co?... – skoczył na fotelu adwokat. – Baronowa poza sześćdziesiąt tysięcy

nie wyjdzie, domów nikt dziś nie kupuje... Wcale dobry interes...

– Dla mnie będzie dobrym nawet za dziewięćdziesiąt tysięcy.

– Ale lepszym za sześćdziesiąt pięć tysięcy...

– Nie chcę obdzierać mego przyszłego wspólnika.

– Wspólnika?... – zawołał adwokat. – Ależ szanowny pan Łęcki jest stanowczym

bankrutem; po prostu skrzywdzilbyś go pan, naddając mu jakieś kilka tysięcy

rubli. Znam pogląd jego siostry; hrabiny, na tę sprawę... W chwili gdy pan Łęcki

zostanie bez grosza przy duszy, jego urocza córka, którą wszyscy uwielbiamy,

wyjdzie za barona albo marszałka...

Oczy Wokulskiego tak dziko błysnęły, że adwokat umilkł. Przypatrywał mu się,

rozmyślał... Nagle uderzył się ręką w czoło.

– Szanowny pan – rzekł – jesteś zdecydowany dać dziewięćdziesiąt tysięcy rubli

za tę ruderę?...

– Tak – odparł głucho Wokulski.

– Sześćdziesiąt od dziewięćdziesięciu... posag panny Izabeli...– mruknął

adwokat. – Aha!...

Fizjognomia i cała postawa jego zmieniła się do niepoznania. Pociągnał z

wielkiego bursztynu ogromny kłąb dymu, rozparł się na fotelu i trzęsąc ręką w

stronę Wokulskiego mówił:

– Rozumiemy się, panie Wokulski. Wyznam ci, że jeszcze przed pięcioma

minutami podejrzewałem cię, sam nie wiem o co, bo interesa twoje są czyste.

Ale w tej chwili, wierz mi, masz we mnie tylko człowieka życzliwego i...

sprzymierzeńca...

– Toraz ja pana nie rozumiem – szepnął, spuszczając oczy Wokulski.

Adwokatowi na policzkach wystąpiły ceglaste rumieńce. Zadzwonił – wszedł

służący.

– Nie wpuszczać tu nikogo, dopóki nie zawołam – rzekł.

– Słucham pana mecenasa – odparł markotny lokaj.

Znowu zostali we dwu.

– Panie... Stanisławie – zaczął adwokat. – Pan wie, co to jest nasza arystokracja i

jej dodatki?... Jest to parę tysięcy ludzi, którzy wysysają cały kraj, topią

pieniądze za granicą, przywożą stamtąd najgorsze nałogi, zarażają nimi klasy

średnie, niby to zdrowe, i – sami giną bez ratunku: ekonomicznie, fizjologicznie

i moralnie Gdyby zmusić ich do pracy, gdyby skrzyżować z innymi warstwami,

może... byłby z tego jaki pożytek, bo jużci są to organizacje subtelniejsze od

naszych. Rozumie pan... skrzyżować, ale... nie wyrzucać na podtrzymanie ich

trzydziestu tysięcy rubli. Otóż do skrzyżowania pomagam panu, ale do

strwonienia trzydziestu tysięcy rubli – nie!...

– Nic nie rozumiem pana – odparł cicho Wokulski.

– Rozumiesz, tylko nie ufasz mi. Wielka to cnota nieufność, leczyć z niej pana

nie będę. Tyle ci powiem : Łęcki – bankrut może zostać... krewnym nawet

161

kupca, a tym bardziej kupca – szlachcica. Ale Łęcki z trzydziestoma tysiącami

rubli w kieszeni!...

– Panie mecenasie – przerwał Wokulski – czy zechce pan w moim imieniu stanąć

do licytacji tego domu?

– Stanę, lecz ponad to, co da pani Krzeszowska, postąpię najwyżej parę tysięcy.

Wybacz pan, panie Wokulski, ale sam z sobą licytować się nie będę.

– A jeżeli znajdzie się trzeci licytant?

– Ha! w takim razie i jego zdystansuję, ażeby dogodzić pańskiemu kaprysowi.

Wokulski wstał.

– Dziękuję panu – rzekł – za parę słów szczerszych. Ma pan rację, ale i ja mam

moje racje... Pieniądze przyniosę panu jutro; teraz do widzenia.

– Żal mi pana – odpowiedział adwokat ściskając go za rękę.

– Dlaczegóż to?

– Dlatego, panie, że kto chce zdobyć, musi zwyciężyć, zdusić przeciwnika, nie

zaś karmić go z własnej spiżarni. Popełniasz pan błąd, który cię raczej odsunie,

aniżeli zbliży do celu.

– Myli się pan.

– Romantyk!... romantyk!... – powtarzał adwokat z uśmiechem.

Wokulski wybiegł z domu adwokata i wsiadłszy w dorożkę kazał się wieźć w

stronę ulicy Elektoralnej. Był zirytowany tym, że adwokat odkrył jego

tajemnicę, i tym, że krytykował jego metodę postępowania. Naturalnie, że kto

chce zdobyć, musi zdusić przeciwnika; ależ tu zdobyczą miała być panna

Izabela!...

Wysiadł przed niepozornym sklepikiem, nad którym wisiał czarny szyld z

żółtawym napisem: „Kantor wekslu i loterii S. Szlangbauma.”

Sklep był otwarty; za kontuarem, obitym blachą i od publiczności oddzielonym

drucianą siatką, siedział stary Żyd z łysą głową i siwą brodą, jakby przylepioną

do „Kuriera”.

– Dzień dobry, panie Szlangbaum! – zawołał Wokulski.

Żyd podniósł głowę i z czoła zsunął okulary na oczy.

– Ach, to pan dobrodziej?... – odparł ściskając go za rękę. – Co to, czy już i pan

potrzebuje pieniędzy?...

– Nie – odpowiedział Wokulski rzucając się na wyplatane krzesło przed

kontuarem. A ponieważ wstyd mu było od razu objaśnić, po co przyszedł, więc

spytał:

– Cóż słychać, panie Szlangbaum?

– Żle! – odpowiedział starzec. – Na Żydów zaczyna się prześladowanie. Może to

i dobrze. Jak nas będą kopać i pluć, i dręczyć, wtedy może upamiętają się i te


    Ваша оценка произведения:

Популярные книги за неделю