Текст книги "Lalka"
Автор книги: Bolesław Prus
сообщить о нарушении
Текущая страница: 4 (всего у книги 55 страниц) [доступный отрывок для чтения: 20 страниц]
pokocha, a na co się jeszcze nie zanosi, a oświadczyny jakiegoś amerykańskiego
milionera zbyła wybuchem śmiechu.
Takie postępowanie na kilka lat wytworzyło dokoła panny pustkę. Podziwiano
ją i wielbiono, ale z daleka; nikt bowiem nie chciał narażać się na szyderczą
odmowę.
Po przejściu pierwszego niesmaku panna Izabela zrozumiała, że małżeństwo
trzeba przyjąć takim, jakie jest. Była już zdecydowana wyjść za mąż, pod tym
wszakże warunkiem, aby przyszły towarzysz – podobał się jej, miał piękne
nazwisko i odpowiedni majątek. Rzeczywiście, trafiali się jej ludzie piękni,
majętni i utytułowani; na nieszczęście jednak, żaden nie łączył w sobie
wszystkich trzech warunków, więc – znowu upłynęło kilka lat.
Nagle rozeszły się wieści o złym stanie interesów pana Tomasza i – z całego
legionu konkurentów – zostało pannie Izabeli tylko dwu poważnych : pewien
baron i pewien marszałek, bogaci, ale starzy.
Teraz spostrzegła panna Izabela, że w wielkim świecie usuwa jej się grunt pod
nogami, więc zdecydowała się obniżyć skalę wymagań. Ale że baron i
marszałek, pomimo swoich majątków budzili w niej niepokonaną odrazę, więc
odkładała stanowczą decyzję z dnia na dzień. Tymczasem pan Tomasz zerwał z
towarzystwem. Marszałek nie mogąc się doczekać odpowiedzi wyjechał na
wieś, strapiony baron za granicę i – panna Izabela pozostała kompletnie samą.
Wprawdzie wiedziała, że każdy z nich wróci na pierwsze zawołanie, ale -
którego tu wybrać ?... jak przytłumić wstręt ?... Nade wszystko zaś, czy podobna
robić z siebie taką ofiarę mając niejaką pewność, że kiedyś odzyska majątek, i
wiedząc, że wówczas znowu będzie mogła wybierać. Tym razem już wybierze,
poznawszy, jak ciężko jej żyć poza towarzystwem salonów...
Jedna rzecz w wysokim stopniu ułatwiała jej wyjście za mąż dla stanowiska.
Oto panna Izabela nigdy. nie była zakochaną. Przyczyniał się do tego jej
chłodny temperament, wiara, że małżeństwo obejdzie się bez poetycznych
dodatków, nareszcie miłość idealna, najdziwniejsza, o jakiej słyszano.
Raz zobaczyła w pewnej galerii rzeźb posąg Apollina, który na niej zrobił tak
silne wrażenie, że kupiła piękną jego kopię i ustawiła w swoim gabinecie.
Przypatrywała mu się całymi godzinami, myślała o nim i... kto wie, ile
pocałunków ogrzało ręce i nogi marmurowego bóstwa ?... I stał się cud:
pieszczony przez kochającą kobietę głaz ożył. A kiedy pewnej nocy zapłakana
36
usnęła, nieśmiertelny zstąpił ze swego piedestału i przyszedł do niej w
laurowym wieńcu na głowie, jaśniejący mistycznym blaskiem.
Siadł na krawędzi jej łóżka, długo patrzył na nią oczyma, z których przeglądała
wieczność, a potem objął ją w potężnym uścisku i pocałunkami białych ust
ocierał łzy i chłodził jej gorączkę.
Odtąd nawiedzał ją coraz częściej i omdlewającej w jego objęciach szeptał on,
bóg światła, tajemnice nieba i ziemi, jakich dotychczas nie wypowiedziano w
śmiertelnym języku. A przez miłość dla niej sprawił jeszcze większy cud, gdyż
w swym boskim obliczu kolejno ukazywał jej wypiększone rysy tych ludzi,
którzy kiedykolwiek zrobili na niej wrażenie.
Raz był podobnym do odmłodzonego jenerała-bohatera, który wygrał bitwę i z
wyżyn swego siodła patrzył na śmierć kilku tysięcy walecznych. Drugi raz
przypominał twarzą najsławniejszego tenora, któremu kobiety rzucały kwiaty
pod nogi, a mężczyźni wyprzęgali konie z powozu. Inny raz był wesołym i
pięknym księciem krwi jednego z najstarszych domów panujących ; inny raz
dzielnym strażakiem, który za wydobycie trzech osób z płomieni na piątym
piętrze dostał legię honorową ; inny raz był wielkim rysownikiem, który
przytłaczał świat bogactwem swojej fantazji, a inny raz weneckim gondolierem
albo cyrkowym atletą nadzwyczajnej urody i siły.
Każdy z tych ludzi przez pewien czas zaprzątał tajemne myśli panny Izabeli,
każdemu poświęcała najcichsze westchnienia rozumiejąc, że dla tych czy innych
powodów kochać go nie może, i – każdy z nich za sprawą bóstwa ukazywał się
w jego postaci, w półrzeczywistych marzeniach. A od tych widzeń oczy panny
Izabeli przybrały nowy wyraz– jakiegoś nadziemskiego zamyślenia. Niekiedy
spoglądały one gdzieś ponad ludzi i poza świat; a gdy jeszcze jej popielate
włosy na czole ułożyły się tak dziwnie, jakby je rozwiał tajemniczy podmuch,
patrzącym zdawało się, że widzą anioła albo świętą.
Przed rokiem w jednej z takich chwil zobaczył pannę Izabelę Wokulski. Odtąd
serce jego nie zaznało spokoju.
Prawie w tym samym czasie pan Tomasz zerwał z towarzystwem i na znak
swoich rewolucyjnych usposobień zapisał się do Resursy Kupieckiej. Tam z
pomiatanymi niegdyś garbarzami, szczotkarzami i dystylatorami grywał w
wista, głosząc na prawo i na lewo, że arystokracja nie powinna zasklepiać się w
wyłączności, ale przodować oświeconemu mieszczaństwu, a przez nie
narodowi. Za co wywzajemniając się, dumni dziś garbarze, szczotkarze i
dystylatorzy raczyli przyznawać, że pan Tomasz jest jedynym arystokratą, który
pojął swe obowiązki względem kraju i spełnia je sumiennie. Mogli byli dodać:
spełnia co dzień od dziewiątej wieczór do północy.
I kiedy w ten sposób pan Tomasz dźwigał jarzmo stanowiska, panna Izabela
trawiła się w samotności i ciszy swego pięknego lokalu. Nieraz Mikołaj już
twardo drzemał w fotelu, panna Florentyna, zatkawszy sobie uszy watą, na
dobre spała, a do pokoju panny Izabeli sen jeszcze nie zapukał, odpędzany przez
wspomnienia. Wtedy zrywała się z łóżka i odziana w lekki szlafroczek całymi
37
godzinami chodziła po salonie, gdzie dywan głuszył jej kroki i tylko tyle było
światła, ile go rzucały dwie skąpe latarnie uliczne.
Chodziła, a w ogromnym pokoju tłoczyły się jej smutne myśli i widziadła osób,
które tu kiedyś bywały. Tu drzemie stara księżna; tu dwie hrabiny informują się
u prałata: czy można dziecko ochrzcić wodą różaną? Tu rój młodzieży zwraca
ku niej tęskne spojrzenia albo udanym chłodem usiłuje podniecić w niej
ciekawość; a tam girlanda panien, które pieszczą ją wzrokiem, podziwiają albo
jej zazdroszczą. Pełno świateł, szelestów, rozmów, których większa część, jak
motyle około kwiatów, krążyły około jej piękności. Gdzie ona się znalazła, tam
obok niej wszystko bladło; inne kobiety były jej tłem, a mężczyźni
niewolnikami.
I to wszystko przeszło!... I dziś w tym salonie – chłodno; ciemno i pusto... Jest
tylko ona i niewidzialny pająk smutku, który zawsze zasnuwa szarą siecią te
miejsca, gdzie byliśmy szczęśliwi i skąd szczęście uciekło. Już uciekło!... Panna
Izabela wyłamywała sobie palce, ażeby pohamować się od łez, których wstyd jej
było nawet w pustce i w nocy.
Wszyscy ją opuścili, z wyjątkiem – hrabiny Karolowej, która kiedy wezbrał jej
zły humor, przychodziła tu i szeroko zasiadłszy na kanapie, prawiła wśród
westchnień :
– Tak, droga Belciu, musisz przyznać, że popełniłaś kilka błędów nie do
darowania. Nie mówię o Wiktorze Emanuelu, bo tamto był przelotny kaprys
króla – trochę liberalnego i zresztą bardzo zadłużonego. Na takie stosunki trzeba
mieć więcej – nie powiem: taktu, ale – doświadczenia – ciągnęła hrabina,
skromnie spuszczając powieki. – Ale wypuścić czy – jeżeli chcesz – odrzucić
hrabiego Saint-Auguste, to już daruj!.. Człowiek młody, majętny, bardzo
dobrze, i jeszcze z taką karierą!... Teraz właśnie przewodniczy jednej deputacji
do Ojca świętego i zapewne dostanie specjalne błogosławieństwo dla całej
rodziny, no – a hrabia Chambord nazywa go cher cousin... Ach, Boże!
– Myślę, ciociu, że martwić się tym już za późno – wtrąciła panna Izabela.
– Alboż ja chcę cię martwić, biedne dziecko! I bez tego czekają cię ciosy, które
ukoić może tylko głęboka wiara. Zapewne wiesz, że ojciec stracił wszystko,
nawet resztę twego posagu ?
– Cóż ja na to poradzę ?
– A jednak ty tylko możesz radzić i powinnaś – mówiła hrabina z naciskiem. -
Marszałek nie jest wprawdzie Adonisem, no – ale... Gdyby nasze obowiązki
były do spełnienia łatwe, nie istniałaby zasługa. Zresztą, mój Boże, któż nam
broni mieć na dnie duszy jakiś ideał, o którym myśl osładza najcięższe chwile ?
Na koniec, mogę cię zapewnić, że położenie pięknej kobiety, mającej starego
męża, nie należy do najgorszych. Wszyscy interesują się nią, mówią o niej,
składają hołdy jej poświęceniu, a znowu stary mąż jest mniej wymagający od
męża w średnim wieku...
– Ach, ciociu...
38
– Tylko bez egzaltacji, Belciu! Nie masz lat szesnastu i na życie musisz patrzeć
serio. Nie można przecie dla jakiejś idiosynkrazji poświęcić bytu ojca, a choćby
Flory i waszej służby. Wreszcie pomyśl, ile ty, przy twym szlachetnym
serduszku, mogłabyś zrobić dobrego rozporządzając znacznym majątkiem.
– Ależ, ciociu, marszałek jest obrzydliwy. Jemu nie żony trzeba, ale niańki, która
by mu ocierała usta.
– Nie upieram się przy marszałku, więc baron...
– Baron jeszcze starszy, farbuje się, różuje i ma jakieś plamy na rękach.
Hrabina podniosła się z kanapy.
– Nie nalegam, moja droga, nie jestem swatką, to należy do pani Meliton.
Zwracam tylko uwagę, że nad ojcem wisi katastrofa.
– Mamy przecie kamienicę.
– Którą sprzedają najdalej po św. Janie, tak że nawet twoja suma spadnie.
– Jak to – dom, który kosztował sto tysięcy, sprzedadzą za sześćdziesiąt ?...
– Bo on niewart więcej, bo ojciec za dużo wydał. Wiem to od budowniczego,
który oglądał go z polecenia Krzeszowskiej.
– Więc w ostateczności mamy serwis... srebra... – wybuchnęła panna Izabela
załamując ręce.
Hrabina ucałowała ją kilkakrotnie.
– Drogie, kochane dziecko – mówiła łkając – że też właśnie ja muszę tak ranić ci
serce!... Słuchaj więc... Ojciec ma jeszcze długi wekslowe, jakieś parę tysięcy
rubli. Otóż te długi... uważasz... te długi ktoś skupił... kilka dni temu, w końcu
marca. Domyślamy się, że to zrobiła Krzeszowska...
– Cóż za nikczemność! – szepnęła panna Izabela. – Ale mniejsza o nią... Na
pokrycie paru tysięcy rubli wystarczy mój serwis i srebra.
– Są one warte bez porównania więcej, ale – kto dziś kupi rzeczy tak kosztowne
?
– W każdym razie spróbuję – mówiła rozgorączkowana panna Izabela. –
Poproszę panią Meliton, ona mi to ułatwi...
– Zastanów się jednak, czy nie szkoda tak pięknych pamiątek.
Panna Izabela roześmiała się.
– Ach, ciociu... Więc mam wahać się pomiędzy sprzedaniem siebie i serwisu ?...
Bo na to, ażeby zabierano nam meble, nigdy nie pozwolę... Ach, ta
Krzeszowska... to wykupywanie weksli... co za ohyda!
– No, może to jeszcze nie ona.
– Więc chyba znalazł się jakiś nowy nieprzyjaciel, gorszy od niej.
– Może to ciotka Honorata – uspokajała ją hrabina – czy ja wiem ? Może chce
dopomóc Tomaszowi, ale zawieszając nad nim groźbę. Lecz bądź zdrowa, moje
kochane dziecię, adieu...
Na tym skończyła się rozmowa w języku polskim, gęsto ozdobionym
francuszczyzną, co robiło go podobnym do ludzkiej twarzy okrytej wysypką.
39
ROZDZIAŁ SZÓSTY:
W JAKI SPOSÓB NOWI LUDZIE UKAZUJĄ SIĘ NAD
STARYMI HORYZONTAMI
Początek kwietnia, jeden z tych miesięcy, które służą za przejście między zimą i
wiosną. Śnieg już zniknął, ale nie ukazała się jeszcze zieloność; drzewa są
czarne, trawniki szare i niebo szare: wygląda jak marmur poprzecinany
srebrnymi i złotawymi nitkami.
Jest około piątej po południu. Panna Izabela siedzi w swoim gabinecie i czyta
najnowszą powieść Zoli : Une page d'amour. Czyta bez uwagi, co chwilę
podnosi oczy, spogląda w okno i półświadomie formułuje sąd, że gałązki drzew
są czarne, a niebo szare. Znowu czyta, spogląda po gabinecie i półświadomie
myśli, że jej meble kryte błękitną materią i jej niebieski szlafroczek mają jakiś
szary odcień i że festony białej firanki są podobne do wielkich sopli śniegu.
Potem zapomina, o czym myślała w tej chwili, i pyta się w duchu: „O czym ja
myślałam?... Ach, prawda, o kweście wielkotygodniowej...” I nagle czuje ochotę
przejechania się karetą, a jednocześnie czuje żal do nieba, że jest takie szare, że
złotawe żyłki na nim są tak wąskie... Dręczy ją jakiś cichy niepokój, jakieś
oczekiwanie, ale nie jest pewna, na co czeka: czy na to, ażeby chmury się
rozdarły, czy na to, ażeby wszedł lokaj i wręczył jej list zapraszający na
wielkotygodniową kwestę? Już taki krótki czas, a jej nie proszą.
Znowu czyta powieść, ten rozdział, kiedy podczas gwiaździstej nocy p.
Rambaud naprawiał zepsutą lalkę małej Joasi, Helena tonęła we łzach
bezprzedmiotowego żalu, a opat Jouve radził, ażeby wyszła za mąż. Panna
Izabela odczuwa ten żal i kto wie, czy gdyby w tej chwili ukazały się na niebie
gwiazdy, zamiast chmur, czy nie rozpłakałaby się tak jak Helena. Wszak to już
ledwo parę dni do kwesty, a jej jeszcze nie proszą. Że zaproszą, o tym wie, ale
dlaczego zwłóczą?...
„Te kobiety, które zdają się tak gorąco szukać Boga, bywają niekiedy
nieszczęśliwymi istotami, których serce wzburzyła namiętność. Idą do kościoła,
ażeby tam wielbić mężczyznę” – mówi opat Jouve.
„Poczciwy opat, jak on chciał uspokoić tę biedną Helenę!” – myśli panna Izabela
i nagle odrzuca książkę. Opat Jouve przypomniał jej, że już od dwu miesięcy
haftuje pas do kościelnego dzwonka i że go jeszcze nie skończyła. Podnosi się z
fotelu i przysuwa do okna stolik z tamburkiem, z pudełkiem różnokolorowych
jedwabiów, z kolorowym deseniem ; rozwija pas i zaczyna gorliwie wyszywać
na nim róże i krzyże. Pod wpływem pracy w sercu budzi się otucha. Kto tak jak
ona służy kościołowi, nie może być zapomnianym przy wielkotygodniowej
kweście. Wybiera jedwabie, nawłóczy igły i szyje wciąż. Oko jej przebiega od
wzoru do haftu, ręka spada z góry na dół, wznosi się z dołu do góry ale w myśli
zaczyna rodzić się pytanie, dotyczące kostiumu na groby i toalety na Wielkanoc.
Pytanie to wkrótce zapełnia jej całą uwagę, zasłania oczy i zatrzymuje rękę.
40
Suknia, kapelusz, okrywka i parasolka, wszystko musi być nowe, a tu tak
niewiele czasu i nie tylko nic nie zamówione, ale nawet nie wybrane...
Tu przypomina sobie, że jej serwis i srebra już znajdują się u jubilera, że już
trafia się jakiś nabywca i że dziś lub jutro będą sprzedane. Panna Izabela czuje
ściśnięcie serca za serwisem i srebrami, lecz doznaje niejakiej ulgi na myśl o
kweście i nowej toalecie. Może mieć bardzo piękną, ale jaką?...
Odsuwa tamburek i ze stolika, na którym leżą Szekspir, Dante, album
europejskich znakomitości tudzież kilka pism, bierze „Le Moniteur de la Mode”
i zaczyna go przeglądać z największą uwagą. Oto jest toaleta obiadowa; oto
ubiory wiosenne dla panienek, panien, mężatek, młodych mężatek i ich matek!
oto suknie wizytowe, ceremonialne, spacerowe; sześć nowych form kapeluszy, z
dziesięć materiałów, kilkadziesiąt barw... Co tu wybrać, o Boże?... Niepodobna
wybierać bez naradzenia się z panną Florentyną i z magazynierką...
Panna Izabela z niechęcią odrzuca monitora mody i siada na szezlongu w
postaci półleżącej. Ręce splecione jak do modlitwy opiera na poręczy, głowę na
rękach i patrzy w niebo rozmarzonymi oczyma. Kwesta wielkotygodniowa,
nowa toaleta, chmury na niebie – wszystko miesza się w jej wyobraźni na tle
żalu za serwisem i lekkiego uczucia wstydu, że go sprzedaje.
„Ach, wszystko jedno!” – mówi sobie i znowu pragnie, ażeby chmury rozdarły
się choć na chwilę. Ale chmury zgęszczają się, a w jej sercu wzmaga się żal,
wstyd i niepokój. Spojrzenie jej pada na stolik stojący tuż obok szezlonga i na
książkę do nabożeństwa oprawną w kość słoniową. Panna Izabela bierze do rąk
książkę i powoli, kartka za kartką, wyszukuje w niej modlitwy: Acte de
résignation, a znalazłszy zaczyna czytać:
„ Que votre nom soit béni á jamais, bien qui avez voulu m'éprouver par cette
peine.”W miarę jak czyta, szare niebo wyjaśnia się, a przy ostatnich
słowach... ”et d'attendre en paix votre divin secours...” chmury pękają, ukazuje
się kawałek czystego błękitu, gabinet panny Izabeli napełnia się światłem, a jej
dusza spokojem. Teraz jest pewna, że modły jej zostały wysłuchane, że będzie
miała najpiękniejszą tualetę i najlepszy kościół do kwesty.
W tej chwili delikatnie otwierają się drzwi gabinetu; staje w nich panna
Florentyna, wysoka, czarno ubrana, nieśmiała, trzyma w dwu palcach list i
mówi cicho:
– Od pani Karolowej.
– Ach, w sprawie kwesty – odpowiada panna Izabela z czarującym uśmiechem. -
Cały dzień nie zaglądałaś do mnie, Florciu.
– Nie chcę ci przeszkadzać.
– W nudzeniu się?... – pyta panna Izabela. – Kto wie, czy nie byłoby nam weselej
nudzić się w jednym pokoju.
– List... – mówi nieśmiała osoba w czarnej sukni, wyciągając rękę do Izabeli.
– Znam jego treść – przerywa panna Izabela. – Posiedź trochę u mnie i jeżeli nie
zrobi ci subiekcji, przeczytaj ten list.
41
Panna Florentyna siada nieśmiało na fotelu, delikatnie bierze z biurka nożyk i z
największą ostrożnością przecina kopertę. Kładzie na biurku nożyk, potem
kopertę, rozwija papier i cichym, melodyjnym głosem czyta list pisany po
francusku:
„Droga Belu! wybacz, że odzywam się w sprawie, którą tylko ty i twój ojciec
macie prawo rozstrzygać. Wiem, drogie dziecię, że pozbywasz się twego
serwisu i sreber, sama mi zresztą o tym mówiłaś. Wiem też, że znalazł się
nabywca, który ofiarowuje wam pięć tysięcy rubli, moim zdaniem za mało, choć
w tych czasach trudno spodziewać się więcej. Po rozmowie jednak, jaką miałam
w tej materii z Krzeszowską, zaczynam lękać się, ażeby piękne te pamiątki nie
przeszły w niewłaściwe ręce.
Chciałabym temu zapobiec, proponuję ci więc, jeżeli zgodzisz się, trzy tysiące
rubli pożyczki na zastaw wspomnianego serwisu i sreber. Sądzę, że dziś
wygodniej będzie im u mnie, gdy ojciec twój znajduje się w takich kłopotach.
Odebrać je będziesz mogła, kiedy zechcesz, a w razie mojej śmierci nawet bez
zwracania pożyczki.
Nie narzucam się, tylko proponuję. Rozważ, jak ci będzie wygodniej, a nade
wszystko pomyśl o następstwach.
O ile cię znam, byłabyś boleśnie dotkniętą usłyszawszy kiedyś, że nasze
rodzinne pamiątki zdobią stół jakiego bankiera albo należą do wyprawy jego
córki.
Zasyłam ci tysiące pocałunków,
Joanna
P.S. Wyobraź sobie, co za szczęście spotkało moją ochronkę. Będąc wczoraj w
sklepie tego sławnego Wokulskiego przymówiłam się o mały datek dla sierot.
Liczyłam na jakie kilkanaście rubli, a on, czy uwierzysz, ofiarował mi tysiąc,
wyraźnie: tysiąc rubli, i jeszcze powiedział, że na moje ręce nie śmiałby złożyć
mniejszej sumy. Kilku takich Wokulskich, a czuję, że na starość zostałabym
demokratką.”
Panna Florentyna skończywszy list nie śmiała oderwać od niego oczu. Wreszcie
odważyła się i spojrzała: panna Izabela siedziała na szezlongu blada, z
zaciśniętymi rękami.
– Cóż ty na to, Florciu? – spytała po chwili.
– Myślę – odparła cicho zapytana – że pani Karolowa na początku listu
najtrafniej osądziła swoje stanowisko w tej sprawie.
– Co za upokorzenie! – szepnęła panna Izabela, nerwowo bijąc ręką w szezlong.
– Upokorzeniem jest proponować komuś trzy tysiące rubli na zastaw sreber, i to
wówczas, gdy obcy ofiarowują pięć tysięcy... Innego nie widzę.
– Jak ona nas traktuje... My chyba naprawdę jesteśmy zrujnowani...
– Ależ, Belciu!... – przerwała ożywiając się panna Florentyna. – Właśnie ten
cierpki list dowodzi, że nie jesteście zrujnowani. Ciotka lubi być cierpką, ale
42
umie oszczędzać nieszczęście. Gdyby wam groziła ruina, znaleźlibyście w niej
tkliwą i delikatną pocieszycielkę.
– Dziękuję za to.
– I nie potrzebujesz obawiać się tego. Jutro wpłynie nam pięć tysięcy rubli, za
które można prowadzić dom przez pół roku... choćby przez kwartał. Za parę
miesięcy...
– Zlicytują nam kamienicę...
– Prosta forma, i nic więcej. Owszem, możecie zyskać, podczas gdy dzisiaj
kamienica jest tylko ciężarem. No, a po ciotce Hortensji dostaniesz ze sto
tysięcy rubli. Zresztą – dodała po chwili panna Florentyna podnosząc brwi – ja
sama nie jestem pewna, czy i ojciec nie ma jeszcze majątku. Wszyscy są tego
zdania...
Panna Izabela wychyliła się z szezlonga i ujęła rękę panny Florentyny.
– Florciu – rzekła zniżając głos – komu ty to mówisz?... Więc naprawdę uważasz
mnie tylko za pannę na wydaniu, która nic nie widzi i niczego nie pojmuje?...
Myślisz, że nie wiem – domówiła jeszcze ciszej – że już miesiąc, jak pieniądze
na utrzymanie domu pożyczasz od Mikołaja...
– Może właśnie ojciec chce tego...
– Czy i tego chce, ażebyś mu co rano podkładała kilka rubli do pugilaresu?
Panna Florentyna spojrzała jej w oczy i poruszyła głową.
– Za dużo wiesz – odparła – ale nie wszystko. Już od dwu tygodni, może od
dziesięciu dni widzę, że ojciec miewa po kilkanaście rubli...
– Więc zaciąga długi...
– Nie. Ojciec nigdy nie zaciąga długów w mieście. Każdy wierzyciel przychodzi
z pożyczką do domu i w gabinecie ojca dostaje kwit albo procent. Nie znasz go
pod tym względem.
– Więc skądże teraz ma pieniądze?
– Nie wiem. Widzę, że ma, i słyszę, że zawsze je miał.
– Po cóż w takim razie zezwala na sprzedaż sreber? – pytała natarczywie panna
Izabela.
– Może chce zirytować rodzinę.
– A kto wykupił jego weksle?
Panna Florentyna zrobiła rękoma ruch, oznaczający rezygnację.
– Nie wykupiła ich Krzeszowska – rzekła – to wiem na pewno. – Więc – albo
ciotka Hortensja, albo...
– Albo?...
– Albo sam ojciec. Czy nie wiesz, ile rzeczy robi ojciec, ażeby zaniepokoić
rodzinę, a potem śmiać się...
– Za cóż chciałby mnie, nas niepokoić?
– Myślę, że ty jesteś spokojna. Córka powinna nieograniczenie ufać ojcu.
– Ach, tak!... – szepnęła panna Izabela zamyślając się.
Czarno ubrana kuzynka z wolna podniosła się z fotelu i cicho wyszła.
43
Panna Izabela znowu poczęła patrzeć na swój pokój, który wydał jej się
popielatym, na czarne gałązki, które chwiały się za oknem, na parę wróbli
świergoczących może o budowie gniazda, na niebo, które stało się jednolicie
szarym, bez żadnej jaśniejszej prążki. W jej pamięci znowu odżyła sprawa
kwesty i nowej toalety, ale obie wydały się jej tak małymi, tak prawie
śmiesznymi, że myśląc o nich nieznacznie wzruszyła ramionami.
Dręczyły ją inne pytania: czyby nie oddać serwisu hrabinie Karolowej – i – skąd
ojciec ma pieniądze? Jeżeli miał je dawniej, dlaczego pozwolił na zaciąganie
długów u Mikołaja?... A jeżeli nie miał, z jakiego źródła czerpie je dziś?... Jeżeli
ona odda serwis i srebra ciotce, może stracić okazję do korzystnego pozbycia się
ich, a jeżeli sprzeda za pięć tysięcy, pamiątki te naprawdę mogą dostać się w
niewłaściwe ręce, jak pisała hrabina.
Nagle przerwał się ten bieg myśli: bystre jej ucho usłyszało w dalszych
pokojach szmer. Było to męskie stąpanie, miarowe, spokojne. W salonie stłumił
je nieco dywan, w pokoju jadalnym wzmocniło się, w jej sypialni przycichło,
jakby ktoś szedł na palcach.
– Proszę, papo – odezwała się panna Izabela usłyszawszy pukanie do swych
drzwi.
Wszedł pan Tomasz. Ona podniosła się z szezlonga, ale ojciec nie pozwolił na
to. Objął ją w ramiona, ucałował w głowę i zanim usiadł przy niej, rzucił okiem
w duże lustro na ścianie. Zobaczył tam swoją piękną twarz, siwe wąsy, swój
ciemny żakiet bez zarzutu, gładkie spodnie, jakby dopiero co wyszły od krawca,
i uznał, że wszystko jest dobrze.
– Słyszę – rzekł do córki uśmiechając się – że panienka odbiera korespondencje,
które jej psują humor.
– Ach, papo, gdybyś wiedział, jakim tonem przemawia ciotka...
– Zapewne tonem osoby chorej na nerwy. Za to nie możesz mieć do niej żalu.
– Gdyby tylko żal. Ja boję się, że ona ma rację i że nasze srebra mogą naprawdę
znaleźć się na jakim bankierskim stole.
Przytuliła głowę do ramienia ojca. Pan Tomasz spojrzał niechcący w lusterko na
stoliku i przyznał w duchu, że oboje w tej chwili tworzą bardzo piękną grupę.
Szczególniej dobrze odbijała obawa rozlana na twarzy córki od jego spokoju.
Uśmiechnął się.
– Bankierskie stoły... – powtórzył. – Srebra naszych przodków bywały już na
stołach Tatarów, Kozaków, zbuntowanych chłopów, i nie tylko nam to nie
uchybiało, ale nawet przynosiło zaszczyt. Kto walczy, naraża się na straty.
– Tracili przez wojnę i na wojnie – wtrąciła panna Izabela.
– A dziś nie ma wojny?... Zmieniła się tylko broń: zamiast kosą albo jataganem
walczą rublem. Joasia dobrze to rozumiała sprzedając nie serwis – ale rodzinny
majątek, albo rozbierając na wybudowanie spichlerza ruiny zamku.
– Więc jesteśmy zwyciężeni... – szepnęła panna Izabela.
– Nie, dziecko – odparł pan Tomasz prostując się. – My dopiero zaczniemy
triumfować i bodaj czy nie tego boi się moja siostra i jej koteria. Oni tak
44
głęboko zasnęli, że razi ich każdy objaw żywotności, każdy mój śmielszy krok -
dodał jakby do siebie.
– Twój, papo?
–Tak. Myśleli, że poproszę ich o pomoc. Sama Joasia chętnie zrobiłaby mnie
swoim plenipotentem. Ja natomiast podziękowałem im za emeryturę i zbliżyłem
się do mieszczaństwa. Zyskałem u tych ludzi powagę, która zaczyna trwożyć
nasze sfery. Myśleli, że zejdę na drugi plan, a widzą, że mogę wysunąć się na
pierwszy.
–Ty, papo?
– Ja. Dotychczas milczałem nie mając odpowiednich wykonawców. Dziś
znalazłem takiego, który zrozumiał moje idee, i zacznę działać.
– Któż to jest? – spytała panna Izabela, ze zdumieniem patrząc na ojca.
– Niejaki Wokulski, kupiec, żelazny człowiek. Przy jego pomocy zorganizuję
nasze mieszczaństwo, stworzę towarzystwo do handlu ze Wschodem, tym
sposobem dźwignę przemysł...
– Ty, papo?
– I wówczas zobaczymy, kto wysunie się naprzód, choćby przy możliwych
wyborach do rady miejskiej...
Panna Izabela słuchała z szeroko otwartymi oczyma.
– Czy ten człowiek – szepnęła – o którym mówisz, papo, nie jest jakim aferzystą,
awanturnikiem?...
– Nie znasz go więc? – spytał pan Tomasz. On jednak jest jednym z naszych
dostawców.
– Sklep znam, bardzo ładny – mówiła panna Izabela zamyślając się. – Jest tam
stary subiekt, który wygląda trochę na dziwaka, ale nadzwyczajnie uprzejmy...
Ach, zdaje mi się, że kilka dni temu poznałam i właściciela... Wygląda na
gbura...
– Wokulski gbur?... – zdziwił się pan Tomasz. – Jest on wprawdzie trochę
sztywny, ale bardzo grzeczny.
Panna Izabela wstrząsnęła głową.
– Niemiły człowiek – odpowiedziała z ożywieniem. – Teraz przypominam go
sobie... Będąc we wtorek w sklepie zapytałam go o cenę wachlarza... Trzeba
było widzieć, jak spojrzał na mnie!... Nie odpowiedział nic, tylko wyciągnął
swoją ogromną czerwoną rękę do subiekta (nawet dość eleganckiego chłopca) i
mruknął głosem, w którym czuć było gniew: panie Morawski czy Mraczewski
(bo nie pamiętam), pani zapytuje o cenę wachlarza. A... nieciekawego znalazł
papo wspólnika!... – śmiała się panna Izabela.
– Szalonej energii człowiek, żelazny człowiek – odparł pan Tomasz. – Oni tacy.
Poznasz ich, bo myślę urządzić w domu parę zebrań. Wszyscy oryginalni, ale
ten oryginalniejszy od innych.
– Papa tych panów chce przyjmować?...
45
– Muszę naradzać się z niektórymi. A co do naszych – dodał patrząc w oczy
córce – zapewniam cię, że gdy usłyszą, kto u mnie bywa, ani jednego nie
zabraknie w salonie.
W tej chwili weszła panna Florentyna zapraszając na obiad. Pan Tomasz podał
rękę córce i przeszli we troje do jadalnego pokoju, gdzie już znajdowała się
waza tudzież Mikołaj odziany we frak i wielki biały krawat.
– Śmieję się z Belci – rzekł pan Tomasz do kuzynki, która nalewała rosół z wazy.
– Wyobraź sobie, Floro, że Wokulski zrobił na niej wrażenie gbura. Czy ty go
znasz?
– Któż by dziś nie znał Wokulskiego – odpowiedziała panna Florentyna podając
Mikołajowi talerz dla pana. – No, elegancki on nie jest, ale – robi wrażenie...
– Pnia z czerwonymi rękoma – wtrąciła ze śmiechem panna Izabela.
– On mi przypomina Trostiego, pamiętasz, Belu, tego pułkownika strzelców w
Paryżu – odpowiedział pan Tomasz.
– A mnie posąg triumfującego gladiatora – melodyjnym głosem dodała panna
Florentyna. – Pamiętasz, Belu, we Florencji, tego z podniesionym mieczem?
Twarz surowa, nawet dzika, ale piękna.
– A czerwone ręce?... – zapytała panna Izabela.
– Odmroził je na Syberii – wtrąciła panna Florentyna z akcentem.
– Cóż on tam robił?
– Pokutował za uniesienia młodości – rzekł pan Tomasz. – Można mu to
przebaczyć.
– Ach, więc jest i bohaterem!...
– I milionerem – dodała panna Florentyna.
– I milionerem? – powtórzyła panna Izabela. – Zaczynam wierzyć, że papo zrobił
dobry wybór przyjmując go na wspólnika. Chociaż...
– Chociaż?... – spytał ojciec.
– Co powie świat na tę spółkę?
– Kto ma siłę w rękach, ma świat u nóg.
Właśnie Mikołaj obniósł polędwicę, gdy w przedpokoju zadzwoniono. Stary
służący wyszedł i po chwili wrócił z listem na srebrnej, a może platerowanej
tacy.
– Od pani hrabiny – rzekł.
– Do ciebie, Belu – dodał pan; Tomasz biorąc list do ręki. – Pozwolisz, że cię
zastąpię w połknięciu tej nowej pigułki.
Otworzył list, zaczął go czytać i ze śmiechem podał pannie Izabeli.
– Oto – zawołał – cała Joasia jest w tym liście. Nerwy, zawsze nerwy!...
Panna Izabela odsunęła talerz i z niepokojem przebiegła papier oczyma. Lecz
stopniowo twarz jej wypogodziła się.
Słuchaj, Florciu – rzekła – bo to ciekawe.
„Droga Belu! – pisze ciotka. – Zapomnij, aniołku, o moim poprzednim liście. W
rezultacie twój serwis nic mnie nie obchodzi i znajdziemy inny, gdy będziesz
46
szła za mąż. Ale chodzi mi, ażebyś koniecznie kwestowała tylko ze mną, i
właśnie o tym miałam zamiar pisać poprzednio, nie o serwisie. Biedne moje
nerwy! jeżeli nie chcesz ich do reszty rozstroić, musisz zgodzić się na moją
prośbę.
Grób w naszym kościele będzie cudowny. Mój poczciwy Wokulski daje
fontannę, sztuczne ptaszki śpiewające, pozytywkę, która będzie grała same
poważne kawałki, i mnóstwo dywanów. Hozer dostarcza kwiatów, a amatorowie
urządzają koncert na organ, skrzypce, wiolonczelę i głosy. Jestem zachwycona,
ale gdyby mi wśród tych cudów zabrakło ciebie, rozchorowałabym się. A więc
tak?... Ściskam cię i całuję po tysiąc razy, kochająca ciotka,
Joanna
Post scriptum. Jutro jedziemy do magazynu zamówić dla ciebie kostium
wiosenny. Umarłabym, gdybyś go nie przyjęła.”
Panna Izabela była rozpromieniona. List ten spełniał wszystkie jej nadzieje.
– Wokulski jest nieporównany! – rzekł śmiejąc się pan Tomasz. – Szturmem
zdobył Joasię, która nie tylko nie będzie mi wymawiała wspólnika, lecz nawet
gotowa o niego walczyć ze mną.
Mikołaj podał kurczęta.
– Musi to jednakże być genialny człowiek – zauważyła panna Florentyna.
– Wokulski?... no, nie – mówił pan Tomasz. – Jest to człowiek szalonej energii,
ale co się tyczy daru kombinowania, nie powiem, ażeby posiadał go w wysokim
stopniu.
– Zdaje mi się, że składa tego dowody.
– Wszystko to są dowody tylko energii – odpowiedział pan Tomasz. – Dar
kombinacji, genialny umysł poznaje się w innych rzeczach, choćby... w grze. Ja








