412 000 произведений, 108 200 авторов.

Электронная библиотека книг » Bolesław Prus » Lalka » Текст книги (страница 2)
Lalka
  • Текст добавлен: 21 октября 2016, 23:12

Текст книги "Lalka"


Автор книги: Bolesław Prus



сообщить о нарушении

Текущая страница: 2 (всего у книги 55 страниц) [доступный отрывок для чтения: 20 страниц]

Nie mogę powiedzieć, ażeby niezachwianą wiarę mego ojca w Bonapartych i

sprawiedliwość podzielali dwaj jego koledzy. Nieraz pan Raczek, kiedy mu

dokuczył ból w nodze, klnąc i stękając mówił:

– E! wiesz, stary, że już za długo czekamy na nowego Napoleona. Ja siwieć

zaczynam i coraz gorzej podupadam, a jego jak nie było, tak i nie ma. Niedługo

porobią się z nas dziady pod kościół, a Napoleon po to chyba przyjdzie, ażeby z

nami śpiewać godzinki.

– Znajdzie młodych.

– Co za młodych! Lepsi z nich przed nami poszli w ziemię, a najmłodsi – diabła

warci. Już są między nimi i tacy, co o Napoleonie nie słyszeli.

– Mój słyszał i zapamięta – odparł ojciec mrugając okiem w moją stronę.

Pan Domański jeszcze bardziej upadał na duchu.

– Świat idzie do gorszego – mówił trzęsąc głową. – Wikt coraz droższy, za

kwaterę zabraliby ci całą pensję, a nawet co się tyczy anyżówki, i w tym jest

szachrajstwo. Dawniej rozweseliłeś się kieliszkiem, dziś po szklance jesteś taki

czczy, jakbyś się napił wody. Sam Napoleon nie doczekałby się

sprawiedliwości!

A na to odpowiedział ojciec:

– Będzie sprawiedliwość, choćby i Napoleona nie stało. Ale i Napoleon się

znajdzie.

– Nie wierzę – mruknął pan Raczek.

– A jak się znajdzie, to co?.. – spytał ojciec.

13

– Nie doczekamy tego.

– Ja doczekam – odparł ojciec – a Ignaś doczeka jeszcze lepiej.

Już wówczas zdania mego ojca głęboko wyrzynały mi się w pamięci, ale

dopiero późniejsze wypadki nadały im cudowny, nieomal proroczy charakter.

Około roku 1840 ojciec zaczął niedomagać. Czasami po parę dni nie wychodził

do biura, a wreszcie na dobre legł w łóżku.

Pan Raczek odwiedzał go co dzień, a raz patrząc na jego chude ręce i wyżółkłe

policzki szepnął:

– Hej! stary, już my chyba nie doczekamy się Napoleona!

Na co ojciec spokojnie odparł:

– Ja tam nie umrę, dopóki o nim nie usłyszę.

Pan Raczek pokiwał głową, a ciotka łzy otarła myśląc, że ojciec bredzi. Jak tu

myśleć inaczej, jeżeli śmierć już kołatała do drzwi, a ojciec jeszcze wyglądał

Napoleona...

Było już z nim bardzo źle, nawet przyjął ostatnie sakramenta, kiedy, w parę dni

później wbiegł do nas pan Raczek dziwnie wzburzony i stojąc na środku izby,

zawołał:

– A wiesz, stary, że znalazł się Napoleon?...

– Gdzie? – krzyknęła ciotka.

– Jużci, we Francji.

Ojciec zerwał się, lecz znowu upadł na poduszki. Tylko wyciągnął do mnie rękę

i patrząc wzrokiem, którego nie zapomnę, wyszeptał:

– Pamiętaj!... Wszystko pamiętaj...

Z tym umarł.

W późniejszym życiu przekonałem się, jak proroczymi były poglądy ojca.

Wszyscy widzieliśmy drugą gwiazdę napoleońską, która obudziła Włochy i

Węgry; a chociaż spadła pod Sedanem, nie wierzę w jej ostateczne zagaśnięcie.

Co mi tam Bismarck, Gambetta albo Beaconsfield! Niesprawiedliwość dopóty

będzie władać światem, dopóki nowy Napoleon nie urośnie.

W parę miesięcy po śmierci ojca pan Raczek i pan Domański wraz z ciotką

Zuzanną zebrali się na radę: co ze mną począć? Pan Domański chciał mnie

zabrać do swoich biur i powoli wypromować na urzędnika; ciotka zalecała

rzemiosło, a pan Raczek zieleniarstwo. Lecz gdy zapytano mnie: do czego mam

ochotę? odpowiedziałem, że do sklepu.

– Kto wie, czy to nie będzie najlepsze – zauważył pan Raczek. – A do jakiegoż

byś chciał kupca?

– Do tego na Podwalu, co ma we drzwiach pałasz, a w oknie kozaka.

– Wiem – wtrąciła ciotka. – On chce do Mincla.

– Można spróbować – rzekł pan Domański. – Wszyscy przecież znamy Mincla.

Pan Raczek na znak zgody plunął aż w komin.

– Boże miłosierny – jęknęła ciotka – ten drab już chyba na mnie pluć zacznie,

kiedy brata nie stało... Oj! nieszczęśliwa ja sierota!...

14

– Wielka rzecz! – odezwał się pan Raczek. – Wyjdź jejmość za mąż, to nie

będziesz sierotą.

– A gdzież ja znajdę takiego głupiego, co by mnie wziął?

– Phi! może i ja bym się ożenił z jejmością, bo nie ma mnie kto smarować -

mruknął pan Raczek, ciężko schylając się do ziemi, ażeby wypukać popiół z

fajki. Ciotka rozpłakała się, a wtedy odezwał się pan Domański:

– Po co robić duże ceregiele. Jejmość nie masz opieki, on nie ma gospodyni;

pobierzcie się i przygarnijcie Ignasia, a będziecie nawet mieli dziecko. I jeszcze

tanie dziecko, bo Mincel da mu wikt i kwaterę, a wy tylko odzież.

– Hę?... – spytał pan Raczek patrząc na ciotkę.

– No, oddajcie pierwej chłopca do terminu, a potem... może się odważę – odparła

ciotka. – Zawsze miałam przeczucie, że marnie skończę...

– To i jazda do Mincla! – rzekł pan Raczek podnosząc się z krzesełka. – Tylko

jejmość nie zrób mi zawodu! – dodał grożąc ciotce pięścią.

Wyszli z Panem Domańskim i może w półtorej godziny wrócili obaj mocno

zarumienieni. Pan Raczek ledwie oddychał, a pan Domański z trudnością

trzymał się na nogach, podobno z tego, że nasze schody były bardzo

niewygodne.

– Cóż?... – spytała ciotka.

– Nowego Napoleona wsadzili do prochowni! – odpowiedział pan Domański.

– Nie do prochowni, tylko do fortecy. A-u... A-u... – dodał pan Raczek i rzucił

czapkę na stół.

– Ale z chłopcem co?

– Jutro ma przyjść do Mincla z odzieniem i bielizną – odrzekł pan Domański. -

Nie do fortecy A-u... A-u... tylko do Ham-ham czy Cham... bo nawet nie wiem...

– Zwariowaliście, pijaki! – krzyknęła ciotka chwytając pana Raczka za ramię.

– Tylko bez poufałości! – oburzył się pan Raczek. – Po ślubie będzie poufałość,

teraz... Ma przyjść do Mincla jutro z bielizną i odzieniem... Nieszczęsny

Napoleonie!...

Ciotka wypchnęła za drzwi pana Raczka, potem pana Domańskiego i wyrzuciła

za nimi czapkę.

– Precz mi stąd, pijaki!

Wiwat Napoleon! – zawołał pan Raczek, a pan Domański zaczął śpiewać:

Przechodniu, gdy w tę stronę zwrócisz swoje oko,

Przybliż się i rozważaj ten napis głęboko...

Przybliż się i rozważaj ten napis głęboko.

Głos jego stopniowo cichnął, jakby zagłębiając się w studni, potem umilkł na

schodach, lecz znowu doleciał nas z ulicy. Po chwili zrobił się tam jakiś hałas, a

gdy wyjrzałem oknem, zobaczyłem, że pana Raczka policjant prowadził do

ratusza.

Takie to wypadki poprzedziły moje wejście do zawodu kupieckiego.

15

Sklep Mincla znałem od dawna, ponieważ ojciec wysyłał mnie do niego po

papier, a ciotka po mydło. Zawsze biegłem tam z radosną ciekawością, ażeby

napatrzeć się wiszącym za szybami zabawkom. O ile pamiętam, był tam w oknie

duży kozak, który sam przez się skakał i machał rękoma, a we drzwiach – bęben,

pałasz i skórzany koń z prawdziwym ogonem.

Wnętrze sklepu wyglądało jak duża piwnica, której końca nigdy nie mogłem

dojrzeć z powodu ciemności. Wiem tylko, że po pieprz, kawę i liście bobkowe

szło się na lewo do stołu, za którym stały ogromne szafy, od sklepienia do

podłogi napełnione szufladami. Papier zaś, atrament, talerze i szklanki

sprzedawano przy stole na prawo, gdzie były szafy z szybami, a po mydło i

krochmal szło się w głąb sklepu, gdzie było widać beczki i stosy pak

drewnianych.

Nawet sklepienie było zajęte. Wisiały tam długie szeregi pęcherzy

naładowanych gorczycą i farbami, ogromna lampa z daszkiem, która w zimie

paliła się cały dzień, sieć pełna korków do butelek, wreszcie wypchany

krokodylek, długi może na półtora łokcia.

Właścicielem sklepu był Jan Mincel, starzec z rumianą twarzą i kosmykiem

siwych włosów pod brodą. W każdej porze dnia siedział on pod oknem na fotelu

obitym skórą, ubrany w niebieski barchanowy kaftan, biały fartuch i takąż

szlafmycę. Przed nim na stole leżała wielka księga, w której notował dochód, a

tuż nad jego głową wisiał pęk dyscyplin, przeznaczonych głównie na sprzedaż.

Starzec odbierał pieniądze, zdawał gościom resztę, pisał w księdze, niekiedy

drzemał, lecz pomimo tylu zajęć, z niepojętą uwagą czuwał nad biegiem handlu

w całym sklepie. On także, dla uciechy przechodniów ulicznych, od czasu do

czasu pociągał za sznurek skaczącego w oknie kozaka i on wreszcie, co mi się

najmniej podobało, za rozmaite przestępstwa karcił nas jedną z pęka dyscyplin.

Mówię : nas, bo było nas trzech kandydatów do kary cielesnej : ja tudzież dwaj

synowcy starego – Franc i Jan Minclowie.

Czujności pryncypała i jego biegłości w używaniu sarniej nogi doświadczyłem

zaraz na trzeci dzień po wejściu do sklepu.

Franc odmierzył jakiejś kobiecie za dziesięć groszy rodzynków. Widząc, że

jedno ziarno upadło na kontuar (stary miał w tej chwili oczy zamknięte),

podniosłem je nieznacznie i zjadłem. Chciałem właśnie wyjąć pestkę, która

wcisnęła się mi między zęby, gdy uczułem na plecach coś jakby mocne

dotknięcie rozpalonego żelaza.

– A, szelma! – wrzasnął stary Mincel i nim zdałem sobie sprawę z sytuacji,

przeciągnął po mnie jeszcze parę razy dyscyplinę, od wierzchu głowy do

podłogi.

Zwinąłem się w kłębek z bólu, lecz od tej pory nie śmiałem wziąć do ust

niczego w sklepie. Migdały, rodzynki, nawet rożki miały dla mnie smak

pieprzu.

Urządziwszy się ze mną w taki sposób, stary zawiesił dyscyplinę na pęku,

wpisał rodzynki i z najdobroduszniejszą miną począł ciągnąć za sznurek kozaka.

16

Patrząc na jego półuśmiechniętą twarz i przymrużone oczy, prawie nie mogłem

uwierzyć, że ten jowialny staruszek posiada taki zamach w ręku. I dopiero teraz

spostrzegłem, że ów kozak widziany z wnętrza sklepu wydaje się mniej

zabawnym niż od ulicy.

Sklep nasz był kolonialno – galanteryjno – mydlarski. Towary kolonialne

wydawał gościom Franc Mincel, młodzieniec trzydziestokilkoletni, z rudą głową

i zaspaną fizjognomią. Ten najczęściej dostawał dyscypliną od stryja, gdyż palił

fajkę, późno wchodził za kontuar, wymykał się z domu po nocach, a nade

wszystko niedbale ważył towar. Młodszy zaś, Jan Mincel, który zawiadywał

galanterią i obok niezgrabnych ruchów odznaczał się łagodnością, był znowu

bity za wykradanie kolorowego papieru i pisywanie na nim listów do panien.

Tylko August Katz, pracujący przy mydle, nie ulegał żadnym surowcowym

upomnieniom. Mizerny ten człeczyna odznaczał się niezwykłą punktualnością.

Najraniej przychodził do roboty, krajał mydło i ważył krochmal jak automat;

jadł, co mu podano, w najciemniejszym kącie sklepu, prawie wstydząc się tego,

że doświadcza ludzkich potrzeb. O dziesiątej wieczorem gdzieś znikał.

W tym otoczeniu upłynęło mi ośm lat, z których każdy dzień był podobny do

wszystkich innych dni, jak kropla jesiennego deszczu do innych kropli

jesiennego deszczu. Wstawałem rano o piątej, myłem się i zamiatałem sklep. O

szóstej otwierałem główne drzwi tudzież okiennicę. W tej chwili, gdzieś z ulicy

zjawiał się August Katz, zdejmował surdut, kładł fartuch i milcząc stawał

między beczką mydła szarego a kolumną ułożoną z cegiełek mydła żółtego.

Potem drzwiami od podwórka wbiegał stary Mincel mrucząc: Morgen!,

poprawiał szlafmycę, dobywał z szuflady księgę, wciskał się w fotel i parę razy

ciągnął za sznurek kozaka. Dopiero po nim ukazywał się Jan Mincel i

ucałowawszy stryja w rękę, stawał za swoim kontuarem, na którym podczas lata

łapał muchy, a w zimie kreślił palcem albo pięścią jakieś figury.

Franca zwykle sprowadzano do sklepu. Wchodził z oczyma zaspanymi,

ziewający, obojętnie całował stryja w ramię i przez cały dzień skrobał się w

głowę w sposób, który mógł oznaczać wielką senność lub wielkie zmartwienie.

Prawie nie było ranka, ażeby stryj patrząc na jego manewry nie wykrzywiał mu

się i nie pytał:

– No,.. a gdzie, ty szelma, latała?

Tymczasem na ulicy budził się szmer i za szybami sklepu coraz częściej

przesuwali się przechodnie. To służąca, to drwal, jejmość w kapturze, to

chłopak od szewca, to jegomość w rogatywce szli w jedną i drugą stronę jak

figury w ruchomej panoramie. Środkiem ulicy toczyły się wozy, beczki, bryczki

– tam i na powrót... Coraz więcej ludzi, coraz więcej wozów, aż nareszcie

utworzył się jeden wielki potok uliczny, z którego co chwilę ktoś wpadał do nas

za sprawunkiem.

– Pieprzu za trojaka...

– Proszę funt kawy...

– Niech pan da ryżu...

17

– Pół funta mydła...

– Za grosz liści bobkowych...

Stopniowo sklep zapełniał się po największej części służącymi i ubogo

odzianymi jejmościami. Wtedy Franc Mincel krzywił się najwięcej: otwierał i

zamykał szuflady, obwijał towar w tutki z szarej bibuły, wbiegał na drabinkę,

znowu zwijał, robiąc to wszystko z żałosną miną człowieka, któremu nie

pozwalają ziewnąć. W końcu zbierało się takie mnóstwo interesantów, że i Jan

Mincel, i ja musieliśmy pomagać Francowi w sprzedaży.

Stary wciąż pisał i zdawał resztę, od czasu do czasu dotykając palcami swojej

białej szlafmycy, której niebieski kutasik zwieszał mu się nad okiem. Czasem

szarpnął kozaka, a niekiedy z szybkością błyskawicy zdejmował dyscyplinę i

ćwiknął nią którego ze swych synowców. Nader rzadko mogłem zrozumieć: o

co mu chodzi? synowcy bowiem niechętnie objaśniali mi przyczyny jego

popędliwości.

Około ósmej napływ interesantów zmniejszał się. Wtedy w głębi sklepu

ukazywała się gruba służąca z koszem bułek i kubkami (Franc odwracał się do

niej tyłem), a za nią – matka naszego pryncypała, chuda staruszka w żółtej sukni,

w ogromnym czepcu na głowie, z dzbankiem kawy w rękach. Ustawiwszy na

stole swoje naczynie, staruszka odzywała się schrypniętym głosem:

Gut Morgen, meine Kinder! Der Kaffee ist schon fertig...

I zaczynała rozlewać kawę w białe fajansowe kubki.

Wówczas zbliżał się do niej stary Mincel i całował ją w rękę mówiąc :

Gut Morgen, meine Mutter!

Za co dostawał kubek kawy z trzema bułkami.

Potem przychodził Franc Mincel, Jan Mincel, August Katz, a na końcu ja.

Każdy całował staruszkę w suchą rękę, porysowaną niebieskimi żyłami, każdy

mówił:

Gut Morgen, Grossmutter!

I otrzymywał należny mu kubek tudzież trzy bułki.

A gdyśmy z pośpiechem wypili naszą kawę, służąca zabierała pusty kosz i

zamazane kubki, staruszka swój dzbanek i obie znikały.

Za oknem wciąż toczyły się wozy i płynął w obie strony potok ludzki, z którego

co chwila odrywał się ktoś i wchodził do sklepu.

– Proszę krochmalu...

– Dać migdałów za dziesiątkę...

– Lukrecji za grosz...

– Szarego mydła...

Około południa zmniejszał się ruch za kontuarem towarów kolonialnych, a za to

coraz częściej zjawiali się interesanci po stronie prawej sklepu, u Jana. Tu

kupowano talerze, szklanki, żelazka, młynki, lalki, a niekiedy duże parasole,

szafirowe lub pąsowe. Nabywcy, kobiety i mężczyźni, byli dobrze ubrani,

rozsiadali się na krzesłach i kazali sobie pokazywać mnóstwo przedmiotów

targując się i żądając coraz to nowych.

18

Pamiętam, że kiedy po lewej stronie sklepu męczyłem się bieganiną i

zawijaniem towarów, po prawej – największe strapienie robiła mi myśl: czego

ten a ten gość chce naprawdę i – czy co kupi? W rezultacie jednak i tutaj dużo

się sprzedawało; nawet dzienny dochód z galanterii był kilka razy większy

aniżeli z towarów kolonialnych i mydła.

Stary Mincel i w niedzielę bywał w sklepie. Rano modlił się, a około południa

kazał mi przychodzić do siebie na pewien rodzaj lekcji.

Sag mir– powiedz mi: was is das?co jest to? Das is Schublade– to jest

szublada. Zobacz, co jest w te szublade. Es ist Zimmt– to jest cynamon. Do

czego potrzebuje się cynamon? Do zupe, do legumine potrzebuje się cynamon.

Co to jest cynamon? Jest taki kora z jedne drzewo. Gdzie mieszka taki drzewo

cynamon? W Indii mieszka taki drzewo. Patrz na globus – tu leży Indii. Daj

mnie za dziesiątkę cynamon... O, du Spitzbub!... jak tobie dam dziesięć raz

dyscyplin, ty będziesz wiedział, ile sprzedać za dziesięć groszy cynamon...

W ten sposób przechodziliśmy każdą szufladę w sklepie i historię każdego

towaru. Gdy zaś Mincel nie był zmęczony, dyktował mi jeszcze zadania

rachunkowe, kazał sumować księgi albo pisywać listy w interesach naszego

sklepu.

Mincel był bardzo porządny, nie cierpiał kurzu, ścierał go z najdrobniejszych

przedmiotów. Jednych tylko dyscyplin nigdy nie potrzebował okurzać dzięki

swoim niedzielnym wykładom buchalterii, jeografii i towaroznawstwa.

Powoli, w ciągu paru lat, tak przywykliśmy do siebie, że stary Mincel nie mógł

obejść się beze mnie, a ja nawet jego dyscypliny począłem uważać za coś, co

należało do familijnych stosunków. Pamiętam, że nie mogłem utulić się z żalu,

gdy raz zepsułem kosztowny samowar, a stary Mincel zamiast chwytać za

dyscyplinę – odezwał się:

– Co ty zrobila, Ignac?... Co ty zrobila!...

Wolałbym dostać cięgi wszystkimi dyscyplinami aniżeli znowu kiedy usłyszeć

ten drżący głos i zobaczyć wylęknione spojrzenie pryncypała.

Obiady w dzień powszedni jadaliśmy w sklepie, naprzód dwaj młodzi

Minclowie i August Katz, a następnie ja z pryncypałem. W czasie święta

wszyscy zbieraliśmy się na górze i zasiadaliśmy do jednego stołu. Na każdą

Wigilię Bożego Narodzenia Mincel dawał nam podarunki, a jego matka w

największym sekrecie urządzała nam (i swemu synowi) choinkę. Wreszcie w

pierwszym dniu miesiąca wszyscy dostawaliśmy pensję (ja brałem 10 złotych.)

Przy tej okazji każdy musiał wylegitymować się z porobionych oszczędności: ja,

Katz, dwaj synowcy i służba. Nierobienie oszczędności, a raczej nieodkładanie

co dzień choćby kilku groszy, było w oczach Mincla takim występkiem jak

kradzież. Za mojej pamięci przewinęło się przez nasz sklep paru subiektów i

kilku uczniów, których pryncypał dlatego tylko usunął, że nic sobie nie

oszczędzili. Dzień, w którym się to wydało, był ostatnim ich pobytu. Nie

pomogły obietnice, zaklęcia, całowania po rękach, nawet upadanie do nóg. Stary

nie ruszył się z fotelu, nie patrzył na petentów, tylko wskazując palcem drzwi

19

wymawiał jeden wyraz: fort! fort!... Zasada robienia oszczędności stała się już u

niego chorobliwym dziwactwem.

Dobry ten człowiek miał jedną wadę, oto – nienawidził Napoleona. Sam nigdy o

nim nie wspominał, lecz na dźwięk nazwiska Bonapartego dostawał jakby ataku

wścieklizny; siniał na twarzy, pluł i wrzeszczał: szelma! szpitzbub! rozbójnik!...

Usłyszawszy pierwszy raz tak szkaradne wymysły nieomal straciłem

przytomność. Chciałem coś hardego powiedzieć staremu i uciec do pana

Raczka, który już ożenił się z moją ciotką. Nagle dostrzegłem, że Jan Mincel

zasłoniwszy usta dłonią coś mruczy i robi miny do Katza. Wytężam słuch i – oto

co mówi Jan:

– Baje stary, baje! Napoleon był chwat, choćby za to samo, że wygnał hyclów

Szwabów. Nieprawda, Katz?

A August Katz zmrużył oczy i dalej krajał mydło.

Osłupiałem ze zdziwienia, lecz w tej chwili bardzo polubiłem Jana Mincla i

Augusta Katza. Z czasem przekonałem się, że w naszym małym sklepie istnieją

aż dwa wielkie stronnictwa, z których jedno, składające się ze starego Mincla i

jego matki, bardzo lubiło Niemców, a drugie, złożone z młodych Minclów i

Katza, nienawidziło ich. O ile pamiętam, ja tylko byłem neutralny.

W roku 1846 doszły nas wieści o ucieczce Ludwika Napoleona z więzienia. Rok

ten był dla mnie ważny, gdyż zostałem subiektem, a nasz pryncypał, stary Jan

Mincel, zakończył życie z powodów dosyć dziwnych.

W roku tym handel w naszym sklepie nieco osłabnął już to z racji ogólnych

niepokojów, już z tej, że pryncypał za często i za głośno wymyślał na Ludwika

Napoleona. Ludzie poczęli zniechęcać się do nas, a nawet ktoś (może Katz?...)

wybił nam jednego dnia szybę w oknie.

Otóż wypadek ten, zamiast całkiem odstręczyć publiczność, zwabił ją do sklepu

i przez tydzień mieliśmy tak duże obroty jak nigdy; aż zazdrościli nam sąsiedzi.

Po tygodniu jednakże sztuczny ruch na nowo osłabnął i znowu były w sklepie

pustki.

Pewnego wieczora w czasie nieobecności pryncypała, co już stanowiło fakt

niezwykły, wpadł nam drugi kamień do sklepu. Przestraszeni Minclowie

pobiegli na górę i szukali stryja, Katz poleciał na ulicę szukać sprawcy

zniszczenia, a wtem ukazało się dwu policjantów ciągnących...Proszę zgadnąć

kogo?... Ani mniej, ani więcej – tylko naszego pryncypała oskarżając go, że to

on wybił szybę teraz, a zapewne i poprzednio...

Na próżno staruszek wypierał się: nie tylko bowiem widziano jego zamach, ale

jeszcze znaleziono przy nim kamień... Poszedł też nieborak do ratusza.

Sprawa po wielu. tłumaczeniach i wyjaśnieniach naturalnie zatarła się; ale stary

od tej chwili zupełnie stracił humor i począł chudnąć. Pewnego zaś dnia

usiadłszy na swym fotelu pod oknem już nie podniósł się z niego. Umarł oparty

brodą na księdze handlowej, trzymając w ręce sznurek, którym poruszał kozaka.

Przez kilka lat po śmierci stryja synowcy prowadzili wspólnie sklep na Podwalu

i dopiero około 1850 roku podzielili się w ten sposób, że Franc został na miejscu

20

z towarami kolonialnymi, a Jan z galanterią i mydłem przeniósł się na

Krakowskie, do lokalu, który zajmujemy obecnie. W kilka lat później Jan ożenił

się z piękną Małgorzatą Pfeifer, ona zaś (niech spoczywa w spokoju) zostawszy

wdową oddała rękę swoją Stasiowi Wokulskiemu, który tym sposobem

odziedziczył interes prowadzony przez dwa pokolenia Minclów.

Matka naszego pryncypała żyła jeszcze długi czas; kiedy w roku 1853 wróciłem

z zagranicy, zastałem ją w najlepszym zdrowiu. Zawsze schodziła rano do

sklepu i zawsze mówiła:

– Gut Morgen, meine Kinder! De, Kaffee ist schon fertig...

Tylko głos jej z roku na rok przyciszał się, dopóki wreszcie nie umilknął na

wieki.

Za moich czasów pryncypał był ojcem i nauczycielem swoich praktykantów i

najczujniejszym sługą sklepu; jego matka lub żona były gospodyniami, a

wszyscy członkowie rodziny pracownikami. Dziś pryncypał bierze tylko

dochody z handlu, najczęściej nie zna go i najwięcej troszczy się o to, ażeby

jego dzieci nie zostały kupcami. Nie mówię tu o Stasiu Wokulskim, który ma

szersze zamiary, tylko myślę w ogólności, że kupiec powinien siedzieć w

sklepie i wyrabiać sobie ludzi, jeżeli chce mieć porządnych.

Słychać, że Andrassy zażądał sześćdziesięciu milionów guldenów na

nieprzewidziane wydatki. Więc i Austria zbroi się, a Staś tymczasem pisze mi;

że – nie będzie wojny. Ponieważ nie był nigdy fanfaronem, więc chyba musi być

bardzo wtajemniczony w politykę; a w takim razie siedzi w Bułgarii nie przez

miłość dla handlu...

Ciekawym, co on zrobi! Ciekawym!...

ROZDZIAŁ CZWARTY:

POWRÓT

Jest niedziela, szkaradny dzień marcowy; zbliża się południe, lecz ulice

Warszawy są prawie puste. Ludzie nie wychodzą z domów albo kryją się w

bramach, albo skuleni uciekają przed siekącym ich deszczem i śniegiem. Prawie

nie słychać turkotu dorożek, gdyż dorożki stoją. Dorożkarze opuściwszy kozioł

wchodzą pod budy swoich powozów, a zmoczone deszczem i zasypane

śniegiem konie wyglądają tak, jakby pragnęły schować się pod dyszel i nakryć

własnymi uszami.

Pomimo, a może z powodu tak brzydkiego czasu pan Ignacy, siedząc w swoim

zakratowanym pokoju jest bardzo wesół. Interesa sklepowe idą wybornie,

wystawa w oknach na przyszły tydzień już ułożona, a nade wszystko – lada

dzień ma powrócić Wokulski. Nareszcie pan Ignacy zda komuś rachunki i ciężar

kierowania sklepem, najdalej zaś za dwa miesiące wyjedzie sobie na wakacje.

Po dwudziestu pięciu latach pracy – i jeszcze jakiej! – należy, mu się ten

wypoczynek. Będzie rozmyślał tylko o polityce, będzie chodził, będzie biegał i

21

skakał po polach i lasach, będzie świstał, a nawet śpiewał jak za młodu. Gdyby

nie te bóle reumatyczne, które zresztą na wsi ustąpią...

Więc choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak gęsto, że

w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łóżka

gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna śpiewać przez nos pieśń

bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej naturze

Witana rzewnym słowików pieniem;

W zielonym gaju, ponad strumieniem,

Kwitną prześliczne dwie róże.

Czarowne te dźwięki budzą śpiącego na kanapie pudla, który poczyna

przypatrywać się jedynym okiem swemu panu. Dźwięki te robią więcej, gdyż

wywołują na podwórzu jakiś ogromny cień, który staje w zakratowanym oknie i

usiłuje zajrzeć do wnętrza izby, czym zwraca na siebie uwagę pana Ignacego.

„Tak, to musi być Paweł” – myśli pan Ignacy.

Ale Ir jest innego zdania; zeskakuje bowiem z kanapy i z niepokojem wącha

drzwi, jakby czuł kogoś obcego.

Słychać szmer w sieniach. Jakaś ręka poszukuje klamki, nareszcie otwierają się

drzwi i na progu staje ktoś odziany w wielkie futro upstrzone śniegiem i

kroplami deszczu.

– Kto to? – pyta się pan Ignacy i na twarz występują mu silne rumieńce.

– Jużeś o mnie zapomniał, stary?... – cicho i powoli odpowiada gość.

Pan Ignacy miesza się coraz bardziej. Zasadza na nos binokle, które mu spadają,

potem wydobywa spod łóżka trumienkowate pudło, śpiesznie chowa gitarę i toż

samo pudełko wraz z gitarą kładzie na swoim łóżku.

Tymczasem gość zdjął wielkie futro i baranią czapkę, a jednooki Ir

obwąchawszy go poczyna kręcić ogonem, łasić się i z radosnym skomleniem

przypadać mu do nóg.

Pan Ignacy zbliża się do gościa wzruszony i zgarbiony więcej niż kiedykolwiek.

– Zdaje mi się... – mówi zacierając ręce – zdaje mi się, że mam przyjemność...

Potem gościa prowadzi do okna mrugając powiekami.

– Staś... jak mi Bóg miły!...

Klepie go po wypukłej piersi, ściska za prawą i za lewą rękę, a nareszcie

oparłszy na jego ostrzyżonej głowie swoją dłoń wykonywa nią taki ruch, jakby

mu chciał maść wetrzeć w okolicę ciemienia.

– Cha! cha! cha!... – śmieje się pan Ignacy. – Staś we własnej osobie... Staś z

wojny!... Cóż to, dopiero teraz przypomniałeś sobie, że masz sklep i przyjaciół?

– dodaje, mocno uderzając go w łopatkę. – Niech mię diabli wezmą, jeżeli nie

jesteś podobny do żołnierza albo marynarza, ale nigdy do kupca... Przez osiem

miesięcy nie był w sklepie!... Co za pierś... co za łeb...

Gość także się śmiał. Objął Ignacego za szyję i po kilka razy gorąco ucałował go

w oba policzki, które stary subiekt kolejno nadstawiał mu, nie oddając jednak

pocałunków.

22

– No i cóż słychać, stary, u ciebie? – odezwał się gość. – Wychudłeś, pobladłeś...

– Owszem, trochę nabieram ciała.

– Posiwiałeś... Jakże się masz?

– Wybornie. I w sklepie jest nieźle, trochę zwiększyły nam się obroty. W

styczniu i lutym mieliśmy targu za dwadzieścia pięć tysięcy rubli!... Staś

kochany!... Ośm miesięcy nie było go w domu... Bagatela... Może siądziesz?

– Rozumie się – odpowiedział gość siadając na kanapie, na której wnet umieścił

się Ir i oparł mu głowę na kolanach.

Pan Ignacy przysunął sobie krzesło.-

– Może co zjesz? Mam szynkę i trochę kawioru.

– Owszem.

– Może co wypijesz? Mam butelkę niezłego węgrzyna, ale tylko jeden cały

kieliszek.

– Będę pił szklanką – odparł gość.

Pan Ignacy zaczął dreptać po pokoju, kolejno otwierając szafę, kuferek i stolik.

Wydobył wino i schował je na powrót, potem rozłożył na stole szynkę i kilka

bułek. Ręce i powieki drżały mu i sporo czasu upłynęło, nim o tyle się uspokoił,

że zgromadził na jeden punkt poprzednio wyliczone zapasy. Dopiero kieliszek

wina przywrócił mu silnie zachwianą równowagę moralną.

Wokulski tymczasem jadł.

– No, cóż nowego? – rzekł spokojniejszym tonem pan Ignacy, trącając gościa w

kolano.

– Domyślam się, że ci chodzi o politykę – odparł Wokulski. – Będzie pokój.

– A po cóż zbroi się Austria?

– Zbroi się za sześćdziesiąt milionów guldenów ?... Chce zabrać Bośnię i

Hercegowinę.

Ignacemu rozszerzyły się źrenice.

–Austria chce zabrać?... – powtórzył. – Za co ?

–Za co? – uśmiechnął się Wokulski. – Za to, że Turcja nie może jej tego zabronić.

– A cóż Anglia?

– Anglia także dostanie kompensatę.

– Na koszt Turcji?

– Rozumie się. Zawsze słabi ponoszą koszta zatargów między silnymi.

– A sprawiedliwość? – zawołał Ignacy.

– Sprawiedliwym jest to, że silni mnożą się i rosną, a słabi giną. Inaczej świat

stałby się domem inwalidów, co dopiero byłoby niesprawiedliwością.

Ignacy posunął się z krzesłem.

– I ty to mówisz, Stasiu?... Na serio, bez żartów ?

Wokulski zwrócił na niego spokojne wejrzenie.

– Ja mówię – odparł. – Cóż w tym dziwnego ? Czyliż to samo prawo nie stosuje

się do mnie, do ciebie, do nas wszystkich ?... Za dużo płakałem nad sobą,

ażebym się miał rozczulać nad Turcją.

Pan Ignacy spuścił oczy i umilkł. Wokulski jadł.

23

– No, a jakże tobie poszło? – zapytał Rzecki już zwykłym tonem.

Wokulskiemu błysnęły oczy. Położył bułkę i oparł się o poręcz kanapy.

– Pamiętasz – rzekł – ile wziąłem pieniędzy, gdym stąd wyjeżdżał ?

– Trzydzieści tysięcy rubli, całą gotówkę.

– A jak ci się zdaje: ile przywiozłem ?

– Pięćdzie... ze czterdzieści tysięcy... Zgadłem?... – pytał Rzecki, niepewnie

patrząc na niego.

Wokulski nalał szklankę wina i wypił ją powoli.

– Dwieście pięćdziesiąt tysięcy rubli, z tego dużą część w złocie – rzekł dobitnie.

– A ponieważ kazałem zakupić banknoty, które po zawarciu pokoju sprzedam,

więc będę miał przeszło trzysta tysięcy rubli...

Rzecki pochylił się ku niemu i otworzył usta.

– Nie bój się – ciągnął Wokulski. – Grosz ten zarobiłem uczciwie, nawet ciężko,

bardzo ciężko. Cały sekret polega na tym, żem miał bogatego wspólnika i że

kontentowałem się cztery i pięć razy mniejszym zyskiem niż inni. Toteż mój

kapitał ciągle wzrastający był w ciągłym ruchu. – No – dodał po chwili – miałem

też szalone szczęście... Jak gracz, któremu dziesięć razy z rzędu wychodzi ten

sam numer w rulecie. Gruba gra?... prawie co miesiąc stawiałem cały majątek, a

co dzień życie.

– I tylko po to jeździłeś tam? – zapytał Ignacy.

Wokulski drwiąco spojrzał na niego.

– Czy chciałeś, ażebym został tureckim Wallenrodem?...

– Narażać się dla majątku, gdy się ma spokojny kawałek chleba!... – mruknął pan

Ignacy, kiwając głową i podnosząc brwi.

Wokulski zadrżał z gniewu i zerwał się z kanapy.

– Ten spokojny chleb – mówił zaciskając pięści – dławił mnie i dusił przez lat

sześć!... Czy już nie pamiętasz, ile razy na dzień przypominano mi dwa

pokolenia Minclów albo anielską dobroć mojej żony? Czy był kto z dalszych i

bliższych znajomych, wyjąwszy ciebie, który by mnie nie dręczył słowem;

ruchem, a choćby spojrzeniem? Ileż to razy mówiono o mnie i prawie do mnie,

że karmię się z fartucha żony, że wszystko zawdzięczam pracy Minclów, a nic,

ale to nic – własnej energii, choć przecie ja podźwignąłem ten kramik, zdwoiłem

jego dochody...

Mincle i zawsze Mincle!... Dziś niech mnie porównają z Minclami. Sam jeden

przez pół roku zarobiłem dziesięć razy więcej aniżeli dwa pokolenia Minclów

przez pół wieku. Na zdobycie tego, com ja zdobył pomiędzy kulą, nożem i

tyfusem, tysiąc Minclów musiałoby się pocić w swoich sklepikach i

szlafmycach. Teraz już wiem, ilu jestem wart Minclów, i jak mi Bóg miły, dla

podobnego rezultatu drugi raz powtórzyłbym moją grę! Wolę obawiać się

bankructwa i śmierci aniżeli wdzięczyć się do tych, którzy kupią u mnie parasol,

albo padać do nóg tym, którzy w moim sklepie raczą zaopatrywać się w

waterklozety...


    Ваша оценка произведения:

Популярные книги за неделю