Текст книги "Lalka"
Автор книги: Bolesław Prus
сообщить о нарушении
Текущая страница: 15 (всего у книги 55 страниц) [доступный отрывок для чтения: 20 страниц]
młode Żydki, co jak mój Henryk poubierali się w surduty i nie zachowują swoje
religie.
– Kto was prześladuje! – odparł Wokulski.
– Pan chce dowody?... – spytał Żyd. – Ma pan dowód w ten „Kurieru”. Ja
onegdaj posłałem do nich szaradę. Pan zgaduje szarady?. Posłałem taką:
162
Pierwsze i drugie – to zwierz kopytkowy,
Pierwsze i trzecie – ozdabia damskie głowy ;
Wszystkie razem na wojnie strasznie goni,
Niech nas Pan Bóg od tego zabroni.
Pan wie, co to?... Pierwsze i drugie – to jest: koza; pierwsze i trzecie – to jest
koki, a wszystkie – to są: Kozaki. A pan wie, co oni mi odpisali?... Zaraz...
Podniósł „Kurier” i czytał:
– „Odpowiedzie od redakcje. Panu W. W. Encyklopedie większe Orgelbranda...”
Nie to... „Panu Motylkowi. Frak kładzie się Nie to... A, jest!... „Panu S.
Szlangbaumowi: Pańska szarada polityczna nie jest gramatyczna.” – Proszę
pana: co tu jest z polityki? Żebym ja napisał szarade o Dizraeli albo o Bismarck,
to byłaby polityka, ale o Kozaki to przecie nie jest polityka, tylko wojskowość.
– Ale gdzież w tym prześladowanie Żydów,? – spytał Wokulski.
– Zaraz powiem. Pan sam musiał bronić od prześladowcy mego Henryka; ja to
wszystko wiem, choć nie on mi mówił. A teraz o szaradę. Jak ja pół roku temu
odniosłem moją szaradę do pana Szymanowskiego, to on mnie powiedział:
„Panie Szlangbaum, my te szarade drukować nie będziemy, ale ja panu radzę, co
lepiej byś pan pisał szarade, aniżeli brał procentów.” A ja mówię: „Panie
redaktorze, jak mnie pan da tyle za szarady, co ja mam z procenty, to ja będę
pisał.” A pan Szymanowski na to: „My, panie Szlangbaum, nie mamy takie
pieniądze, żeby za pańskie szarady płacić.” To powiedział sam pan
Szymanowski, słyszy pan? Nu, a oni mnie dzisiaj piszą w „Kurierku”, że to
niepolitycznie i niegramatycznie!... Jeszcze pół roku temu gadali inaczej. A co
teraz drukują w gazety na Żydków!...
Wokulski słuchał historii o prześladowaniu Żydów patrząc na ścianę, gdzie
wisiała tabelka loteryjna, i bębniąc palcami w kontuar. Ale myślał o czym
innym i wahał się.
– Więc ciągle zajmujesz się szaradami, panie Szlangbaum?– spytał.
Co to ja!... – odparł stary Żyd. – Ale ja, panie, mam po Henryku wnuczka, co mu
dopiero dziewięć lat, i niech no pan słucha, jaki on do mnie w tamten tydzień
list napisał. „Mój dziadku – on pisał, ten mały Michaś – ja potrzebuje takie
szarade:
Pierwsze znaczy dół, drugie – przeczenie.
Wszystko razem kortowe odzienie.
A jak dziadzio – on pisał, Michaś – zgadnie, to niech mi dziadzio przyszłe sześć
rubli na ten kortowy interes.” Ja się rozpłakałem, panie Wokulski, jakiem
przeczytał. Bo ten pierwszy, dół, to znaczy: spód, a przeczenie to jest nie – a
wszystkie razem to są spodnie. Ja się spłakałem, panie Wokulski, co takie mądre
dziecko przez upartość Henryka chodzi bez spodnie. Ale ja mu odpisałem: „Mój
kochaneczku. Bardzo jestem kontent, że ty od dziadusia nauczyłeś się układać
szarady. Ale żebyś ty jeszcze nauczył się oszczędności, to ja tobie na te kortowe
odzienie posyłam tylko cztery ruble. A jak ty się będziesz dobrze uczył, to ja
tobie po wakacje sprawie takie szarade:
163
Pierwsze znaczy po niemiecku usta, drugie godzina.
Wszystkie kupuje się dziecku – jak do gimnazje chodzić zaczyna.
To znaczy: mundur ; pan od razu zgadł, panie Wokulski?
– Więc i cała pańska rodzina bawi się szaradami? – wtrącił Wokulski.
– Nie tylko moja – odpowiedział Szlangbaum. – U nas, panie, niby u Żydów, jak
się młodzi zejdą, to oni nie zajmują się, jak u państwo, tańcami,
komplementami, ubiorami, głupstwami, ale oni albo robią rachunki, albo
oglądają uczone książki, jeden przed drugim zdaje egzamin albo rozwiązują
sobie szarady, rebusy, szachowe zadanie. U nas ciągle jest zajęty rozum i
dlatego Żydzi mają rozum, i dlatego, niech się pan nie obrazi, oni cały świat
zawojują. U państwa wszystko się robi przez te sercowe gorączke i przez wojne,
a u nas tylko przez mądrość i cierpliwość,
Ostatnie wyrazy uderzyły Wokulskiego. On przecież zdobywał pannę Izabelę
mądrością i cierpliwością... Jakaś otucha wstąpiła mu w serce, przestał wahać
się i nagle rzekł:
– Mam do pana prośbę, panie Szlangbaum...
– Pańskie prośbe tyle znaczy dla mnie co rozkaz, panie Wokulski.
– Chcę kupić dom Łęckiego...
– Znam go. On pójdzie za sześćdziesiąt parę tysięcy.
– Chcę, żeby poszedł za dziewięćdziesiąt tysięcy, i potrzebuję kogoś, kto by
licytował do tej sumy.
Żyd szeroko otworzył oczy.
– Jak to?... Pan chce zapłacić drożej o trzydzieści tysięcy rubli?... spytał.
– Tak.
– Przepraszam, ale nie rozumiem. Bo żeby panu dom sprzedawali, a Łęcki chciał
jego kupić, wtedy pan miałby interes podbijać cenę. Ale jak pan kupuje, to pan
ma interes zniżyć wartość...
– Mam interes zapłacić drożej.
Starzec potrząsnął głową i odezwał się po chwili:
– Żebym ja pana nie znał, tobym myślał, że pan robi zły interes; ale że ja pana
znam, więc ja sobie myślę, co pan robi... dziwny interes. Nie tylko pan zakopuje
w mury gotówkę i traci na tym z dziesięć procentów rocznie, ale jeszcze chce
pan zapłacić trzydzieści tysięcy rubli więcej..: Panie Wokulski – dodał biorąc go
za rękę – nie zrób pan takie głupstwo. Ja pana proszę... Stary Szlangbaum pana
prosi...
– Wierz mi pan, że dobrze na tym wyjdę...
Żyd nagle podniósł palec do czoła. Błysnęły mu oczy i zęby białe jak perły.
– Ha! Ha!... – zaśmiał się. – Nu, jaki ja już stary jestem, żem od razu tego nie
pomiarkował. Pan panu Łęckiemu da trzydzieści tysięcy rubli... a on panu ułatwi
interes może na sto tysięcy rubli... Git!... Ja panu dam licytanta, co on za
piętnaście rubelków podbije cenę domu. Bardzo porządny pan, katolik, tylko
jemu nie można dawać wadium do ręki... Ja panu dam jeszcze jakie
dystyngowane dame, co także za dziesięć rubelków będzie podbijać... Ja mogę
164
dać jeszcze z parę Żydki, po pięć rubelków... Zrobi się taka licytacja, co pan
może zapłacić za ten dom choćby sto pięćdziesiąt tysięcy i nikt nie zmiarkuje,
jaki jest interes...
Wokulskiemu było trochę przykro.
– W każdym razie sprawa zostaje między nami – rzekł.
– Panie Wokulski – odparł Żyd uroczyście – ja myślę, że pan nie potrzebował to
powiedzieć. Pański sekret to mój sekret. Pan ujął się za mój Henryczek, pan nie
prześladuje Żydów...
Pożegnali się i Wokulski wrócił do swego mieszkania. Tam zastał już
Maruszewicza, z którym pojechał do rajtszuli obejrzeć kupioną klacz.
Rajtszula składała się z dwu połączonych ze sobą budynków, tworzących jedną
całość w formie szlify. W części okrągłej mieścił się maneż, w prostokątnej
stajnie.
W chwili gdy Wokulski z Maruszewiczem weszli tam, odbywała się lekcja
konnej jazdy. Czterech panów i jedna dama jeździli, koń za koniem, wzdłuż
ścian maneżu; na środku stał dyrektor zakładu, mężczyzna z miną wojskową, w
granatowej kurtce, białych obcisłych spodniach i wysokich butach z ostrogami.
Był to pan Miller ; komenderował jeźdźcami pomagając sobie w tej czynności
długim batem, którym od czasu do czasu podcinał źle manewrującego konia,
przy czym krzywił się jeździec. Wokulski zauważył naprędce, że jeden z panów,
który jeździł bez strzemion, trzymając prawą rękę za plecami, ma minę łobuza,
że drugi z nich pragnie zająć na koniu stanowisko środkujące między szyją a
zadem, a czwarty wygląda tak, jakby w każdej chwili usiłował zsiąść z konia i
już do końca życia nie ćwiczyć się w ekwitacji. Tylko dama w amazonce
jeździła śmiało i zręcznie, co Wokulskiemu nasunęło myśl, że na świecie nie ma
dla kobiet pozycji ani niewygodnej, ani niebezpiecznej.
Maruszewicz zapoznał swego towarzysza z dyrektorem.
– Właśnie czekałem na panów i natychmiast służę. Panie Szulc!...
Wbiegł pan Szulc, młody blondyn, odziany również w granatową kurtkę, lecz
jeszcze wyższe buty i obciślejsze spodnie. Z wojskowym ukłonem wziął do ręki
symbol dyrekrorskiej władzy i zanim Wokulski opuścił maneż, przekonał się, że
Szulc mimo młodego wieku energiczniej włada batem aniżeli sam dyrektor.
Drugi bowiem pan aż syknął, a czwarty rozpoczął formalną kłótnię.
– Pan – rzekł dyrektor do Wokulskiego – przyjmuje klacz barona ze wszelkimi
przynależnościami : siodłami, derami i tam dalej?...
– Naturalnie.
– W takim razie mam u pana sześćdziesiąt rubli za stajnię, której pan
Krzeszowski nie opłacił.
– Trudna rada.
Weszli do stajenki widnej jak pokój, nawet ozdobionej dywanami, niezbyt
zresztą cennymi. Żłób był nowy i pełny, drabina toż samo, na podłodze leżała
świeża słoma. Pomimo to bystre oko dyrektora dojrzało jakąś niestosowność,
krzyknął bowiem:
165
– Cóż to za porządek. panie Ksawery, do stu par diabłów!... Czy i w pańskiej
sypialni konserwują się takie rzeczy?
Drugi pomocnik dyrektora ukazał się tylko na chwilę. Spojrzał, zniknął i z
korytarza zawołał:
– Wojciech!... do stu tysięcy diabłów... Zaraz mi zrób porządek, bo ci to
wszystko każę położyć na stole...
– Szczepan!... cholero jakiś... – odezwał się trzeci głos za przepierzeniem. – Jak
mi jeszcze raz, pieskie nasienie, tak stajnię zostawisz, to ci każę zbierać
zębami...
Jednocześnie rozległo się kilka tępych uderzeń, jakby ktoś pochwycił kogoś
drugiego za głowę i uderzał nią o ścianę. Niebawem zaś przez okno stajni
zobaczył Wokulski młodzieńca z metalowymi guzikami przy kurtce, który
wybiegł na podwórze po miotłę i znalazłszy takową, mimochodem zwalił przez
łeb gapiącego się Żydka. Jako przyrodnik, podziwiał Wokulski tę nową formę
prawa zachowania siły, gdzie gniew dyrektora w tak szczególny sposób
zawędrował aż do istoty znajdującej się poza rajtszulą.
Tymczasem dyrektor kazał wyprowadzić klacz na korytarz. Było to piękne
zwierzę na cienkich nóżkach, z małą główką i oczyma, z których przeglądał
dowcip i rzewność. Klaczka w przechodzie zwróciła się do Wokulskiego
wąchając go i chrapiąc, jakby w nim odgadła pana.
– Już pana poznała – rzekł dyrektor. – Niech jej pan da cukru... Piękna klacz!...
To mówiąc wydobył z kieszeni kawałek brudnej substancji, nieco zalatującej
tytuniem. Wokulski podał to klaczy, która bez namysłu zjadła.
– Zakładam się o pięćdziesiąt rubli, że wygra! – zawołał dyrektor. – Trzyma pan?
– Owszem – odpowiedział Wokulski.
– Wygra niezawodnie. Dam doskonałego dżokeja, a ten poprowadzi ją według
mojej instrukcji. Ale gdyby została przy baronie Krzeszowskim, niech mnie
piorun trzaśnie, przywlokłaby się trzecia do mety. Zresztą nawet nie trzymałbym
jej na stajni...
– Dyrektor jeszcze nie może uspokoić się – wtrącił ze słodkim uśmiechem
Maruszewicz.
– Uspokoić się!... – krzyknął dyrektor czerwieniejąc z gniewu.– No, niech pan
Wokulski osądzi, czy mogę nadal utrzymywać stosunki z człowiekiem, który
opowiadał, że ja sprzedałem w Lubelskie konia, co miał koler!... Takich rzeczy -
wołał, coraz mocniej podnosząc głos – nie zapomina się, panie Maruszewicz. I
gdyby hrabia nie załagodził afery, pan Krzeszowski miałby dziś kulę w udzie...
Ja sprzedałem konia, co miał koler!... Żebym miał zapłacić od siebie sto rubli,
klacz wygra... Żeby miała paść... Przekona się pan baron... Koń miał koler!...
Ha! Ha! Ha!... – wybuchnął demonicznym śmiechem dyrektor.
Po obejrzeniu klaczy panowie udali się do kancelarii, gdzie Wokulski
uregulował należne rachunki przysięgając sobie nie mówić o żadnym koniu, że
ma koler. Na pożegnanie zaś odezwał się:
– Czy nie mógłbym, dyrektorze, wprowadzić tę klacz na wyścigi bezimiennie?
166
– Zrobi się.
– Ale...
– O! niech pan będzie spokojny – odparł dyrektor ściskając go za rękę. – Dla
dżentelmena dyskrecja jest pierwszą cnotą. Spodziewam się, że i pan
Maruszewicz...
– O!... – potwierdził Maruszewicz trzęsąc głową i ręką w taki sposób, że o
tajemnicy pogrzebanej w jego piersiach nic można było wątpić.
Wracając obok maneżu Wokulski znowu usłyszał trzaśnięcie batem, po którym
czwarty pan znowu rozpoczął kłótnię z zastępcą dyrektora.
– To jest niedelikatność, mój panie!... – krzyczał czwarty.– Odzienie mi popęka...
– Wytrzyma – odparł flegmatycznie pan Szulc trzaskając batem w kierunku
drugiego pana.
Wokulski opuścił rajtszulę.
Gdy, pożegnawszy się z Maruszewiczem, siadał w dorożkę, przyszła mu
szczególna myśl do głowy:
„Jeżeli ta klacz wygra, to panna Izabela pokocha mnie...”
I nagle zawrócił się; jeszcze przed chwilą obojętne zwierzę stało mu się
sympatycznym i interesującym.
Wchodząc powtórnie do stajenki usłyszał znowu charakterystyczny łoskot
głowy ludzkiej uderzanej o ścianę. Jakoż istotnie z sąsiedniego przedziału
wybiegł mocno zarumieniony chłopak stajenny, Szczepan, z włosami ułożonymi
w taki wicherek, jakby mu dopiero co wyjęto z nich rękę, a zaraz po nim ukazał
się i furman, Wojciech, który ocierał o kurtkę nieco zatłuszczone palce.
Wokulski dał starszemu trzy ruble, młodszemu rubla i obiecał im na przyszłość
gratyfikacje, byle tylko klaczka nie miała krzywdy.
– Będę jej, panie, doglądał lepiej niż własnej żony – odpowiedział Wojciech z
niskim ukłonem. – Ale i stary jej nie skrzywdzi, owszem... Na wyścigu, panie,
pójdzie kobyłka jak szkło...
Wokulski wszedł do stajenki i z kwadrans przypatrywał się klaczy. Niepokoiły
go jej delikatne nóżki i sam drżał na widok dreszczów przebiegających jej
aksamitną skórę, myślał bowiem, że może zachorować. Potem objął ją za szyję,
a gdy oparła mu na ramieniu główkę, całował ją i szeptał:
– Gdybyś ty wiedziała, co od ciebie zależy!... gdybyś wiedziała...
Odtąd po parę razy na dzień jeździł do maneżu, karmił klacz cukrem i pieścił się
z nią. Czuł, że w jego realnym umyśle zaczyna kiełkować coś jakby przesąd.
Uważał to za dobrą wróżbę, gdy klacz witała go wesoło, lecz gdy była smutna,
niepokój poruszał mu serce. Już bowiem jadąc do maneżu mówił sobie: „Jeżeli
zastanę ją wesołą, to mnie panna Izabela pokocha.”
Niekiedy budził się w nim rozsądek; wówczas opanowywał go gniew i pogarda
dla samego siebie.
„Cóż to – myślał – czy moje życie ma zależeć od kaprysu jednej kobiety?... Czy
nie znajdę stu innych?... Alboż pani Meliton nie obiecywała, że mnie zapozna z
trzema, z czterema równie pięknymi?... Raz, do licha, muszę się ocknąć!...”
167
Ale zamiast ocknąć się, coraz głębiej zapadał w opętanie. Zdawało mu się w
chwilach świadomości, że na ziemi jeszcze chyba istnieją czarodzieje i że jeden
z nich rzucił na niego klątwę. Wtedy mówił z trwogą:
„Ja nie jestem ten sam... Ja robię się jakimś innym człowiekiem... Zdaje mi się,
że mi ktoś zamienił duszę!...”
Chwilami znowu zabierał w nim głos przyrodnik i psycholog:
„Oto – szeptał mu gdzieś w głębi mózgu – oto jak mści się natura za pogwałcenie
jej praw. Za młodu lekceważyłeś serce, drwiłeś z miłości, sprzedałeś się na
męża starej kobiecie, a teraz masz!... Przez długie lata oszczędzany kapitał
uczuć zwraca ci się dziś z procentem...”
.,Dobrze to – myślał – ale w takim razie powinienem zostać rozpustnikiem;
dlaczegóż więc myślę o niej jednej?”
„Licho wie – odpowiadał oponent. – Może właśnie ta kobieta najlepiej nadaje się
do ciebie. Może naprawdę, jak mówi legenda, dusze wasze stanowiły kiedyś,
przed wiekami, jedną całość...”
„Więc i ona powinna by mnie kochać... – mówił Wokulski. A potem dodawał: -
Jeżeli klacz wygra na wyścigach, będzie to znakiem, że mnie panna Izabela
pokocha... Ach! stary głupcze, wariacie, do czego ty dochodzisz?...”
Na parę dni przed wyścigami złożył mu w mieszkaniu wizytę hrabia-Anglik, z
którym zaznajomił się podczas sesji u księcia.
Po zwykłym powitaniu hrabia usiadł sztywnie na krześle i rzekł:
– Z wizytą i z interesem – t e k!...Czy wolno?...
– Służę hrabiemu.
– Baron Krzeszowski – ciągnął hrabia – którego klacz nabył pan, zresztą
najzupełniej prawidłowo – t e k – ośmiela się najuprzejmiej prosić pana o
ustąpienie mu jej. Cena nie stanowi nic... Baron porobił duże zakłady...
Proponuje tysiąc dwieście rubli...
Wokulskiemu zrobiło się zimno; gdyby sprzedał klacz; panna Izabela mogłaby
nim pogardzić.
– A jeżeli i ja mam moje widoki na tę klacz, panie hrabio? odparł.
– W takim razie pan ma słuszne pierwszeństwo, tek – wycedził hrabia.
– Zdecydował pan kwestię – rzekł Wokulski z ukłonem.
– Czy tek?... Bardzo żałuję barona, ale pańskie prawa są lepsze.
Wstał z krzesła jak automat na sprężynach pożegnawszy się dodał :
– Kiedyż do rejenta, drogi panie, z naszą spółką?... Namyśliwszy się przystępuję
z pięćdziesięcioma tysiącami rubli... Tek.
– To już zależy od panów.
– Bardzo pragnąłbym widzieć ten kraj kwitnącym i dlatego, panie Wokulski,
posiada pan całą moją sympatię i szacunek, tek, bez względu na zmartwienie,
jakie pan robi baronowi. Tek, był pewnym, że mu pan ustąpi konia...
– Nie mogę.
– Pojmuję pana – zakończył hrabia. – Szlachcic, choćby się odział w skórę
przemysłowca, musi wyleźć z niej przy lada okazji. Pan zaś, proszę mi
168
wybaczyć śmiałość, jesteś przede wszystkim szlachcicem, i to w angielskiej
edycji, jakim każdy z nas być powinien.
Mocno uścisnął mu rękę i wyszedł. Wokulski przyznawał w duszy, że ten
oryginał, udający marionetkę, ma jednak dużo sympatycznych przymiotów.
„Tak – szepnął – z tymi panami przyjemniej żyć aniżeli z kupcami. Oni są
naprawdę ulepieni z innej gliny...”
A potem dodał:
„I dziwić się, że panna Izabela pogardza takim jak ja, wychowawszy się wśród
takich jak oni... No, ale co oni robią na świecie i dla świata?... Szanują ludzi,
którzy mogą dać piętnasty procent od ich kapitałów... To jeszcze nie zasługa.”
„Tam do licha! – mruknął strzelając z palców – a skąd oni wiedzą, że ja kupiłem
klacz?... Bagatela!... przecież kupiłem ją od pani Krzeszowskiej za
pośrednictwem Maruszewicza... Zresztą za często bywam w maneżu, wie o
mnie cała służba... Eh! zaczynam już palić głupstwa, jestem nieostrożny... Nie
podobał mi się ten Maruszewicz...”
ROZDZIAŁ TRZYNASTY:
WIELKOPAŃSKIE ZABAWY
Nareszcie nadszedł dzień wyścigów, pogodny, ale nie gorący; właśnie jak
potrzeba. Wokulski zerwał się o piątej i natychmiast pojechał odwiedzić swoją
klacz. Przyjęła go dość obojętnie, ale była zdrowa, a pan Miller pełen otuchy:
– Co?... – śmiał się trącając Wokulskiego w ramię. – Palisz się pan, co?... Ocknął
się w panu sportsmen!... My, panie, przez cały czas wyścigów jesteśmy w
gorączce. Nasz zakładzik o pięćdziesiąt rubli stoi, co?... Jakbym je miął w
kieszeni; mógłbyś je pan natychmiast zapłacić.
– Zapłacę z największą przyjemnością – odparł Wokulski i myślał: „Czy klacz
wygra?... czy go panna Izabela kiedy pokocha? czy się coś nie stanie?... A jeżeli
klacz złamie nogę!...”
Ranne godziny wlokły mu się, jakby do nich zaprzężono woły. Wokulski na
chwilę tylko wpadł do sklepu, przy obiedzie nie mógł jeść, potem poszedł do
Saskiego Ogrodu ciągle myśląc: „Czy klacz wygra i czy go panna Izabela
pokocha?...” Przemógł się jednak i wyjechał z domu dopiero około piątej.
W Alejach Ujazdowskich był już taki natłok powozów i dorożek, że miejscami
należało jechać stępa, przy rogatce zaś utworzył się formalny zator i musiał
czekać z kwadrans, pożerany niecierpliwością, zanim ostatecznie powóz jego
wydostał się na mokotowskie pola. Na skręcie drogi Wokulski wychylił się i
przez mgłę żółtawego kurzu, który gęsto osiadał mu twarz i odzienie,
przypatrywał się wyścigowemu polu. Plac wydawał mu się dzisiaj
nieskończenie wielkim i przykrym, jakby nad nim unosiło się widmo
niepewności Z daleka przed sobą widział długi sznur ludzi uszykowanych w
półkole, które ciągle zwiększało się dopływającymi gromadami.
169
Nareszcie dojechał na miejsce i znowu upłynęło z dziesięć minut, nim służący
powrócił z kasy z biletem. Dokoła powozu tłoczyła się ciżba bezpłatnych
widzów i huczał gwar tysiąca głosów, a Wokulskiemu zdawało się, że wszyscy
mówią tylko o jego klaczy i drwią z kupca, który bawi się w wyścigi.
Nareszcie powóz puszczono wewnątrz toru. Wokulski zeskoczył na ziemię i
pobiegł do swej klaczy usiłując zachować powierzchowność obojętnego widza.
Po długim szukaniu znalazł ją na środku wyścigowego placu, a przy niej panów
Millera i Szulca tudzież dżokeja z wielkim cygarem w ustach, w czapce żółtej z
niebieskim i w paltocie narzuconym na ramiona. Jego klacz wobec ogromnego
placu i niezliczonych tłumów wydała mu się tak małą i mizerną, że
zdesperowany chciał wszystko rzucić i wracać do domu. Ale panowie Miller i
Szulc mieli fizjognomie jaśniejące nadzieją.
– Nareszcie jest pan – zawołał dyrektor maneżu i wskazując oczyma na dżokeja
dodał: – Zapoznam panów: pan Yung, najznakomitszy w kraju dżokej – pan
Wokulski.
Dżokej podniósł dwa palce do żółto-niebieskiej czapki, a wyjąwszy drugą ręką
cygaro z ust plunął przez zęby.
Wokulski przyznał w duchu, że tak chudego i tak małego człowieka jeszcze w
życiu nie widział. Zauważył przy tym, że dżokej ogląda go jak konia: ode łba do
pęcin, i wykonywa krzywymi nogami ruchy, jakby miał zamiar wsiąść i
przejechać się na nim.
– Niechże pan powie, panie Yung, czy nie wygramy? – spytał dyrektor.
– Och! – odpowiedział dżokej.
– Tamte dwa konie są niezłe, ale nasza klacz znakomita – mówił dyrektor.
– Och! – potwierdził dżokej.
Wokulski odprowadził go na stronę i rzekł:
– Jeżeli wygramy, będę panu winien pięćdziesiąt rubli ponad umowę.
– Och! – odparł dżokej, a przypatrzywszy się Wokulskiemu dodał:
– Pan jest czysty krew sportsmen, ale jeszcze pan trochu gorączkuje. Na przyszły
rok będzie spokojniejszy.
Znowu plunął na długość konia i poszedł w stronę trybuny, a Wokulski,
pożegnawszy panów Millera i Szulca, popieściwszy klaczkę, wrócił do swego
powozu.
Teraz zaczął szukać panny Izabeli.
Obszedł długi łańcuch powozów ustawionych wzdłuż toru, przypatrywał się
koniom, służbie, zaglądał pod parasolki damom, ale panny Izabeli nie dostrzegł.,
„Może nie przyjedzie?” – szepnął i zdawało mu się, że cały ten plac napełniony
ludźmi zapada wraz z nim pod ziemię. Miał też po co wyrzucać tyle pieniędzy,
jeżeli jej tu nie będzie! A może pani Meliton, stara intrygantka, okłamała go na
spółkę z Maruszewiczem?...
Wszedł na schodki wiodące do trybuny sędziów i oglądał się na wszystkie
strony. Na próżno. Gdy schodził stamtąd, zatamowali mu drogę dwaj tyłem
170
stojący panowie, z których jeden, wysoki, z wszelkimi cechami sportsmena,
mówił podniesionym głosem:
– Czytając od dziesięciu lat, jak łają nas za zbytki, już chciałem poprawić się i
sprzedać stajnię. Tymczasem widzę, że człowiek, który wczoraj dorobił się
majątku, dziś puszcza konia na wyścigach... Ha! myślę, toście wy takie
ptaszki?... Nas moralizujecie, a gdy się uda, robicie to samo?.. Otóż nie
poprawię się, nie sprzedam stajni, nie...
Jego towarzysz spostrzegłszy Wokulskiego trącił mówcę, który nagle urwał.
Korzystając z chwili Wokulski chciał ich minąć, ale wysoki pan zatrzymał go.
– Przepraszam – odezwał się dotykając kapelusza – że ośmieliłem się robić tego
rodzaju uwagi... Jestem Wrzesiński... . – Z przyjemnością słuchałem ich -
odpowiedział z uśmiechem Wokulski – ponieważ w duchu mówię sobie to samo.
Zresztą – staję na wyścigach pierwszy i ostatni raz w życiu.
Podali sobie ręce z wysokim sportsmenem, który gdy Wokulski odsunął się na
parę kroków, mruknął:
– Dziarski chłop...
Teraz dopiero Wokulski kupił program i z uczuciem jakby wstydu czytał, że w
trzeciej gonitwie biega klacz Sułtanka po Alim i Klarze, należąca do X. X.,
jeżdżona przez dżokeja Yunga w żółtej kurtce z niebieskimi rękawami. Nagroda
trzysta rubli; koń wygrywający ma być na miejscu sprzedany.
„Oszalałem!” – mruknął Wokulski dążąc w stronę galerii. Myślał, że chyba tam
jest panna Izabela, i projektował, że natychmiast wróci do domu, jeżeli jej nie
znajdzie.
Opanował go pesymizm. Kobiety wydawały mu się brzydkimi, ich barwne
stroje dzikimi, ich kokieteria wstrętną. Mężczyźni byli głupi, tłum ordynaryjny,
muzyka wrzaskliwa. Wchodząc na galerię śmiał się z jej skrzypiących schodów
i starych ścian, na których było widać ślady deszczowych zacieków. Znajomi
kłaniali mu się, kobiety uśmiechały się do niego, tu i owdzie szeptano: „Patrz!
patrz!...” Ale on nie uważał. Stanął na najwyższej ławie galerii i ponad pstrym a
huczącym tłumem patrzył przez lornetę na drogę, aż hen pod rogatkę, widząc
tylko kłęby żółtego kurzu.
„Co te galerie robią przez cały rok?” – myślał. I przywidziało mu się, że na
próchniejących ławach zasiadają tu co noc wszyscy zmarli bankruci, pokutujące
kokoty, wszelkiego stanu próżniacy i utracjusze, których wypędzono nawet z
piekła, i przy smutnym blasku gwiazd przypatrują się wyścigom szkieletów
koni, które poginęły na tym torze. Zdawało mu się, że nawet w tej chwili widzi
przed sobą zbutwiałe stroje i czuje zapach stęchlizny.
Zbudził go okrzyk tłumu, dzwonek i brawo... To odbył się pierwszy wyścig.
Nagle spojrzał na tor i zobaczył wjeżdżający do szranków powóz hrabiny.
Siedziały hrabina z prezesową, a na przodzie pan Łęcki z córką.
Wokulski sam nie wiedział, kiedy zbiegł z galerii i kiedy wszedł do koła. Kogoś
potrącił, ktoś pytał go o bilet... Pędził prosto przed siebie i od razu wpadł na
powóz. Lokaj hrabiny ukłonił mu się z kozła, a pan Łęcki zawołał:
171
– Otóż i pan Wokulski!...
Wokulski przywitał się z paniami, przy czym prezesowa znacząco ścisnęła go za
rękę, a pan Łęcki spytał:
– Czy naprawdę kupiłeś, panie Stanisławie, klacz Krzeszowskiego?
– Tak jest.
– No, wiesz co, żeś mu spłatał figla, a mojej córce zrobiłeś miłą niespodziankę...
Panna Izabela zwróciła się do niego z uśmiechem.
– Założyłam się z ciocią – rzekła – że baron nie utrzyma swojej klaczy do
wyścigów i wygrałam, a drugi raz założyłam się z panią prezesową, że klacz
wygra...
Wokulski okrążył powóz i zbliżył się do panny Izabeli, która mówiła dalej:
– Naprawdę to przyjechałyśmy tylko na ten wyścig: pani prezesowa i ja. Bo
ciocia udaje, że gniewa się na wyścigi... Ach, panie, pan musi wygrać...
– Jeżeli pani zechce, wygram – odparł Wokulski patrząc na nią ze zdumieniem...
Nigdy nie wydała mu się tak piękną jak teraz w wybuchu niecierpliwości. Nigdy
też nie marzył, ażeby rozmawiała z nim tak łaskawie.
Spojrzał po obecnych. Prezesowa była wesoła, hrabina uśmiechnięta, pan Łęcki
promieniejący. Na koźle lokaj hrabiny półgłosem zakładał się z furmanem, że
Wokulski wygra. Dokoła nich kipiały śmiech i radość. Radował się tłum,
galerie, powozy; kobiety w barwnych strojach były piękne jak kwiaty i
ożywione jak ptaki. Muzyka grała fałszywie, ale raźnie; konie rżały, sportsmeni
zakładali się, przekupnie zachwalali piwo, pomarańcze i pierniki. Radowało się
słońce, niebo i ziemia, a Wokulski poczuł się w tak dziwnym nastroju, że
chciałby wszystko i wszystkich porwać w objęcia.
Odbył się drugi wyścig, muzyka znowu zagrała. Wokulski pobiegł do trybuny, a
spotkawszy Yunga, który z siodłem w ręku powracał w tej chwili od wagi,
szepnął mu:
– Panie Yung, musimy wygrać... Sto rubli nad umowę... Niech bodaj klacz
padnie...
– Och!... – jęknął dżokej przypatrując mu się z odcieniem chłodnego podziwu.
Wokulski kazał dojechać swemu powozowi bliżej hrabiny i wrócił do pań.
Uderzyło go to, że przy nich nikt nie stał. Wprawdzie marszałek i baron zbliżyli
się do ich powozu, ale obojętnie przyjęci przez pannę Izabelę niebawem
odsunęli się. Lecz młodzież kłaniała się z daleka i omijała.
„Rozumiem – pomyślał Wokulski. – Oziębiła ich wiadomość o licytacji domu. A
teraz – dodał w duchu, patrząc na pannę Izabelę– przekonaj się, kto naprawdę
kocha ciebie, nie twój majątek.”
Zadzwoniono na trzeci wyścig. Panna Izabela stanęła na siedzeniu; na twarz jej
wystąpiły rumieńce. O parę kroków od niej przejechał na Sułtance Yung z miną
człowieka, który się nudzi.
– Spraw się dobrze, ty śliczna!... – zawołała panna Izabela.
Wokulski wskoczył do swego powozu i otworzył lornetę. Był tak pochłonięty
wyścigiem, że na chwilę zapomniał o pannie Izabeli. Sekundy rozciągały mu się
172
w godziny; zdawało mu się, że jest przywiązany do trzech koni mających się
ścigać i że każdy ich ruch niepotrzebny szarpie mu ciało. Uważał, że jego klacz
nie ma dość ognia i że Yung jest zanadto obojętny. Mimo woli słyszał rozmowy
otaczających go:
– Yung weźmie..,
– Ale... Przypatrz się pan temu gniademu...
– Dałbym dziesięć rubli, żeby Wokulski wygrał... Utarłby nosa hrabiom...
– Krzeszowski wściekłby się...
Dzwonek. Trzy konie z miejsca ruszyły cwałem.
– Yung na przodzie...
– To właśnie głupstwo...
– Już minęli zakręt...
– Pierwszy zakręt, a gniady tuż za nim.
– Drugi... Znowu wysunął się...
– Ale gniady idzie...
– Pąsowa kurtka w tyle...
– Trzeci zakręt... Ależ Yung nic sobie z nich nie robi...
– Gniady dopędza...
– Patrzcie!... patrzcie!... Pąsowy bierze gniadego...
– Gniady na końcu... Przegrałeś pan...
– Pąsowy bierze Yunga...
– Nie weźmie, już ćwiczy konia...
– Ale... ale... Brawo Yung!... Brawo Wokulski!... Klacz idzie jak woda!...
Brawo!...
– Brawo!... brawo!.:.
Dzwonek. Yung wygrał. Wysoki sportsmen wziął klacz za uzdę i
zaprowadziwszy przed trybunę sędziów zawołał:
– Sułtanka!... Jeździec Yung!... Właściciel anonim...
– Co to anonim... Wokulski... Brawo Wokulski!... – wrzeszczał tłum.
– Właściciel pan Wokulski! – powtórzył wysoki dżentelmen i odesłał klacz na
licytację.
Wśród tłumu zbudził się szalony zapał dla Wokulskiego. Jeszcze żaden wyścig
tak nie rozruszał widzów: cieszono się, że warszawski kupiec pobił dwu
hrabiów.
Wokulski zbliżył się do powozu hrabiny. Pan Łęcki i damy starsze winszowały
mu; panna Izabela milczała.
W tej chwili przybiegł wysoki sportsmen.
– Panie Wokulski – rzekł – oto są pieniądze. Trzysta rubli nagrody, ośmset za
klacz, którą ja kupiłem...
Wokulski z paczką banknotów zwrócił się do panny Izabeli:
– Czy pozwoli pani, ażebym na jej ręce złożył to dla ochrony pań?...
Panna Izabela przyjęła paczkę z uśmiechem i prześlicznym spojrzeniem.
173
Wtem ktoś potrącił Wokulskiego. Był to baron Krzeszowski. Blady z gniewu
zbliżył się do powozu i wyciągając rękę do panny Izabeli zawołał po francusku:
– Cieszę się, kuzynko, że twoi wielbiciele triumfują... Przykro mi tylko, że na
mój koszt... Witam panie! – dodał kłaniając się hrabinie i prezesowej.
Twarz hrabiny powlokła się chmurą; pan Łęcki był zakłopotany, panna Izabela
zbladła. Baron w impertynencki sposób osadził spadające mu binokle i ciągle
patrząc na pannę Izabelę mówił:
– Tak jest... Mam szczególniejsze szczęście do wielbicieli kuzynki...
– Baronie... – wtrąciła prezesowa.
– Przecież nie mówię nic złego... Mówię tylko, że mam szczęście do...
Stojący za nim Wokulski dotknął jego ramienia.
– Słówko, panie baronie – rzekł.
– Ach, to pan – odparł baron przypatrując mu się. Odeszli na bok.
– Pan mnie potrącił, panie baronie...
– Bardzo przepraszam...








