412 000 произведений, 108 200 авторов.

Электронная библиотека книг » Bolesław Prus » Lalka » Текст книги (страница 11)
Lalka
  • Текст добавлен: 21 октября 2016, 23:12

Текст книги "Lalka"


Автор книги: Bolesław Prus



сообщить о нарушении

Текущая страница: 11 (всего у книги 55 страниц) [доступный отрывок для чтения: 20 страниц]

wydziedziczyli w sposób bardzo uroczysty. Mimo to Franc cały majątek zapisał

Janowi, a Jan przez kilka tygodni chorował z żalu po bracie i – połowę

odziedziczonej fortuny (około dwudziestu tysięcy złotych) przekazał jakimś

trzem sierotkom, którymi nadto opiekował się do końca życia.

Dziwna była to rodzina!

I otóż znowu zboczyłem od przedmiotu: miałem pisać o Wokulskim,a piszę o

Minclach. Gdybym nie czuł się tak rześkim, jak jestem, mógłbym posądzić się o

gadulstwo zapowiadające bliską starość.

Powiedziałem, że w postępowaniu Stasia Wokulskiego wielu rzeczy nie

rozumiem i za każdym razem mam ochotę zapytać: -na co to wszystko?...

Otóż kiedym wrócił do sklepu, prawie co wieczór zbieraliśmy się u Grossmutter

na górze: Jan i Franc Minclowie, a czasem i Małgosia Pfeifer. Małgosia z Janem

siadywali w okiennej framudze i trzymając się za ręce patrzyli w niebo; Franc

pił piwo z dużego kufla (który miał cynową klapę), staruszka robiła pończochę,

a ja – opowiadałem dzieje kilku lat spędzonych za granicą.

Najczęściej, rozumie się, była mowa o tęsknotach tułaczki, niewygodach

żołnierskiego życia albo o bitwach. W takiej chwili Franc wypijał podwójne

porcje piwa, Małgosia przytulała się do Jana (do mnie nikt się tak nie przytulał),

a Grossmuttergubiła oczka w pończosze. Gdym już skończył, Franc wzdychał,

szeroko rozsiadając się na kanapie, Małgosia całowała Jana, a Jan Małgosię,

staruszka zaś trzęsąc głową mówiła :

Jesäs! Jesäs!... wie is das schrecklich... Aber sag mir, lieber Ignaz, wozu also

bist du denn nach Ungarn gegnngen?

– No, przecie Grossmutterrozumie, że chodził do Węgier na wojnę – wtrącił

niecierpliwie Jan.

Lecz staruszka ciągle kręcąc głową ze zdziwienia mruczała do siebie:

117

Der Kaffe war ja immer gut und zu Mittag hat er sich doch immer

vollgegessen... Warum bat er denn das getan?...

– O! bo Grossmuttermyśli tylko o kawie i o obiedzie – oburzył się Jan.

Nawet kiedy opowiedziałem ostatnie chwile i straszną śmierć Katza, starowina

wprawdzie rozpłakała się, pierwszy raz od czasu, jak ją znałem; niemniej jednak

otarłszy łzy i wziąwszy się znowu do swej pończochy, szeptała:

Merkwürdig! Der Kaffee war ja immer gut und zu Mittag hat er sich doch

immer vollgegessen... Warum hat er denn das getan?

Toż samo ja dziś nieomal co godzinę mówię o Stasiu Wokulskim. Miał po

śmierci żony spokojny kawałek chleba, więc po co pojechał do Bułgarii? Zdobył

tam taki majątek, że mógłby sklep zwinąć: po co zaś rozszerzył . go? Ma przy

nowym sklepie pyszne dochody, więc po co tworzy jeszcze jakąś spółkę?...

Po co wynajął dla siebie ogromne mieszkanie? Po co kupił powóz i konie? Po co

pnie się do arystokracji, a unika kupców, którzy mu tego darować nie mogą?

A w jakim celu zajmuje się furmanem Wysockim albo jego bratem, dróżnikiem

z kolei żelaznej? Po co kilku biednym czeladnikom założył warsztaty? Po co

opiekuje się nawet nierządnicą, która choć mieszka u magdalenek, mocno

szkodzi jego reputacji?...

A jaki on sprytny... Kiedy dowiedziałem się na giełdzie o zamachu Hödla,

wracam do sklepu i patrząc mu bystro w oczy mówię:

– Wiesz, Stasiu, jakiś Hödel strzelił do cesarza Wilhelma...

A on, jakby nigdy nic, odpowiada:

– Wariat.

– Ale temu wariatowi – ja mówię – zetną głowę.

– I słusznie – on odpowiada – nie będzie się mnożył ród wariacki.

Żeby mu przy tym drgnął choć jeden muskuł, nic. Skamieniałem wobec jego

zimnej krwi.

Kochany Stasiu, tyś sprytny, alem i ja nie w ciemię bity: wiem więcej, aniżeli

przypuszczasz, i to mi tylko bolesne, że nie masz do mnie zaufania. Bo rada

przyjaciela i starego żołnierza mogłaby cię uchronić od niejednego głupstwa,

jeżeli nie od plamy...

Ale co ja tu będę wypowiadać własne opinie; niech mówi za mnie bieg

wypadków.

W początkach maja wprowadziliśmy się do nowego sklepu, który obejmuje pięć

ogromnych salonów. W pierwszym pokoju, na lewo, mieszczą się same ruskie

tkaniny: perkale, kretony, jedwabie i aksamity. Drugi pokój zajęty jest w

połowie na te same tkaniny, a w połowie na drobiazgi do ubrania służące:

kapelusze, kołnierzyki, krawaty, parasolki. W salonie frontowym

najwykwintniejsza galanteria: brązy, majoliki, kryształy, kość słoniowa.

Następny pokój na prawo lokuje zabawki tudzież wyroby z drzewa i metalów, a

w ostatnim pokoju na prawo są towary z gumy i skóry.

118

Tak sobie to uporządkowałem; nie wiem, czy właściwie, ale Bóg mi świadkiem,

żem chciał jak najlepiej. Wreszcie pytałem o zdanie Stasia Wokulskiego; ale on,

zamiast coś poradzić, tylko wzruszał ramionami i uśmiechał się, jakby mówił:

„A cóż mnie to obchodzi...”

Dziwny człowiek! Przyjdzie mu do głowy genialny plan, wykona go w

ogólnych zarysach, ale – ani dba o szczegóły. On kazał przenieść sklep, on zrobił

go ogniskiem handlu ruskich tkanin i galanterii zagranicznej, on zorganizował

całą administrację. Ale zrobiwszy to, dziś ani miesza się do sklepu: składa

wizyty wielkim panom albo jeździ swoim powozem do Łazienek, albo gdzieś

znika bez śladu; a w sklepie ukazuje się ledwie przez parę godzin na dzień. Przy

tym roztargniony, rozdrażniony, jakby na coś czekał albo czegoś się obawiał.

Ale cóż to za złote serce!

Ze wstydem wyznaję, że było mi trochę przykro wynosić się na nowy lokal.

Jeszcze ze sklepem pół biedy; nawet wolę służyć w ogromnym magazynie, na

wzór paryskich, aniżeli w takim kramie, jakim był nasz poprzedni. Żal mi

jednak było mego pokoju, w którym dwadzieścia pięć lat przemieszkałem.

Ponieważ do lipca obowiązuje nas stary kontrakt, więc do połowy maja

siedziałem w moim pokoiku, przypatrując się jego ścianom, kracie, która

przypominała mi najmilsze chwile w Zamościu, i starym sprzętom.

„Jak ja to wszystko ruszę, jak ja to przeniosę, Boże miłosierny!...”– myślałem.

Aż jednego dnia, około połowy maja (rozeszły się wówczas wieści mocno

pokojowe), Staś przed samym zamknięciem sklepu przychodzi do mnie i mówi:

– Cóż, stary, czas by się przeprowadzić na nowe mieszkanie.

Doznałem takiego uczucia, jakby ze mnie krew wyciekła. A on prawi dalej :

– Chodźże ze mną, pokażę ci nowy lokal, który wziąłem dla ciebie w tym

samym domu.

– Jak to wziąłeś? – pytam. – Przecież muszę umówić się o cenę z gospodarzem.

– Już zapłacone! – on odpowiada.

Wziął mnie pod rękę i prowadzi przez tylne drzwi sklepu do sieni.

– Ależ – mówię – tu lokal zajęty...

Zamiast odpowiedzi otworzył drzwi po drugiej stronie sieni... Wchodzę... słowo

honoru – salon!... Meble kryte utrechtem, na stołach albumy, w oknie majoliki...

Pod ścianą biblioteka...

– Masz tu – mówi Staś pokazując bogato oprawne książki – trzy historie

Napoleona I, życie Garibaldiego i Kossutha, historię Węgier...

Z książek byłem bardzo kontent, ale ten salon, muszę wyznać, zrobił na mnie

przykre wrażenie. Staś spostrzegł to i uśmiechnąwszy się, nagle otworzył drugie

drzwi.

Boże miłosierny!... ależ ten drugi pokój to mój pokój, w którym mieszkałem od

lat dwudziestu pięciu. Okna zakratowane, zielona firanka, mój czarny stół... A

pod ścianą naprzeciw moje żelazne łóżko, dubeltówka i pudło z gitarą...

– Jak to – pytam – więc mnie już przenieśli?...

– Tak – odpowiada Staś – przenieśli ci każdy ćwieczek, nawet płachtę dla Ira.

119

Może to się wyda komu śmiesznym, ale ja miałem łzy w oczach...

Patrzyłem na jego surową twarz, smutne oczy i prawie nie mogłem wyobrazić

sobie, że ten człowiek jest tak domyślny i posiada taką delikatność uczuć. Bo

żebym mu choć wspomniał o tym... On sam odgadł, że mogę tęsknić za dawną

siedzibą, i sam czuwał nad przeprowadzeniem moich gratów.

Szczęśliwa byłaby kobieta, z którą by on się ożenił (mam nawet dla niego

partię...); ale on się chyba nie ożeni. Jakieś dzikie myśli snują mu się po głowie,

ale nie o małżeństwie, niestety!... Ile to już poważnych osób przychodziło do

naszego sklepu niby za sprawunkami, a naprawdę w swaty do Stasia i -

wszystko na nic.

Taka pani Szperlingowa ma ze sto tysięcy rubli gotowizną i dystylarnię. Czego

ona już nie kupiła u nas, a wszystko dlatego, ażeby mnie zapytać :

– Cóż, nie żeni się pan Wokulski?

– Nie, pani dobrodziejko...

– Szkoda! – mówi pani Szperlingowa wzdychając. – Piękny sklep, duży majątek,

ale – wszystko to rozejdzie się... bez gospodyni. Gdyby zaś pan Wokulski

wybrał sobie jaką poważną i majętną kobietę, wzmocniłby się nawet jego

kredyt.

– Święte słowa pani dobrodziejki... – ja odpowiadam.

– Adieu! panie Rzecki – ona mówi (kładąc na kasie dwadzieścia albo i

pięćdziesiąt rubli). – Ale niechże pan czasem nie wspomni panu Wokulskiemu o

tym, że ja mówiłam coś o małżeństwie. Bo gotów pomyśleć, że stara baba

poluje na niego... Adieu, panie Rzecki...

–”Owszem, nie zaniedbam wspomnieć mu o tym...”

I zaraz myślę, że gdybym ja był Wokulskim, w jednej chwili ożeniłbym się z tą

bogatą wdową. Jak ona zbudowana, Herr Jesäs!...

Albo taki Szmeterling, rymarz. Ile razy załatwiamy rachunek, mówi:

– Nie mógłby się, panie tego, taki, panie tego, Wokulski żenić?...

Chłop, panie, ognisty; kark jak u byka... Żeby mnie piorun, panie tego, trzasł,

sam oddałbym mu córkę, a w posagu dałbym im rocznie za dziesięć tysięcy,

panie tego, rubli towaru... No?

Albo taki radca Wroński. Niebogaty, cichutki, ale kupuje u nas co tydzień

choćby parę rękawiczek i za każdym razem mówi:

– Ma tu Polska nie ginąć, mój Boże, kiedy tacy jak Wokulski nie żenią się. Bo to

nawet, mój Boże, nie potrzebuje człowiek posagu, więc mógłby znaleźć

panienkę, która, mój Boże! i do fortepianu, i domem zarządzi, i zna języki...

Takich swatów dziesiątki przewijają się przez nasz sklep. Niektóre matki, ciotki

albo ojcowie po prostu przyprowadzają do nas panny na wydaniu. Matka, ciotka

albo ojciec kupuje coś za rubla, a tymczasem panna chodzi po sklepie, siada,

bierze się pod boki, ażeby zwrócić uwagę na swoją figurę, wysuwa naprzód

prawą nóżkę, potem lewą nóżkę, potem wystawia rączki... Wszystko w tym

celu, ażeby złapać Stacha, a jego albo nie ma w sklepie, albo jeżeli jest, to nawet

nie patrzy na towar, jakby mówił:

120

– Taksacją zajmuje się pan Rzecki...

Wyjąwszy rodzin mających dorosłe córki tudzież wdów i panien na wydaniu,

które zdają się być odważniejszymi od węgierskiej piechoty, biedny mój Stach

nie cieszy się sympatią. Nic dziwnego – oburzył przeciw sobie wszystkich

fabrykantów jedwabnych i bawełnianych, a także kupców, którzy sprzedają ich

towary.

Raz, przy niedzieli (rzadko mi się to zdarza), zaszedłem do handelku na

śniadanie. Kieliszek anyżówki i kawałek śledzia przy bufecie, a do stołu

porcyjka flaków i ćwiartka porteru – oto bal! Zapłaciłem niecałego rubla, ale

moc się nałykał dymu, a moc się nasłuchał!... Wystarczy mi tego na parę lat.

W dusznym i ciemnym jak wędzarnia pokoju, gdzie mi flaki podano, siedziało

ze sześciu jegomościów przy jednym stole. Byli to ludzie spasieni i dobrze

odziani; zapewne kupcy, obywatele miejscy, a może i fabrykanci. Każdy

wyglądał tak na trzy do pięciu tysięcy rubli rocznego dochodu.

Ponieważ nie znałem tych panów, a zapewne i oni mnie, nie mogę więc

posądzić ich o umyślną szykanę. Proszę jednak wyobrazić sobie, co za traf, że

właśnie gdym wszedł do pokoju, rozmawiali o Wokulskim.

Kto mówił, z przyczyny dymu nie widziałem; wreszcie nie śmiałem podnieść

oczu od talerza.

– Karierę zrobił! – mówił gruby głos. – Za młodu wysługiwał się takim jak my, a

ku starości chce mu się fagasować wielkim panom.

– Ci dzisiejsi panowie – wtrącił jegomość dychawiczny – tyle warci co i on.

Gdzie by to dawniej w hrabskim domu przyjmowali eks-kupczyka, który przez

ożenek dorobił się majątku... Śmiech powiedzieć!...

– Fraszka ożenek – odparł gruby głos zakrztusiwszy się nieco – bogaty ożenek

nie hańbi. Ale te miliony, zarobione na dostawach w czasie wojny, z daleka

pachną kryminałem.

– Podobno nie kradł – odezwał się półgłosem ktoś trzeci.

– W takim razie nie ma milionów – huknął bas. – A w takim znowu wypadku po

co zadziera nosa!... czego pnie się do arystokracji?

– Mówią – dorzucił inny głos – że chce założyć spółkę z samych szlachciców...

– Aha!... I oskubać ich, a potem zemknąć – wtrącił dychawiczny.

– Nie – mówił bas – on z tych dostaw nie obmyje się nawet szarym mydłem.

Kupiec galanteryjny robi dostawy! Warszawiak jedzie do Bułgarii!...

– Pański brat, inżynier, jeździł za zarobkiem jeszcze dalej – odezwał się półgłos.

– Zapewne! – przerwał bas. – Czy może i sprowadzał perkaliki z Moskwy? Tu

jest drugi sęk: zabija przemysł krajowy!...

– Ehe! He!... – zaśmiał się ktoś dotąd milczący – to już do kupca nie należy.

Kupiec jest od tego, ażeby sprowadzał tańszy towar i z lepszym zyskiem dla

siebie. Nieprawda?... Ehe! He!...

– W każdym razie nie dałbym trzech groszy za jego patriotyzm odparł bas.

– Podobno jednak – wtrącił półgłos – ten Wokulski dowiódł swego patriotyzmu

nie tylko językiem...

121

– Tym gorzej – przerwał bas. – Dowodził będąc gołym! Ochłonął poczuwszy

ruble w kieszeni.

– O!... że też my zawsze kogoś musimy posądzać albo o zdradę kraju, albo o

złodziejstwo! Nieładnie!... – oburzał się półgłos.

– Coś go pan mocno bronisz?... – spytał bas posuwając krzesłem.

– Bronię, bom trochę o nim słyszał – odpowiedział półgłos.– Furmani u mnie

niejaki Wysocki, który umierał z głodu, nim Wokulski postawił go na nogi...

– Za pieniądze z dostaw w Bułgarii!... Dobroczyńca!...

– Inni, panie, zbogacili się na funduszach narodowych i – nic. Ehe! He!...

– W każdym razie ciemna to figura – zakonkludował dychawiczny. – Rzuca się w

prawo i w lewo, sklepu nie pilnuje, perkaliki sprowadza, szlachtę jakby chciał

naciągnąć...

Ponieważ chłopiec sklepowy w tej chwili przyniósł im nowe butelki, więc

wymknąłem się po cichu. Nie wmieszałem się do tej rozmowy, gdyż znając

Stacha od dziecka, mógłbym im powiedzieć tylko dwa wyrazy: „Jesteście

podli...”

I to wszystko gadają wówczas, kiedy ja drżę z obawy o jego przyszłość, kiedy

wstając i kładąc się spać pytam: „Co on robi? po co robi? i co z tego

wyniknie?...” I to wszystko gadają o nim dziś, przy mnie, który wczoraj

patrzyłem, jak dróżnik Wysocki upadł mu do nóg dziękując za przeniesienie do,

Skierniewic i udzielenie zapomogi...

Prosty człowiek, a jaki uczciwy! Przywiózł ze sobą dziesięcioletniego syna i

wskazując na Wokulskiego mówił:

– Przypatrzże się, Pietrek, panu, bo to nasz największy dobrodziej...Jakby kiedy

zechciał, żebyś. sobie uciął rękę dla niego, utnij, a jeszcze mu się nie

wywdzięczysz...

Albo ta dziewczyna, która pisała do niego od magdalenek: „Przypomniałam

sobie jedną modlitwę z dziecinnych czasów, ażeby modlić się za pana:..”

Oto ludzie prości, oto dziewczyny występne; czyliż oni i one nie mają więcej

szlachetnych uczuć aniżeli my, surdutowcy, po całym mieście chwalący się

cnotami, w które zresztą żaden z nas nie wierzy. Ma Staś rację, że zajął się

losem tych biedaków, chociaż... mógłby się nimi zajmować w sposób trochę

spokojniejszy...

Ach! bo trwożą mnie jego nowe znajomości...

Pamiętam, w początkach maja wchodzi do sklepu jakiś bardzo niewyraźny

jegomość (rude faworyty, oczy paskudne) i położywszy na kantorku swój bilet

wizytowy, mówi dosyć połamanym językiem:

– Proszę powiedzieć pan Wokulski, ja będę dziś siódma...

I tyle. Spojrzałem na bilet, czytam: „Wiliam Colins, nauczyciel języka

angielskiego...” Cóż to za farsa?... Przecie chyba Wokulski nie będzie uczył się

po angielsku?...

Wszystko jednak zrozumiałem, gdy na drugi dzień przyszły telegramy o...

zamachu Hödla...

122

Albo inna znajomość, jakaś pani Meliton, która zaszczyca nas wizytami od

chwili powrotu Stasia z Bułgarii. Chuda baba, mała, trajkocze jak młyn, a

czujesz, że mówi tylko to, co chce powiedzieć. Wpada. raz, w końcu maja:

– Jest pan Wokulski? Pewno nie ma, spodziewam się... Wszak mówię z panem

Rzeckim? Zaraz to zgadłam... Co za piękna neseserka!... drzewo oliwkowe,

znam się na tym. Niech pan powie panu Wokulskiemu, ażeby mi to przysłał, on

wie mój adres, i – ażeby jutro, około pierwszej, był w Łazienkach...

– W których, przepraszam? – spytałem, oburzony jej zuchwalstwem.

– Jesteś pan błazen... W królewskich! – odpowiada mi ta dama.

No i cóż!... Wokulski posłał jej neseserkę i pojechał do Łazienek. Wróciwszy

zaś stamtąd, powiedział mi, że... w Berlinie zbierze się kongres dla zakończenia

wojny wschodniej... I kongres jest!...

Taż sama jejmość wpada drugi raz, zdaje mi się, pierwszego czerwca.

– Ach! – woła – cóż to za piękny wazon!... z pewnością francuska majolika, znam

się na tym... Powiedz pan panu Wokulskiemu, ażeby mi go przysłał, i... (tu

dodała szeptem) i... powiedz mu pan jeszcze, że pojutrze około pierwszej...

Gdy wyszła, rzekłem do Lisieckiego:

– Załóż się pan, że pojutrze będziemy mieli ważną polityczną wiadomość.

– Niby trzeciego czerwca?... – odparł śmiejąc się.

Proszę sobie jednak wyobrazić nasze miny, kiedy przyszedł telegram

donoszący... o zamachu Nobilinga w Berlinie!... Ja myślałem, że padnę trupem,

Lisiecki od tej pory zaprzestał już nieprzyzwoitych żartów na mój rachunek i co

gorsze, zawsze wypytuje mnie o wiadomości polityczne...

Zaprawdę! strasznym nieszczęściem jest wielka reputacja. Ja bowiem od chwili,

kiedy Lisiecki zwraca się do mnie jako do „poinformowanego”, straciłem sen i

resztę apetytu...

Cóż dopiero musi się dziać z moim biednym Stachem, który utrzymuje ciągłe

stosunki z tym panem Colinsem i z tą panią Melitonową...

Boże miłosierny, czuwaj nad nami!...

Już kiedym się tak rozgadał (dalibóg, robię się plotkarzem), więc muszę dodać,

że i w naszym sklepie panuje jakiś niezdrowy ferment. Oprócz mnie jest

siedmiu subiektów (czy kiedy marzył o czymś podobnym stary Mincel!), ale -

nie ma jedności. Klejn i Lisiecki, jako dawniejsi, trzymają tylko z sobą, resztę

zaś kolegów traktują w sposób nie powiem pogardliwy, ale trochę z góry. Trzej

zaś nowi subiekci: galanteryjny, metalowy i gumowy, znowu tylko z sobą się

wdają, są sztywni i pochmurni. Wprawdzie poczciwy Zięba chcąc ich zbliżyć

biega od starych do nowych i ciągle im coś perswaduje; ale nieborak ma tak

nieszczęśliwą rękę, że antagoniści po każdej próbie godzenia krzywią się na

siebie jeszcze szkaradniej.

Może gdyby nasz magazyn (z pewnością jest to magazyn, a w dodatku

pierwszorzędny magazyn!), otóż gdyby on rozwijał się stopniowo, gdybyśmy co

rok przybierali po jednym subiekcie – nowy człowiek wsiąknąłby między

starych i istniałaby harmonia. Ale jak od razu przybyło pięciu ludzi świeżych,

123

jak jeden drugiemu często gęsto wchodzi w drogę (bo w tak krótkim czasie nie

można ani towarów należycie uporządkować, ani każdemu określić sfery jego

obowiązków), jest naturalnym, że muszą wyradzać się niesnaski. No, ale co ja

mam się wdawać w krytykę czynności pryncypała i jeszcze człowieka, .który

ma więcej rozumu aniżeli my wszyscy...

W jednym tylko punkcie godzą się starzy i nowi panowie, a nawet pomaga im

Zięba, oto: jeżeli chodzi o dokuczenie siódmemu naszemu subiektowi -

Szlangbaumowi. Ten Szlangbaum (znam go od dawna) jest mojżeszowego

wyznania, ale człowiek porządny. Mały, czarny, zgarbiony, zarośnięty, słowem

– trzech groszy nie dałbyś za niego, kiedy siedzi za kantorkiem. Ale niech no

gość wejdzie (Szlangbaum pracuje w wydziale ruskich tkanin), Chryste

elejson... Kręci się jak fryga; dopiero co był na najwyższej półce na prawo, już

jest przy najniższej szufladzie na środku i w tej samej chwili znowu gdzieś pod

sufitem na lewo. Kiedy zacznie rzucać sztuki, zdaje się, że to nie człowiek, ale

machina parowa; kiedy zacznie rozwijać i mierzyć, myślę, że bestia ma ze trzy

pary rąk. Przy tym rachmistrz zawołany, a jak zacznie rekomendować towary,

podsuwać kupującemu projekta, odgadywać gusta, wszystko niezmiernie

poważnym tonem, to słowo honoru daję, że Mraczewski w kąt!... Szkoda tylko,

że jest taki mały i brzydki; musimy mu dodać jakiegoś głupiego a przystojnego

chłopaka za pomocnika dla dam. Bo wprawdzie z ładnym subiektem damy

dłużej siedzą, ale za to mniej grymaszą i mniej się targują.

(Swoją drogą, niechaj nas Bóg zachowa od damskiej klienteli. Ja może dlatego

nie mam odwagi do małżeństwa, że ciągle widuję damy w sklepie. Stwórca

świata formując cud natury, zwany kobietą, z pewnością nie zastanowił się,

jakiej klęski narobi kupcom.)

Otóż Szlangbaum jest w całym znaczeniu porządnym obywatelem, a mimo to

wszyscy go nie lubią, gdyż – ma nieszczęście być starozakonnym...

W ogóle, może od roku, uważam, że do starozakonnych rośnie niechęć; nawet

ci, którzy przed kilkoma laty nazywali ich Polakami mojżeszowego wyznania,

dziś zwą ich Żydami. Zaś ci, którzy niedawno podziwiali ich pracę, wytrwałość

i zdolności, dziś widzą tylko wyzysk i szachrajstwo.

Słuchając tego, czasem myślę, że na ludzkość spada jakiś mrok duchowy,

podobny do nocy. W dzień wszystko było ładne, wesołe i dobre; w nocy

wszystko brudne i niebezpieczne. Tak sobie myślę, ale milczę; bo cóż może

znaczyć sąd starego subiekta wobec głosu znakomitych publicystów, którzy

dowodzą, że Żydzi krwi chrześcijańskiej używają na mace i że powinni być w

prawach swoich ograniczeni. Nam kule nad głowami inne wyświstywały hasła,

pamiętasz, Katz?...

Taki stan rzeczy w osobliwy sposób oddziaływa na Szlangbauma. Jeszcze w

roku zeszłym człowiek ten nazywał się Szlangowskim, obchodził Wielkanoc i

Boże Narodzenie, i z pewnością najwierniejszy katolik nie zjadał tyle kiełbasy

co on. Pamiętam, że gdy raz w cukierni zapytano go:

– Nie lubisz pan lodów, panie Szlangowski?

124

Odpowiedział :

– Lubię tylko kiełbasę, ale bez czosnku. Czosnku znieść nie mogę.

Wrócił z Syberii razem ze Stachem i doktorem Szumanem i zaraz wstąpił do

chrześcijańskiego sklepu, choć Żydzi dawali mu lepsze warunki. Od tej też pory

ciągle pracował u chrześcijan i dopiero w roku bieżącym wymówili mu posadę.

W początkach maja pierwszy raz przyszedł do Stacha z prośbą. Był bardziej

skurczony i miał czerwieńsze oczy niż zwykle.

– Stachu – rzekł pokornym głosem – utonę na Nalewkach, jeżeli mnie nie

przygarniesz.

– Dlaczego żeś od razu do mnie nie przyszedł? – spytał Stach.

– Nie śmiałem... Bałem się, żeby nie mówili o mnie, że Żyd musi się wszędzie

wkręcić. I dziś nie przyszedłbym, gdyby nie troska o dzieci.

Stach wzruszył ramionami i natychmiast przyjął Szlangbauma z pensją półtora

tysiąca rubli rocznie.

Nowy subiekt od razu wziął się do roboty, a w pół godziny później mruknął

Lisiecki do Klejna:

– Co tu, u diabła, tak czosnek zalatuje, panie Klejn?..

Zaś w kwadrans później, nie wiem już z jakiej racji, dodał:

– Jak te kanalie Żydy cisną się na Krakowskie Przedmieście! Nie mógłby to

parch, jeden z drugim, pilnować się Nalewek albo Świętojerskiej?

Szlangbaum milczał, tylko drgały mu czerwone powieki.

Szczęściem, obie te zaczepki słyszał Wokulski. Wstał od biurka i rzekł tonem,

którego, co prawda, nie lubię:

– Panie... panie Lisiecki! Pan Henryk Szlangbaum był moim kolegą wówczas,

kiedy działo mi się bardzo źle. Czybyś więc pan nie pozwolił mu kolegować ze

mną dziś, kiedy mam się trochę lepiej?...

Lisiecki zmieszał się czując, że jego posada wisi na włosku. Ukłonił się, coś

mruknął, a wtedy Wokulski zbliżył się do Szlangbauma i uściskawszy go

powiedział:

– Kochany Henryku, nie bierz do serca drobnych przycinków, bo my tu sobie po

koleżeńsku wszyscy docinamy. Oświadczam ci także, że jeżeli opuścisz kiedy

ten sklep; to chyba razem ze mną.

Stanowisko Szlangbauma wyjaśniło się od razu; dziś mnie prędzej coś powiedzą

(ba! nawet zwymyślają) aniżeli jemu. Ale czy wynalazł kto sposób przeciw

półsłówkom, minom i spojrzeniom?... A to wszystko truje biedaka, który mi

nieraz mówi wzdychając:

– Ach, gdybym się nie bał, że mi dzieci zżydzieją, jednej chwili uciekłbym stąd

na Nalewki...

– Bo dlaczego, panie Henryku – spytałem go – raz się, do licha, nie ochrzcisz?..

– Zrobiłbym to przed laty, ale nie dziś. Dziś zrozumiałem, że jako Żyd jestem

tylko nienawistny dla chrześcijan, a jako meches byłbym wstrętny i dla

chrześcijan, i dla Żydów. Trzeba przecie z kimś żyć. Zresztą – dodał ciszej -

mam pięcioro dzieci i bogatego ojca, po którym będę dziedziczyć...

125

Rzecz ciekawa. Ojciec Szlangbauma jest lichwiarzem, a syn, ażeby od niego

grosza nie wziąć, bieduje po sklepach jako subiekt.

Nieraz we cztery oczy rozmawiałem o nim z Lisieckim.

– Za co – pytam – prześladujecie go? Wszakże on prowadzi dom na sposób

chrześcijański, a nawet dzieciom urządza choinkę...

– Bo uważa – mówi Lisiecki – że korzystniej jadać macę z kiełbasą aniżeli samą.

– Był na Syberii, narażał się...

– Dla geszeftu... Dla geszeftu nazywał się też Szlangowskim, a teraz znowu

Szlangbaumem, kiedy jego stary ma astmę.

– Kpiliście – mówię – że stroi się w cudze pióra, więc wrócił do dawnego

nazwiska.

– Za które dostanie ze sto tysięcy rubli po ojcu – odparł Lisiecki.

Teraz i ja wzruszyłem ramionami i umilkłem. Źle nazywać się Szlangbaumem,

źle Szlangowskim; źle być Żydem, źle mechesem... Noc zapada, noc, podczas

której wszystko jest szare i podejrzane!

A swoją drogą Stach na tym cierpi. Nie tylko bowiem przyjął do sklepu

Szlangbauma, ale jeszcze daje towary żydowskim kupcom i paru Żydków

przypuścił do współki. Nasi krzyczą i grożą, ale nie jego straszyć; zaciął się i nie

ustąpi, choćby go piekli w ogniu.

Czym się to wszystko skończy, Boże miłosierny...

Ale, ale!... Ciągle odbiegając od przedmiotu zapomniałem kilku bardzo

ważnych szczegółów. Mam na myśli Mraczewskiego, który od pewnego czasu

albo krzyżuje mi plany, albo wprowadza w błąd świadomie.

Chłopak ten otrzymał u nas dymisję za to, że w obecności Wokulskiego trochę

zwymyślał socjalistów. Później jednakże Stach dał się ubłagać i zaraz po

Wielkiejnocy wysłał Mraczewskiego do Moskwy podwyższając mu nawet

pensję.

Nie przez jeden wieczór zastanawiałem się nad znaczeniem owej podróży czy

zsyłki.

Lecz gdy po trzech tygodniach Mraczewski przyjechał stamtąd do nas wybierać

towary, natychmiast zrozumiałem plan Stacha.

Pod fizycznym względem młodzieniec ten niewiele się zmienił: zawsze

wygadany i ładny, może cokolwiek bledszy. Mówi, że Moskwa mu się

podobała, a nade wszystko tamtejsze kobiety, które mają mieć więcej

wiadomości i ognia, ale za to mniej przesądów aniżeli nasze. Ja także, póki

byłem młody, uważałem, że kobiety miały mniej przesądów aniżeli dziś.

Wszystko to jest dopiero wstępem. Mraczewski bowiem przywiózł ze sobą trzy

bardzo podejrzane indywidua, nazywając ich „prykaszczykami”, i – całą pakę

jakichś broszur. Owi „prykaszczykowie” mieli niby coś oglądać w naszym

sklepie, ale robili to w taki sposób, że nikt ich u nas nie widział: Włóczyli się po

całych dniach i przysiągłbym, że przygotowywali u nas grunt do jakiejś

rewolucji. Spostrzegłszy jednak, że mam na nich zwrócone oko, ile razy przyszli

do sklepu, zawsze udawali pijanych, a ze mną rozmawiali wyłącznie o

126

kobietach, twierdząc wbrew Mraczewskiemu, że Polki to „sama prelest” – tylko

bardzo podobne do Żydówek.

Udawałem, że wierzę wszystkiemu, co mówią, i za pomocą zręcznych pytań

przekonałem się, iż – najlepiej znane im są okolice bliższe Cytadeli. Tam więc

mają interesa: Że zaś domysły moje nie były bezpodstawnymi, dowiódł fakt, iż

owi „prykaszczykowie” zwrócili nawet na siebie uwagę policji. W ciągu

dziesięciu dni, nic więcej, tylko trzy razy odprowadzano ich do cyrkułów.

Widocznie jednak muszą mieć wielkie stosunki, ponieważ ich uwolniono.

Kiedym zakomunikował Wokulskiemu moje podejrzenia co do

„prykaszczyków” – Stach tylko uśmiechnął się i odparł:

– To jeszcze nic...

Z czego wnoszę, że Stach musi być grubo zaawansowany w stosunkach z

nihilistami.

Proszę sobie jednak wyobrazić moje zdziwienie, kiedy zaprosiwszy raz Klejna i

Mraczewskiego do siebie na herbatę przekonałem się, że Mraczewski jest

gorszym socjalistą od Klejna... Ten Mraczewski, który za wymyślanie na

socjalistów stracił u nas posadę!... Ze zdumienia przez cały wieczór nie mogłem

ust otworzyć; tylko Klejn cieszył się po cichu, a Mraczewski rozprawiał.

Jak żyję, nie słyszałem nic równego. Młodzieniec ten dowodził mi przytaczając

nazwiska ludzi, podobno bardzo mądrych, że wszyscy kapitaliści to złodzieje, że

ziemia powinna należeć do tych, którzy ją uprawiają, że fabryki, kopalnie i

maszyny powinny być własnością ogółu, że nie ma wcale Boga ani duszy, którą

wymyślili księża, aby wyłudzać od ludzi dziesięcinę. Mówił dalej, że jak zrobią

rewolucję (on z trzema „prykaszczykami”), to od tej pory wszyscy będziemy

pracowali tylko po ośm godzin, a przez resztę czasu będziemy się bawili, mimo

to zaś każdy będzie miał emeryturę na starość i darmo pogrzeb. Wreszcie

zakończył, że dopiero wówczas nastanie raj na ziemi, kiedy wszystko będzie

wspólne: ziemia, budynki, maszyny, a nawet żony.

Ponieważ jestem kawalerem (nazywają mnie nawet starym) i piszę ten

pamiętnik bez obłudy, przyznam więc, że mi się ta wspólność żon trochę

podobała. Powiem nawet, że nabrałem niejakiej życzliwości dla socjalizmu i

socjalistów. Po co oni jednak koniecznie chcą robić rewolucję, kiedy i bez niej

ludzie miewali wspólne żony?

Tak myślałem, ale tenże sam Mraczewski uleczył mnie ze swoich teorii, a

zarazem bardzo pokrzyżował moje plany.

Nawiasowo powiem, że serdecznie chcę, ażeby się Stach ożenił. Gdyby miał

żonę, nie mógłby tak często naradzać się z Colinsem i panią Meliton, a gdyby

jeszcze przyszły dzieci, może zerwałby wszystkie podejrzane stosunki. Bo co to,

żeby taki człowiek jak on, taka żołnierska natura, żeby kojarzył się z ludźmi,

którzy bądź jak bądź nie występują na plac z bronią przeciw broni. Węgierska

piechota i wreszcie żadna piechota nie będzie strzelać do rozbrojonego

przeciwnika. Ale czasy zmieniają się.

127

Otóż bardzo pragnę, ażeby się Stach ożenił, i nawet myślę, że upatrzyłem mu

partię. Bywa czasem w naszym magazynie (i bywała w tamtym sklepie) osoba

dziwnej urody. Szatynka, szare oczy, rysy cudownie piękne, wzrost okazały, a

rączki i nóżki – sam smak!... Patrzyłem, jak raz wysiadała z dorożki, i powiem,

że mi się gorąco zrobiło wobec tego, com ujrzał... Ach, miałby poczciwy Stasiek

wielki z niej pożytek, bo to i ciałka w miarę, i usteczka jak jagódki... A co za

biust!... Kiedy wchodzi ubrana do figury, to myślę, że wszedł anioł, który

zleciawszy z nieba, na piersiach złożył sobie skrzydełka!...

Zdaje mi się, że jest wdową, gdyż nigdy nie widuję jej z mężem, tylko z małą

córeczką Helunią, miluchną jak cukiereczek. Stach, gdyby się z nią ożenił, od

razu musiałby zerwać z nihilistami, bo co by mu zostało czasu od posług przy

żonie, to pieściłby jej dziecinę. Ale i taka żoneczka niewiele zostawiłaby mu


    Ваша оценка произведения:

Популярные книги за неделю