444 000 произведений, 109 000 авторов.

Электронная библиотека книг » Bolesław Prus » Lalka » Текст книги (страница 23)
Lalka
  • Текст добавлен: 21 октября 2016, 23:12

Текст книги "Lalka"


Автор книги: Bolesław Prus



сообщить о нарушении

Текущая страница: 23 (всего у книги 55 страниц) [доступный отрывок для чтения: 23 страниц]

satysfakcja włóczyć się po ulicach w upał, wśród kurzu i zapachu prażonych

asfaltów!...

Istotnie, dzień był wyjątkowo gorący i jaskrawy: chodniki i kamienie ziały

żarem, blaszanych szyldów ani latarniowych słupów nie można było dotknąć

ręką, a z nadmiaru światła panu Ignacemu zachodziły łzami oczy i czarne płatki

zasłaniały mu pole widzenia.

„Gdybym był Panem Bogiem – myślał – połowę lipcowych upałów

zachowałbym na grudzień...”

Nagle spojrzał na wystawę sklepową (właśnie mijał okna) i osłupiał. Wystawa

już drugi tydzień nie odnowiona!... Te same brązy, majoliki, wachlarze, te same

neseserki, rękawiczki, parasole i zabawki!... Czy widział kto podobne

zgorszenie?

„Ależ ja jestem podły człowiek! – mruknął do siebie. – Onegdaj spiłem się, dziś

włóczę się... Diabli wezmą budę, jak amen w pacierzu...”

Ledwie wszedł do sklepu, niepewny, co mu więcej cięży: serce czy nogi – gdy w

tej chwili porwał go Mraczewski. Już był ostrzyżony na sposób warszawski,

uczesany i uperfumowany jak dawniej i przez amatorstwo obsługiwał

252

przychodzących gości, sam będąc gościem, jeszcze z tak dalekich okolic.

Miejscowi panowie nie mogli wyjść z podziwu.

– A bój się pan Boga, panie Ignacy – zawołał – trzy godziny czekam na pana!

Wyście tu wszyscy głowy potracili...

Wziął go pod ramię i nie zważając na paru obecnych gości, którzy ze

zdumieniem patrzyli na nich, pędem zaciągnął Rzeckiego do gabinetu, gdzie

stała kasa.

Tu osiwiałego w swoim zawodzie subiekta pchnął na twardy foteli stanąwszy

przed nim z załamanymi rękoma, jak zrozpaczony Germont przed Violettą,

rzekł:

– Wiesz pan co... Wiedziałem, że po moim wyjeździe stąd interes się

rozprzęgnie; alem nie przypuszczał, że tak prędko... No, bo że pannie siedzisz w

sklepie, mniejsza: dziury nie będzie. Ale jakie ten stary głupstwa wyrabia, to

przecie skandal!...

Zdawało się; że panu Ignacemu brwi posuną się ze zdziwienia na wierzch czoła.

– Przepraszam!... – zawołał podnosząc się z fotelu.

Ale Mraczewski zmusił go do siedzenia.

– Przepra...

– Już tylko niech się pan nie odzywa! – przerwał mu pachnący młody człowiek. -

Pan wie, co się dzieje?... Suzin dziś na noc jedzie do Berlina zobaczyć

Bismarcka, a potem – do Paryża na wystawę. Koniecznie, słyszy pan?...

koniecznie namawia Wokulskiego, ażeby z nim jechał. I ten dur...

– Panie Mraczewski!... Kto pana ośmielił...

– Ja już z natury jestem śmiały, a Wokulski wariat!... Dziś dopiero dowiedziałem

się prawdy... Pan wie, ile stary mógłby zarobić na tym interesie w Paryżu z

Suzinem?... Nie dziesięć, ale pięćdziesiąt tysięcy rubli, panie Rzecki!... I ten

osioł nie tylko że nie chce dziś jechać, ale jeszcze mówi, że – nie wie, kiedy

pojedzie. On nie wie, a Suzin może czekać z tą sprawą najwyżej kilka dni.

– Cóż Suzin?... – cicho spytał naprawdę zmieszany pan Ignacy.

– Suzin?... Jest zły, a co gorsza – rozżalony. Mówi, że Stanisław Piotrowicz już

nie ten, co był, że gardzi nim..: słowem, awantura!... Pięćdziesiąt tysięcy rubli

zysku i darmo podróż. No, niech pan sam powie, czy w tych warunkach nawet

święty Stanisław Kostka nie pojechałby do Paryża?...

– Z pewnością! – mruknął pan Ignacy. – Gdzież Stach... to jest, pan Wokulski? -

dodał podnosząc się z fotelu.

– Jest w pańskim mieszkaniu i pisze tam rachunki dla Suzina. Zobaczysz pan; co

stracicie przez ten figiel.

Drzwi gabinetu uchyliły się i stanął w nich Klejn z listem w ręku.

– Przyniósł lokaj Łęckich do starego – rzekł. – Może pan mu odda, bo dziś,

bestia, czegoś taki zły...

Pan Ignacy wziął do rąk bladoniebieską kopertę ozdobioną wizerunkiem

niezapominajek, lecz wahał się, czy ma iść. Tymczasem Mraczewski spojrzał

mu przez ramię na adres.

253

– List od Belci – zawołał – jestem w domu!... – I śmiejąc się wybiegł z gabinetu.

„Do diabła! – mruknął pan Ignacy – czyżby te wszystkie plotki miały być

prawdą?... Więc on dla niej wydaje na kupno kamienicy dziewięćdziesiąt

tysięcy i traci na Suzinie pięćdziesiąt?... Razem sto czterdzieści tysięcy rubli... A

ten powóz, a te wyścigi, a te ofiary na cele dobroczynne?... A... a ten Rossi,

któremu tak gorąco przypatruje się panna Łęcka jak Żyd dziesięciorgu

przykazaniom?... Ehe!... schowam ja do kieszeni ceremonie...” Zapiął

marynarkę na guzik pod szyją, wyprostował się i poszedł z listem do swego

mieszkania. W tej chwili dopiero zauważył, że mu trochę skrzypią buty, i poczuł

niejaką ulgę. W mieszkaniu pana Ignacego nad stosem papierów siedział

Wokulski bez surduta i kamizelki i pisał.

– Aha!... – zawołał podnosząc głowę na widok Rzeckiego.– Nie gniewasz się, że

ci tu gospodaruję jak u siebie?

– Pryncypał robi ceremonie!... – odezwał się z przekąsem pan Ignacy. – Jest tu

list od... tych... od Łęckich...

Wokulski spojrzał na adres, gorączkowo rozerwał kopertę i czytał... czytał...

Raz, drugi i trzeci przeczytał list. Rzecki coś przewracał w swoim biurku, a

spostrzegłszy, że jego przyjaciel skończył już czytanie i zamyślony oparł głowę

na ręku, rzekł suchym tonem:

– Jedziesz dziś do Paryża z Suzinem?

– Ani myślę.

– Słyszałem, że to jakiś wielki interes... Pięćdziesiąt tysięcy rubli...

Wokulski milczał.

– Więc jedziesz jutro albo pojutrze, bo podobno Suzin ma na twój przyjazd

zaczekać parę dni? – Nie wiem jeszcze, kiedy pojadę.

– To źle, Stachu. Pięćdziesiąt tysięcy rubli to majątek; szkoda go stracić... Jeżeli

dowiedzą się, że wypuściłeś z rąk taką sposobność...

– Powiedzą, żem zwariował – przerwał mu Wokulski.

Znowu zamilkł i nagle odezwał się:

– A gdybym miał do spełnienia ważniejszy obowiązek aniżeli zyskanie

pięćdziesięciu tysięcy?... – Polityczny? – spytał cicho Rzecki z trwogą w oczach,

ale i z uśmiechem na ustach.

Wokulski podał mu list.

– Czytaj – rzekł. – Przekonasz się że są rzeczy lepsze od polityki.

Pan Ignacy z niejakim wahaniem wziął list do ręki, lecz na powtórny rozkaz

Wokulskiego przeczytał:

„Wieniec jest prześliczny i już z góry w imieniu Rossiego dziękuję panu za ten

podarunek. Nieporównane jest to dyskretne rozmieszczenie szmaragdów między

złotymi listkami. Musi Pan koniecznie przyjechać do nas, jutro na obiad,

ażebyśmy się naradzili nad pożegnaniem Rossiego, a także nad naszą podróżą

do Paryża. Wczoraj papo powiedział mi, że jedziemy najdalej za tydzień.

Naturalnie jedziemy razem, gdyż bez miłego Pańskiego towarzystwa podróż

straciłaby dla mnie połowę wartości. A więc do widzenia.

254

Izabela Łęcka”

– Nie rozumiem – rzekł pan Ignacy, obojętnie rzucając list na stół. – Dla

przyjemności podróżowania z panną Łęcką, a choćby radzenia nad prezentami

dla... dla jej ulubieńców nie rzuca się w błoto pięćdziesięciu tysięcy... jeżeli nie

więcej...

Wokulski powstał z kanapy i oparłszy się obu rękoma na stole, zapytał: – A

gdyby mi się podobało rzucić dla niej cały majątek w błoto, to co?..

Żyły nabrzmiały mu na czole, gors koszuli gorączkowo falował na piersiach. W

oczach zapalały mu się i gasły te same iskry, jakie już widział Rzecki w chwili

pojedynku z baronem.

– To co?.. – powtórzył Wokulski.

– To nic – odpowiedział spokojnie Rzecki. – Przyznałbym tylko, że omyliłem się,

nie wiem już który raz w życiu...

– Na czym?

– Dziś na tobie. Myślałem, że człowiek, który naraża się na śmierci... na plotki

dla zdobycia majątku, ma jakieś ogólniejsze cele...

– A dajcież mi raz spokój z tym waszym ogółem!... – wykrzyknął Wokulski

uderzając pięścią w stół. – Co ja robiłem dla niego, o tym wiem, ale... cóż on

zrobił dla mnie!... Więc nigdy nie skończą się wymagania ofiar, które mi nie

dały żadnych praw?... Chcę nareszcie raz coś zrobić dla samego siebie... Uszami

wylewają mi się frazesy, których nikt nie wypełnia... Własne szczęście – to dziś

mój obowiązek... inaczej...w łeb bym sobie palnął, gdybym już nic nie widział

dla siebie oprócz jakichś fantastycznych ciężarów. Tysiące próżnują, a jeden

względem nich ma obowiązki!... Czy słyszano coś potworniejszego?...

– A owacje dla Rossiego to nie ciężar? – spytał pan Ignacy.

– Nie robię ich dla Rossiego.

– Tylko dla dogodzenia kobiecie... wiem... Ze wszystkich kas oszczędności ta

jest najmniej pewną – odparł Rzecki.

– Jesteś nieostrożny!... – syknął Wokulski.

– Powiedz – byłem... Tobie się zdaje, że dopiero ty wynalazłeś miłość. Znam i ja

ją, bah!... Przez kilka lat kochałem się jak półgłówek, a tymczasem moja

Heloiza romansowała z innymi. Boże mój!... ile mnie kosztowała każda

wymiana spojrzeń, które chwytałem w przelocie... W końcu w moich oczach

wymieniano nawet uściski... Wierz mi, Stachu, ja nie jestem tak naiwny, jak

myślą. Wiele w życiu widziałem i doszedłem do wniosku, że my wkładamy zbyt

dużo serca w zabawę nazywaną miłością

– Mówisz tak, bo j e j nie znasz – wtrącił pochmurnie Wokulski.

– Każda jest wyjątkową, dopóki nam karku nie nadkręci. Prawda, że nie znam t e

j, ale znam inne. Ażeby nad kobietami odnosić wielkie zwycięstwa, trzeba być

w miarę impertynentem i w miarę bezczelnym: dwie zalety, których ty nie

posiadasz. I dlatego ostrzegam cię: niedużo ryzykuj, bo zostaniesz

zdystansowany, jeżeli już nie zostałeś. Nigdym do ciebie o tych rzeczach nie

mówił, prawda? nawet nie wyglądam na podobną filozofię... Ale czuję, że grozi

255

ci niebezpieczeństwo, więc powtarzam: strzeż się! i w podłej zabawie nie

angażuj serca, bo ci je w asystencji lada chłystka oplują. A w tym wypadku,

mówię ci, człowiek doznaje tak przykrych wrażeń, że... Bodajbyś ich lepiej

nie... doczekał!...

Wokulski siedząc na kanapie zaciskał pięści, ale milczał. W tej chwili zapukano

do drzwi ukazał się Lisiecki.

– Pan Łęcki chce się z panem widzieć. Może tu wejść? – zapytał subiekt.

– Niech pan poprosi... – odparł Wokulski, śpiesznie wciągając kamizelkę i

surdut.

Rzecki wstał z krzesła, smutno pokiwał głową i opuścił swoje mieszkanie.

„Myślałem, że jest źle – mruknął będąc już w sieni. – Alem nie myślał, że jest aż

tak źle...”

Ledwie Wokulski zdążył jako tako ogarnąć się, wszedł pan Łęcki, a za nim

woźny sklepowy. Pan Tomasz miał oczy krwią nabiegłe i sine plamy na

policzkach. Rzucił się na fotel i oparłszy głowę na tylnej krawędzi, ciężko

dyszał. Woźny stał w progu z zakłopotaną miną i przebierając palcami po

metalowych guzikach swojej liberii czekał na rozkazy.

– Wybacz, panie Stanisławie, ale... proszę cię wody z cytryną...wyszeptał pan

Tomasz.

– Sodowej wody, cytryny i cukru... Biegnij! – rzekł Wokulski do woźnego.

Woźny wyszedł zawadzając wielkimi guzami o drzwi pokoju.

– To nic – mówił pan Tomasz z uśmiechem. – Krótka szyja, upał i irytacja...

Chwilę odpocznę... Zatrwożony Wokulski zdjął mu krawat i rozpiął koszulę.

Potem zlał ręcznik wodą kolońską, którą znalazł na biurku Rzeckiego, i z

synowską troskliwością wytarł choremu kark, twarz i głowę.

Pan Tomasz uścisnął mu rękę.

– Już mi lepiej... Bóg zapłać... – a potem dodał półgłosem: – podobasz mi się w

tej roli siostry miłosierdzia. Bela nie potrafiłaby zrobić delikatniej... No, ona

stworzona do tego, ażeby jej usługiwano...

Woźny przyniósł syfon i cytryny. Wokulski przyrządził limoniadę i napoił pana

Tomasza, któremu stopniowo poczęły znikać sine plamy z policzków.

– Idź do mego mieszkania – rzekł Wokulski do woźnego – i każ zaprząc konie.

Niech zajedzie przed sklep.

– Kochany... kochany jesteś... – mówił pan Tomasz, mocno ściskając go za rękę i

z wdzięcznością spoglądając na niego zaczerwienionymi oczyma. – Nie

przywykłem do podobnej troskliwości, ponieważ Belcia nie zna się na tych

rzeczach.

Nieumiejętność panny Izabeli w opiekowaniu się chorymi w przykry sposób

uderzyła Wokulskiego. Ale tylko na chwilę. Powoli pan Tomasz zupełnie

odzyskał siły. Obfity pot wystąpił na czoło, głos wzmocnił się i tylko sieć

czerwonych żyłek na oczach świadczyła jeszcze o minionym ataku. Przeszedł

się nawet po pokoju, przeciągnął się i zaczął:

256

– A... nie masz pojęcia, panie Stanisławie, jak się dziś zirytowałem. Czy dasz

wiarę? dom mój sprzedano za dziewięćdziesiąt tysięcy!...

Wokulski drgnął.

– Byłem pewny – mówił pan Łęcki – że wezmę choć ze sto dziesięć tysięcy... Już

na sali słyszałem dokoła siebie głosy, że kamienica warta sto dwadzieścia... Ale

cóż – zapragnął kupić ją Żyd, podły lichwiarz, ten Szlangbaum... Porozumiał się

z konkurentami, a kto wie, czy i nie z moim adwokatem, i – straciłem

dwadzieścia albo trzydzieści tysięcy...

Teraz Wokulski wyglądał na apoplektyka, ale milczał.

– A tak rachowałem – prawił pan Łęcki – że od pięćdziesięciu tysięcy dasz mi z

dziesięć tysięcy rocznie. Na utrzymanie domu wychodzi mi sześć do ośmiu

tysięcy, więc za resztę moglibyśmy z Belą co roku wyjeżdżać za granicę.

Obiecałem nawet dziecku, że za tydzień pojedziemy do Paryża... Akurat!...

Sześć tysięcy rubli ledwie wystarczą na nędzne istnienie, a o podróżach ani

myśleć... Nikczemny Żyd...Nikczemne społeczeństwo, które tak ulega

lichwiarzom, że nie śmie z nimi walczyć nawet przy licytacji... A co mnie

najwięcej boli, powiem ci, to okoliczność, że za tym nędznym Szlangbaumem

może ukrywać się jaki chrześcijanin, nawet arystokrata...

Głos znowu zaczął mu się stłumiać i znowu na twarz wystąpiło sinawe

zabarwienie. Usiadł i napił się wody.

– Podli!... podli!.. – szeptał.

– Niech się pan uspokoi – rzekł Wokulski. – Ile mi pan da gotówką?

– Prosiłem adwokata naszego księcia (bo mój adwokat to łajdak), ażeby odebrał

należną mi sumę i tobie doręczył ją, panie Stanisławie...Razem trzydzieści

tysięcy. A że obiecujesz mi od nich dwadzieścia procent, więc mam sześć

tysięcy rubli rocznie na całe utrzymanie. Nędza... ruina!...

– Sumę pańską – odpowiedział Wokuĺski – mogę umieścić w lepszym interesie.

Będzie pan miał dziesięć tysięcy rocznie...

– Co mówisz?...

– Tak. Trafia mi się wyjątkowa okazja...

Pan Tomasz zerwał się z fotelu.

– Zbawco... dobrodzieju!... – mówił wzruszonym głosem. – Jesteś

najszlachetniejszym z ludzi... Ale – dodał cofając się i rozkładając ręce – czy

tylko ty nie stracisz?...

– Ja?... Przecież jestem kupcem.

– Kupiec!... Także mi mów!... – zawołał pan Tomasz: – Dzięki tobie przekonałem

się, że wyraz kupiec jest dziś synonimem wielkoduszności, delikatności,

bohaterstwa... zacny!...

I rzucił mu się na szyję, omal nie płacząc. Wokulski po raz trzeci usadowił go na

fotelu, a w tej chwili zapukano do drzwi.

– Proszę.

Wszedł Henryk Szlangbaum, blady, z błyskawicami w oczach. Stanął przed

panem Tomaszem i kłaniając mu się rzekł:

257

– Panie – ja jestem Szlangbaum, właśnie syn tego „podłego” lichwiarza, na

którego pan tyle wymyślał w sklepie przy moich kolegach i gościach...

– Panie... nie wiedziałem... wszelką satysfakcję jestem gotów...a najpierwej -

przepraszam... Byłem bardzo zirytowany... – mówił wzruszony pan Tomasz.

Szlangbaum uspokoił się.

– Proszę pana – odparł – zamiast dawać mi satysfakcję, niech pan posłucha, co

powiem. Dlaczego mój ojciec kupił pański dom? o tona dziś mniejsza. Że zaś

pana nie oszukał – dam stanowczy dowód. Ojciec natychmiast odstąpi panu ten

dom za dziewięćdziesiąt tysięcy...Więcej powiem – wybuchnął – nabywca odda

go panu za siedemdziesiąt...

– Henryku!... – wtrącił Wokulski.

– Już skończyłem. Żegnam pana – odpowiedział Szlangbaum i nisko ukłoniwszy

się panu Tomaszowi wyszedł z pokoju.

– Co za przykra farsa! – odezwał się po chwili pan Tomasz. -Istotnie,

wypowiedziałem w sklepie parę gorzkich wyrazów o starym Szlangbaumie, ale

pod słowem, nie wiedziałem, że jego syn tu jest... Zwróci mi dom za

siedemdziesiąt tysięcy, za który dal dziewięćdziesiąt... Paradny!... Cóż ty na to,

panie Stanisławie?..

– Może dom naprawdę wart tylko dziewięćdziesiąt... – nieśmiało odpowiedział

Wokulski. Pan Tomasz zaczął zapinać na sobie odzież i krawat.

– Dziękuję ci, panie Stanisławie – mówił – i za pomoc, i za zajęcie się moimi

interesami... Co za farsa z tym Szlangbaumem!... Ale... ale... Belcia prosi cię

jutro na obiad... Pieniądze odbierz od adwokata naszego księcia, a co do

procentu, który będziesz łaskaw...

– Wypłacę go natychmiast z góry za pół roku.

– Bardzo ci wdzięczny jestem – ciągnął pan Tomasz całując go w oba policzki. -

No, do widzenia zatem, do jutra... A nie zapomnij o obiedzie...

Wokulski wyprowadził go przez podwórze do bramy, gdzie już czekał powóz.

– Straszny upał! – mówił pan Tomasz, z trudnością przy pomocy Wokulskiego

siadając do powozu. – Cóż znowu za farsa z tymi Żydami?... Dał

dziewięćdziesiąt tysięcy; a gotów odstąpić za siedemdziesiąt... Pocieszne...

słowo honoru!...

Konie ruszyły w stronę Alei Ujazdowskiej. W drodze do domu pan Tomasz był

odurzony. Nie czuł upału, tylko ogólne osłabienie i szum w uszach. Chwilami

zdawało mu się, że każdym okiem widzi inaczej albo że obydwoma widzi

gorzej. Oparł się w rogu powozu chwiejąc się za każdym silniejszym ruchem jak

pijany.

Myśli i uczucia plątały mu się w dziwny sposób. Czasem wyobrażał sobie, że

jest otoczony siecią intryg, z której wydobyć go może tylko Wokulski. To

znowu, że jest ciężko chory i że tylko Wokulski pielęgnować by go potrafił. To

znowu, że umrze zostawiając zubożałą i od wszystkich opuszczoną córkę, którą

zaopiekować by się mógł tylko Wokulski. A nareszcie pomyślał, że dobrze jest

258

mieć własny powóz, tak lekko niosący jak ten, którym jedzie – i – że gdyby

poprosił Wokulskiego, on zrobiłby mu z niego prezent.

„Straszny upał!” – mruknął pan Tomasz.

Konie stanęły przed domem, pan Tomasz wysiadł i nawet nie kiwnąwszy głową

stangretowi poszedł na górę. Ledwie wlókł ociężałe nogi, a gdy znalazł się w

swym gabinecie, padł na fotel w kapeluszu i tak siedział parę minut ku

najwyższemu zdumieniu służącego, który uznała za stosowne poprosić

panienkę.

– Musiał dobrze pójść interes – rzekł do panny Izabeli – bo jaśnie pan coś... jakby

trochę tego... Panna Izabela, która mimo pozornego chłodu z największą

niecierpliwością oczekiwała na powrót ojca i rezultat licytacji domu, poszła do

gabinetu o tyle szybko, o ile można to było pogodzić z zasadami przyzwoitości.

Zawsze bowiem pamiętała, że pannie z jej nazwiskiem nie wolno zdradzać

żywszych uczuć, nawet wobec bankructwa. Pomimo przecież jej panowania nad

sobą Mikołaj poznał (z silnych wypieków na twarzy), że jest wzruszona, i

jeszcze raz dodał półgłosem:

– O! dobrze musiał pójść interes, bo jaśnie pan... tego... Panna Izabela

zmarszczyła piękne czoło i zatrzasnęła za sobą drzwi gabinetu. Jej ojciec wciąż

siedział w kapeluszu na głowie.

– Cóż, ojcze? – spytała z odcienim niesmaku, patrząc w jego czerwone oczy.

– Nieszczęście... ruina!... – odparł pan Tomasz z trudem zdejmując kapelusz. -

Straciłem trzydzieści tysięcy rubli...

Panna Izabela pobladła i usiadła na skórzanym szezlongu.

– Podły Żyd, lichwiarz, odstraszył konkurentów, przekupił adwokata i...

– Więc już nic nie mamy?... – szepnęła. – Jak to nic?... Mamy trzydzieści tysięcy

rubli, a od nich dziesięć tysięcy rubli procentu... Zacny ten Wokulski!... Nie

miałem pojęcia o podobnej szlachetności... A gdybyś wiedziała. jak on mnie

dziś pielęgnował...

– Dlaczego pielęgnował?...

– Miałem mały atak z gorąca i irytacji...

– Jaki atak?.. – Krew uderzyła mi do głowy... ale to już przeszło... Podły

Żyd...no, ale Wokulski – powiadam ci, że to coś nadludzkiego.

Zaczął płakać.

– Papo, co tobie?... Ja poszlę po doktora.... – zawołała panna Izabela klękając

przed fotelem.

– Nic, nic... uspokój się... Pomyślałem tylko, że gdybym umarł, Wokulski jest

jedynym człowiekiem, któremu mogłabyś zaufać...

– Nie rozumiem... – Chciałaś powiedzieć: nie poznajesz mnie, prawda?... Dziwi

cięto, że twój los mógłbym powierzyć kupcowi?... Ale widzisz... kiedy w

nieszczęściu jedni sprzysięgli się przeciw nam, inni opuścili nas, on pospieszył z

pomocą, a może mi nawet życie uratował... My, apoplektycy, niekiedy bardzo

blisko ocieramy się o śmierć... Więc gdy mnie cucił, pomyślałem, kto by się

259

tobą uczciwie zaopiekował? Bo nie Joasia ani Hortensja, ani nikt... Tylko

majętne sieroty znajdują opiekunów...

Panna Izabela spostrzegłszy, że ojciec stopniowo odzyskuje siły i władzę nad

sobą, powstała z klęczek i usiadła na szezlongu.

– Zatem, ojcze, jakąż rolę przeznaczasz temu panu? – spytała chłodno.

– Rolę? powtórzył przypatrując się jej uważnie.

– Rolę...doradcy... przyjaciela domu... opiekuna... Opiekuna tego mająteczku,

jaki by ci pozostał...

– O, pod tym względem ja go już dawniej oceniłam. Jest to człowiek energiczny

i przywiązany do nas... Zresztą mniejsza z tym – dodała po chwili. – Jakże papo

skończył z kamienicą?

– Mówię ci jak. Łotr Żyd dał dziewięćdziesiąt tysięcy, więc nam zostało

trzydzieści. A że poczciwy Wokulski będzie mi płacił od tej sumy dziesięć

tysięcy... Trzydzieści trzy procent, wyobraź sobie. – Jak to trzydzieści trzy? -

przerwała panna Izabela. – Dziesięć tysięcy to dziesięć procent...

– Ale gdzież znowu! Dziesięć od trzydziestu to znaczy trzydzieści trzy procent.

Wszakże procent znaczy: pro centum – „za sto”, rozumiesz?

– Nie rozumiem – odpowiedziała panna Izabela potrząsając głową.

– Rozumiem, że dziesięć to znaczy dziesięć; ale. jeżeli w języku kupieckim

dziesięć nazywa się trzydzieści trzy, to niech i tak będzie.

– Widzisz, że nie rozumiesz. Zaraz wyjaśniłbym ci to, ale – takim znużony, że

się trochę prześpię...

– Może posłać po doktora? – spytała panna Izabela podnosząc się z siedzenia. -

Boże uchowaj!... – zawołał pan Tomasz i zatrząsł rękoma. – Niechbym się tylko

wdał w doktorów, a z pewnością bym nie żył...

Panna Izabela nie nalegała dłużej; ucałowała ojca w rękę i w czoło i poszła do

swego buduaru, głęboko zadumana.

Niepokój trapiący ją od kilku dni: jak się skończy licytacja? opuścił ją tak, że

śladu nie zostało po nim. Więc mają jeszcze dziesięć tysięcy rubli rocznie i

trzydzieści tysięcy rubli gotówką?... Zatem pojadą na wystawę paryską, potem

może do Szwajcarii, a na zimę znowu do Paryża. Nie!... Na zimę wrócą do

Warszawy, ażeby znowu otworzyć dom. I jeżeli znajdzie się jaki majętny

człowiek, niestary i niebrzydki (jak na przykład baron albo marszałek... br!...),

wreszcie nie parweniusz i niegłupi... (No, głupi może sobie być; w ich

towarzystwie mądrym jest tylko Ochocki, a i to dziwak!) Jeżeli znajdzie się taki

epuzer – panna Izabela zdecyduje się ostatecznie...

„Wyborny jest papa z tym Wokulskim!” – myślała panna Izabela chodząc tam i

na powrót po swoim gabinecie.

Wokulski moim opiekunem!... Wokulski może być bardzo dobrym doradcą,

plenipotentem, zresztą opiekunem majątku... Ale tytuł opiekuna może nosić

tylko książę, zresztą nasz kuzyn i dawny przyjaciel rodziny ...”

Wciąż chodziła po pokoju tam i na powrót ze skrzyżowanymi na piersiach

rękoma i nagle przyszło jej na myśl: skąd ojciec tak dziś rozczulił się nad

260

Wokulskim?... Jaką czarodziejską siłą ten człowiek pozyskawszy całe jej

otoczenie obecnie zdobył już ostatnią pozycję, ojca!... Ojciec, pan Tomasz

Łęcki, płakał... On, z którego oczu od śmierci matki nie stoczyła się ani jedna

łza...

„Muszę jednak przyznać, że jest to bardzo dobry człowiek – rzekła w sobie. -

Rossi nie byłby tak zadowolony z Warszawy, gdyby nie troskliwość

Wokulskiego. No, ależ moim opiekunem, nawet w razie nieszczęścia, nie

będzie... Co do majątku, owszem, niech nim rządzi; ale opiekunem!... Ojciec

musi być ogromnie osłabiony, jeżeli wpadł na podobną kombinację...” Około

szóstej wieczorem panna Izabela będąc w salonie usłyszała dzwonek w

przedpokoju, a potem niecierpliwy głos Mikołaja:

– Mówiłem: jutro przyjść, bo dziś pan chory.

– Co ja zrobię, kiedy pan jak ma pieniądze, to jest chory, a jak jest zdrów, to nie

ma pieniędzy?... – odpowiedział inny głos nieco zacinający z żydowska.

W tej chwili rozległ się w przedpokoju szelest kobiecej sukni i wbiegła panna

Florentyna mówiąc:

– Cicho!.. na Boga, cicho!... Niech pan Szpigelman przyjdzie jutro...Przecież pan

Szpigelman wie, że są pieniądze...

– Właśnie ja dlatego dzisiaj przychodzę już trzeci raz. A jutro przyjdą inni i ja

znów będę czekał... Krew uderzyła do głowy pannie Izabeli, która nie zdając

sobie sprawy z tego, co robi, nagle weszła do przedpokoju.

– Co to jest?... – zapytała panny Florentyny.

Mikołaj wzruszył ramionami i na palcach wyszedł do kuchni.

– To ja jestem, panno hrabianko... Dawid Szpigelman – odpowiedział niewielki

człowiek z czarnym zarostem i w czarnych okularach.– Ja do pana hrabiego

przyszedłem na mały interes... – Kochana Belu... – odezwała się panna

Florentyna chcąc wyprowadzić kuzynkę.

Ale panna Izabela wyrwała się jej z rąk i zobaczywszy, że gabinet ojca jest

wolny, kazała tam wejść Szpigelmanowi.

– Zastanów się, Belu, co robisz?... – upominała ją panna Florentyna.

– Chcę raz dowiedzieć się prawdy – rzekła panna Izabela.

Zamknęła drzwi gabinetu, siadła na fotelu i patrząc w okulary Szpigelmanowi

zapytała:

– Jaki interes ma pan do mego ojca?

– Przepraszam pannę hrabiankę – odpowiedział przybysz kłaniając się – to jest

bardzo mały interes. Ja tylko chcę odebrać moje pieniądze...

– Ile?

– Zbierze się może z osiemset rubli...

– Dostanie pan jutro.

– Przepraszam pannę hrabiankę, ale ja już od pół roku co tydzień dostaję same

tylko jutro, a nie widzę ani procentu, ani kapitału.

Panna Izabela poczuła brak oddechu i ściskanie serca. Wnet jednakże

zapanowała nad sobą.

261

– Pan wiesz, że ojciec mój odbiera trzydzieści tysięcy rubli... Prócz tego

(mówiła, sama nie wiedząc dlaczego!) będziemy mieli dziesięć tysięcy rocznie...

Pańska sumka przepaść nie może, chyba pan rozumie...

– Skąd dziesięć?... – spytał Żyd i zuchwale podniósł głowę

– Jak to skąd? – odparła oburzona. – Procent od naszego majątku.

– Od trzydziestu tysięcy?... – wtrącił Żyd z uśmiechem, myśląc, że chcą go

wyprowadzić w pole.

– Tak.

– Przepraszam pannę hrabiankę – ironicznie odparł Szpigelman – ja dawno robię

pieniędzmi, ale takiego procentu nigdy nie widziałem. Od trzydziestu tysięcy

pan hrabia może mieć trzy tysiące, i jeszcze na bardzo niepewnej hipotece. Ale

co mnie do tego... Mój interes jest, żebym ja odebrał moje pieniądze. Bo jak

jutro przyjdą inni, to oni znowu będą lepsi od Dawida Szpigelmana, a jak pan

hrabia resztę odda na procent, to ja będę musiał czekać rok...

Panna Izabela zerwała się z fotelu.

– Więc ja pana zapewniam, że jutro dostaniesz pieniądze! – zawołała patrząc na

niego z pogardą.

– Słowo? – spytał Żyd delektując się w duszy jej pięknością.

– Słowo daję, że jutro będziecie wszyscy spłaceni... Wszyscy, i to co do

grosza!...

Żyd ukłonił się do ziemi i cofając się tyłem, opuścił gabinet.

– Zobaczę, jak panna hrabianka dotrzyma słowa... – rzekł na odchodnym.

Stary Mikołaj znowu był w przedpokoju i z taką gracją otworzył drzwi

Szpigelmanowi, że ten już z sieni zawołał:

– Co się pan tak rozbijasz, panie kamerdyner?...

Blada z gniewu panna Izabela biegła do sypialni ojca. Zastąpiła jej drogę panna

Florentyna.

– Dajże spokój, Belciu – mówiła składając ręce – ojciec taki chory...

– Zapewniłam tego człowieka, że wszystkie długi będą spłacone, i muszą być

spłacone... Choćbyśmy mieli nie jechać do Paryża...

Właśnie pan Tomasz w pantoflach i bez surduta z wolna przechadzał się po

sypialni, kiedy weszła córka. Spostrzegła, że ojciec wygląda bardzo mizernie, że

ma obwisłe ramiona, obwisłe siwe wąsy, obwisłe powieki i jest pochylony jak

starzec; ale uwagi te powstrzymały ją tylko od wybuchu, nie zaś od załatwienia

interesu.

– Przepraszam cię, Belu, że mnie widzisz w takim negliżu... Cóż się stało?...

– Nic, ojcze – odparła hamując się. – Był tu jakiś Żyd...

– Ach, pewnie ten Szpigelman... Dokuczliwa bestia jak komar w lesie!... -

zawołał pan Tomasz chwytając się za głowę. – Niech jutro przyjdzie...

– Właśnie przyjdzie, on i... inni...

– Dobrze... bardzo dobrze... Dawno już myślałem załatwić ich...No, chwała

Bogu, że ochłodziło się chociaż trochę...

262

Panna Izabela była zdumiona spokojem ojca i jego złym wyglądem. Zdawało

się, że od południa przybyło mu kilka lat wieku. Usiadła na krześle i oglądając

się po sypialni spytała jakby od niechcenia:

– Dużo im papo winien?

– Niewiele... drobiazg... parę tysięcy rubli...

– To są te pieniądze, o których mówiła ciotka, że je ktoś w marcu wykupił?..

Pan Łęcki stanął na środku pokoju i strzeliwszy palcami zawołał:

– A bodajże cię!... O tamtych na śmierć zapomniałem...

– Zatem mamy więcej długów niż parę tysięcy?... – Tak... tak... Trochę więcej...

Myślę, że pięć do sześciu tysięcy... Poproszę poczciwego Wokulskiego, to mi to

załatwi...

Panna Izabela mimo woli wstrząsnęła się.

– Szpigelman mówił – rzekła po chwili – że od naszej sumy nie można mieć

dziesięciu tysięcy rubli procentu. Najwyżej trzy tysiące, i to na niepewnej

hipotece...

– Ma rację – na hipotece, ale przecież handel to nie hipoteka... Handel może dać

trzydzieści od trzydziestu... Ale... a skąd Szpigelman wie o naszym procencie? -

spytał pan Tomasz zamyśliwszy się nieco.

– Ja mu powiedziałam niechcący... – tłomaczyła się zarumieniona panna Izabela.

– Szkoda, żeś mu to powiedziała... wielka szkoda!... o takich rzeczach lepiej nie

mówić...

– Czy to co złego? – szepnęła.

– Złego?... No, nic złego, mój Boże... Ale zawsze lepiej, gdy ludzie nie znają ani

wysokości, ani źródła dochodów... Baron, wreszcie sam marszałek nie mieliby

reputacji milionerów i filantropów, gdyby znano wszystkie ich sekreta...

– Dlaczegóż to, ojcze?... – Dziecko jeszcze jesteś – mówił nieco zakłopotany pan

Tomasz – jesteś idealistka, więc... mogłoby cię to zrazić do nich... Ale masz

przecie rozum. Baron, widzisz, utrzymuje jakąś spółkę z lichwiarzami, a fortuna

marszałka urosła głównie ze szczęśliwych pogorzeli, no... i trochę z handlu

bydłem w czasie wojny sewastopolskiej...

– Więc tacy są moi konkurenci?... – szepnęła panna Izabela.

– To nic nie znaczy, Belu!... Mają pieniądze i duży kredyt, a to główna rzecz -

uspakajał ją pan Tomasz.

Panna Izabela potrząsnęła głową, jakby chcąc odpędzić przykre myśli.

– Więc my, papo, już nie pojedziemy do Paryża...

– Dlaczego, moje dziecko, dlaczego?...

– Jeżeli papo zapłaci pięć albo sześć tysięcy tym Żydom...

– O to się nie lękaj. Poproszę Wokulskiego, ażeby wystarał mi się o taką sumę

na sześć albo na siedem procent, i będziemy płacili na jej rzecz jakieś czterysta

rubli rocznie. No, a mamy przecie dziesięć tysięcy.

Panna Izabela zwiesiła głowę i cicho przebierając palcami po stole, dumała.

– Czy ty, ojcze – rzekła po namyśle – nie obawiasz się Wokulskiego?...

263

– Ja?... – krzyknął pan Tomasz i pięściami uderzył się w piersi. – Ja obawiam się

Joasi, Hortensji, nawet naszego księcia i zresztą ich wszystkich razem, ale nie

Wokulskiego. Gdybyś widziała, jak on dziś obcierał mnie wodą kolońską... A z


    Ваша оценка произведения:

Популярные книги за неделю