355 500 произведений, 25 200 авторов.

Электронная библиотека книг » Robert Szmidt » Ucieczka z Raju » Текст книги (страница 1)
Ucieczka z Raju
  • Текст добавлен: 19 мая 2017, 19:30

Текст книги "Ucieczka z Raju"


Автор книги: Robert Szmidt



сообщить о нарушении

Текущая страница: 1 (всего у книги 20 страниц)

Robert J. Szmidt

Pola Dawno Zapomnianych Bitew Tom 2

Ucieczka z Raju

Wydanie 2016 rok

PROLOG

System Valis 11, Sektor Zebra, 18.09.2354

– Ile jest gwiazd w naszej Galaktyce? – zapytał niespodziewanie komandor Garyan Zachs.

Szóstka rekrutów nie wyglądała już tak radośnie jak jeszcze przed chwilą, gdy nowy

przełożony opowiadał im o bazie Korpusu Zwiadowczego i misjach, w których – zapewne już

wkrótce – będą mogli wziąć udział.

– Czterysta siedemdziesiąt sześć miliardów – odpowiedział po krótkiej chwili wahania

Danthony Reyes, najmłodszy z zaciągu, szczupły, niski blondyn o bardzo wydłużonej twarzy, siedzący w drugim rzędzie po prawej.

Poirytowany Zachs przymknął skośne oczy. To były podstawy wiedzy; coś, co każdy średnio rozgarnięty człowiek, a w szczególności adept Orbitalnej Akademii Floty powinien

wyrecytować z pamięci w środku nocy, nawet gdy zostanie brutalnie wyrwany z najgłębszego

snu. Niestety w niewielkiej sali odpraw nie było w tym momencie ani jednego kadeta.

Komandor miał przed sobą najzwyklejszych w świecie rekrutów: zwabionych obietnicami

wielkiej przygody cywilów z najbardziej zapadłych dziur znanej przestrzeni. Sześcioro, mimo

że wielokrotnie zgłaszał dowództwu zapotrzebowanie na dziewięciu nowych operatorów.

Za moich czasów… – pomyślał.

Za jego czasów na Rubieże leżące za Terytoriami Wewnętrznymi trafiała wyłącznie elita.

Tylko najlepsi z najlepszych mogli nadzorować bezzałogowe sondy wysyłane poza granice zdobytej przez ludzkość przestrzeni. Dzisiaj, gdy daleki zwiad przestał być pełnym nadziei kontaktem z nieznanym, odkrywanie i katalogowanie nowych systemów gwiezdnych składano na barki nie asów, ale zwykłych przeciętniaków, takich jak ci chłopcy…

– i dziewczyna, poprawił się w myślach, zerkając w kierunku nazbyt szczupłej jak na jego gust mieszkanki jednej z peryferyjnych stacji orbitalnych – których wiózł teraz na Valis 11, najdalej wysunięty posterunek Federacji od strony centrum Galaktyki. I nie dziwota; po trzystu trzydziestu dwóch latach eksploracji Ramienia Oriona wciąż nie natrafiono na żaden ślad zaawansowanej obcejcywilizacji, który sugerowałby, że gdzieś tam, w mrowiu setek miliardów gwiazd, ludzkośćodnajdzie kiedyś braci w rozumie.

Na twarzy komandora pojawił się blady uśmiech. Nie do końca prawdziwe były

twierdzenia o braku życia w kosmosie. Znał jeden, choć niezbyt reprezentatywny wyjątek. Xan 4 z jego dwiema zwalczającymi się rasami. Wspomnienie uniesienia, z jakim oglądał pierwsze przekazy z Bety, było w nim wciąż żywe. Wtedy wierzył, że jest świadkiem narodzin nowej epoki, że współtworzy historię, nie bazy, nie korpusu, lecz całej cywilizacji… Dzisiaj czuł jedynie gorycz porażki, której nie osłodził mu nawet zasłużony awans na komandora.

Obcy po bliższej obserwacji okazali się bardzo prymitywnymi stworzeniami, jego zdaniem niegodnymi miana istot cywilizowanych, a admiralicja… Cóż, admiralicja postąpiła jak

zwykle w takich przypadkach. Odkrycie zostało natychmiast utajnione, nikt więc, prócz garstki

przydzielonych do projektu Dwa Słońca naukowców i żołnierzy, nie mógł się dowiedzieć

o pierwszym przełomie, który nie był aż tak wielkim sukcesem, jak początkowo sądzono, choć

w ogólnym rozrachunku przysłużył się korpusowi, i to bardzo.

Zwielokrotnienie budżetu, budowa niemal setki nowych sond, rozmieszczenie czterech

dodatkowych baz dalekiego zwiadu na obu Rubieżach – wszystko to miało przyśpieszyć tempo

eksploracji. I rzeczywiście, w ciągu zaledwie sześciu lat udało się przesunąć granice

Federacji o rekordowe osiemset parseków, aczkolwiek – pomimo wytężonej pracy setek ekip i wysłania sond do ponad dwunastu tysięcy kolejnych systemów gwiezdnych – Beta Xana 4

pozostała wyjątkiem i co gorsza, nic nie wskazywało, by w najbliższym czasie miało się to

zmienić.

– Czterysta siedemdziesiąt sześć miliardów – powtórzył Zachs, ponownie skupiając uwagę na przysłanych mu rekrutach. – W drugiej połowie dwudziestego wieku sądzono, że Droga

Mleczna składa się z około stu miliardów gwiazd, potem jednak, w miarę rozwoju dostępnych technologii, szacunki te zaczęły szybko rosnąć. W początkach dwudziestego pierwszego stulecia przyjmowano, że liczba ta może być dwukrotnie wyższa, pięćdziesiąt lat później podwojono ją raz jeszcze. Dzisiaj wiemy z całkowitą pewnością, że wokół masywnych

czarnych dziur tworzących serce naszej Galaktyki krąży nie mniej niż czterysta siedemdziesiąt

sześć miliardów gwiazd…

– Zamilkł na moment, by aktywować holo. – Przyjmijmy jednak na

chwilę, oczywiście dla ułatwienia, że jest ich pół biliona. – Światła w sali odpraw przygasły,

a nad głową komandora pojawił się hipnotyzujący migotliwym blaskiem wir.

– Droga Mleczna. Gdybyśmy poświęcali tylko sekundę na zbadanie każdego istniejącego w niej systemu, potrzebowalibyśmy niemal szesnastu tysięcy lat na pełną eksplorację wszystkich

ramion. Gdybyśmy poświęcali na to godzinę… dotarlibyśmy do ostatniej gwiazdy po pięćdziesięciu siedmiu milionach lat. Szmat czasu, nieprawdaż? – zażartował, ale spięci

rekruci nie zauważyli tego momentu rozluźnienia. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że dla

większości tych młodych ludzi jest to prawdopodobnie pierwsza tak daleka wyprawa

w przestrzeń.

– Niestety prawda jest znacznie bardziej skomplikowana od szacunków. Chociaż

korpus dysponuje dzisiaj ponad trzystoma nowoczesnymi sondami dalekiego zasięgu, każda

z naszych misji trwa nie sekundy, nie godziny, lecz całe dni, a czasami nawet tygodnie. W tym tempie, o ile nie zmienimy drastycznie metodologii poszukiwań polegającej na

systematycznym przeczesywaniu systemu po systemie, sektora po sektorze, przed końcem

tysiąclecia nie skolonizujemy nawet miejsca, w którym Ramię Oriona łączy się z Ramieniem

Perseusza. Kto mi powie, dlaczego tamtejsze skupiska gwiazd mają tak ogromne znaczenie?

Zgłosili się wszyscy – w końcu pytał o kolejną oczywistą oczywistość. Tym razem

komandor wybrał jedyną w tym gronie dziewczynę.

– Danaomi?

– Nie wiem dlaczego, ale tunele czasoprzestrzenne łączą gwiazdy znajdujące się w obrębie konkretnego ramienia Galaktyki.

– Zgadza się. Jedyna znana nam droga do sąsiedniego Ramienia Perseusza biegnie przez ten łącznik.

– A co z podróżami podprzestrzennymi? – zapytała po chwili wahania dziewczyna.

Zachs westchnął. Kolejna sprawa, o której nie musiałby wspominać, gdyby miał do

czynienia z zawodowcami.

– Napędy podprzestrzenne mają trzy podstawowe ograniczenia. Pierwsze to technologia:

nasze najpotężniejsze reaktory pozwalają na wykonanie skoków o maksymalnym zasięgu

półtora parseka. Drugie to czas: tego typu jednostki są o wiele wolniejsze. Tunele

czasoprzestrzenne pozwalają pokonać rok świetlny w niespełna kwadrans, a podróż na tę

samą odległość przy korzystaniu z podprzestrzeni zajmuje dwie doby standardowe. Trzecie to

precyzja. Z nieznanych nam jeszcze powodów nie jesteśmy w stanie wyliczyć dokładnie

punktu wyjścia. W dodatku im dalej skaczemy, tym rozrzut jest większy. Dlatego też

wykorzystujemy napęd podprzestrzenny wyłącznie w ruchu lokalnym, między systemami

leżącymi bardzo blisko siebie. Nie chcielibyście chyba się pojawić kilkanaście miliardów

kilometrów od celu podróży, zwłaszcza gdy reaktor jest przeciążony. Albo trafić w dysk

rozproszony systemu, nie mówiąc już o jego gwieździe centralnej, a takie przypadki

odnotowujemy kilka razy do roku… – Pokiwał głową ze smutkiem, wspominając los FSS

Magellan, jednej z pierwszych ofiar nowej technologii. Skok na maksymalny dystans

zakończył się wyjściem z podprzestrzeni niemal na granicy fotosfery lokalnej gwiazdy. Wielki

okręt badawczy wyparował w ułamku sekundy, a o jego zagładzie dowództwo dowiedziało się

z późniejszych analiz drgań pola grawitacyjnego. – Nie czarujmy się. Dopóki nie dotrzemy do

gromad gwiazd w rejonie łącznika, nie mamy co marzyć o podróżach po innych ramionach

Galaktyki…

– Dlaczego więc nie zaryzykujemy i nie poślemy tam choć jednej sondy? – wpadł mu

w słowo czarny jak otaczająca ten okręt pustka Zahartur Gawrylenko, Noworosjanin i jedyny

w tym towarzystwie mundurowy, sierżant policji z jakiejś zapyziałej kolonii górniczej, której

nazwy nie dało się wymówić. – Moglibyśmy uzyskać wiele odpowiedzi już teraz, nie

czekając, aż…

Uniesiony palec komandora ostudził zapał rekruta.

– Myślisz, chłopcze, że tobie pierwszemu to przyszło do głowy?

Zdezorientowany Gawrylenko milczał, pozostali spoglądali na niego niepewnie, zerkając

od czasu do czasu w kierunku rozbawionego Zachsa.

– Korpus wysyłał już sondy do łącznika? – Krępujące milczenie przerwała dopiero

Danaomi Ritter.

W jej głosie komandor wychwycił zdziwienie, a nawet szczyptę niedowierzania.

– Tak. Wysłaliśmy sondę do jednej z gromad kulistych łącznika – potwierdził po chwili

zastanowienia.

Spodobała mu się reakcja Noworosjanina.

Może chociaż on nie będzie kolejnym tępym narzędziem w rękach przełożonych i wykaże

kiedyś inicjatywę, jak oficerowie, z którymi niegdyś pracowałem – pomyślał.

– Czterdzieści osiem lat temu admiralicja, zniechęcona kilkoma dekadami ciągłych

niepowodzeń, uległa namowom kierownictwa naszej bazy i zgodziła się na wyjątkową misję

bardzo dalekiego zasięgu – powiedział, rozsiadając się wygodniej. – Celem sondy miała być

gromada kulista znajdująca się w samym sercu rozwidlenia. Rozumowaliśmy tak: to przecież

jedyny węzeł komunikacyjny obu ramion. Jedyna droga do centrum Galaktyki z Perseusza.

Jeśli w Drodze Mlecznej istnieje życie rozumne, to właśnie tam znajdziemy jego ślady.

Dowództwo wydzieliło specjalny zespół, w którym znalazło się szesnastu najlepszych

operatorów, w tym i ja… – Zachs przerwał, jakby do niego dotarło, że wykład

wprowadzający zszedł na niewłaściwe tory, ale jego wahanie było krótkie. Niech posłuchają,

może zainspiruje ich do czegoś więcej niż rutynowe odbębnianie służb. – Wtedy mapowaliśmy

niezbadaną przestrzeń nieco inaczej, niż robi się to teraz. Nie było jeszcze mierników van

Vogta, dzięki którym jesteśmy w stanie mierzyć napięcia i odkształcenia przestrzeni, więc

nasza sonda po dotarciu do kolejnego systemu wysyłała drony do wszystkich nowo odkrytych

studni grawitacyjnych, by sprawdzić, dokąd prowadzą. Po ich powrocie nanosiliśmy dane na

holomapę i wybieraliśmy kolejny cel lotu. Trzy lata i osiem miesięcy, tyle potrzebowaliśmy,

by znaleźć drogę do łącznika. Wykonaliśmy w tym czasie trzysta dziewięćdziesiąt cztery skoki,

z czego dwieście sześćdziesiąt osiem było chybionych. Czasami musieliśmy się cofać o osiem

albo nawet dziesięć tuneli czasoprzestrzennych, żeby wrócić na właściwą drogę. Ale w końcu

dopięliśmy swego… – zawiesił głos, a potem spuścił głowę.

– I co odkryliście? – zapytał po chwili niezręcznej ciszy ktoś z pierwszego rzędu.

Zachs westchnął ciężko.

– Nic. Zupełnie nic. Ani po drodze, ani w łączniku, choć przeczesywaliśmy lokalną

gromadę kulistą przez niemal pół roku, badając każdy tunel czasoprzestrzenny, jaki udało się

tam znaleźć. Trafialiśmy tylko na martwe planety krążące wokół najzwyczajniejszych

w świecie gwiazd. Nie zobaczyliśmy nic, czego byśmy wcześniej nie widzieli na tysiącach

zbadanych światów naszego ramienia. Coś wtedy pękło w ludziach, przekonałem się o tym na

własnej skórze. To był chyba ten moment, w którym ostatecznie straciliśmy nadzieję na

znalezienie braci w rozumie. Po zakończeniu misji zostawiliśmy sondę z przekazem o naszym

istnieniu w łączniku i wróciliśmy do rutynowych lotów, by skupić się na systematycznym

przeczesywaniu bliższej przestrzeni. Kolejne trzydzieści osiem lat…

– Chyba czterdzieści cztery – przerwał mu Gawrylenko. – Jeśli misja do łącznika zaczęła

się czterdzieści osiem lat temu…

Zachs otrząsnął się z zamyślenia. Mało brakowało, a zdradziłby tym szczylom odkrycie

Bety.

– Tak, przepraszam. Rozkojarzyłem się trochę tymi wspomnieniami. Wracając do

właściwego tematu naszego spotkania, od jutra zacznę was wprowadzać w procedury. Potem,

po zdaniu wszystkich testów, dostaniecie przydziały do… – Znów zamilkł, tym razem

zaskoczony pojawieniem się nowej ikonki na holokonsoli. Rubinowy punkt mrugał miarowo,

informując go o oczekującym połączeniu. Chodziło o audiowizualne połączenie kwantowe,

z Gammy, terraformowanej planety, wokół której krążyła stacja korpusu. To musiało być coś

pilnego, inaczej władze kolonii górniczej nie zezwoliłyby na takie obciążenie swoich, niezbyt

przecież wydajnych, reaktorów. – Wybaczcie na moment – mruknął, aktywując pole izolacyjne

wokół stanowiska i równocześnie włączając projektor. Na opalizującej ścianie pojawiła się

widmowa twarz starszego brodatego mężczyzny o oliwkowej skórze, haczykowatym nosie

i bardzo głęboko osadzonych oczach. – Słucham, zarządco Rami…

– Mamy problem ze stacją monitorowania strefy skoku! – wypalił podenerwowany

mężczyzna, zanim jego rozmówca zakończył grzecznościową formułkę powitania, i zaraz

dodał: – Dwie godziny temu otrzymaliśmy informację o wzmożeniu aktywności studni

grawitacyjnej numer pięć, sugerującym wyjście z nadprzestrzeni niewielkiej jednostki, chwilę

później nadeszły dane potwierdzające wykonanie skoku i… – Umilkł na moment, jakby musiał

zebrać myśli. – Tutaj robi się dziwnie. Po pięciu sekundach nadszedł komunikat o kolejnym

skoku, tym razem w przeciwnym kierunku, a potem stacja zamilkła na dobre.

– Nie pinguje…? – zaczął komandor, zanim dotarł do niego właściwy przekaz. Studnia

numer pięć prowadziła do systemu znajdującego się nadal poza granicami Federacji, korzystać

z niej więc mogły wyłącznie sondy korpusu. Żadna z nich jednak nie była w stanie wykonać

manewru, o jakim mówił zarządca. Przygotowanie sprzętu do ponownego skoku trwało co

najmniej sześć minut.

– Możecie sprawdzić, o co chodzi? – Ramirez wykorzystał moment wahania rozmówcy.

Każda sekunda tego połączenia zwiększała koszty. – Wasz okręt znajduje się teraz w połowie

drogi między Gammą a strefą skoku. Dotrzecie na miejsce w niespełna czterdzieści osiem

godzin, pięć razy szybciej niż jakakolwiek nasza jednostka.

Komandor zaklął pod nosem. Awaria stacji monitorowania rodziła poważny problem dla

kolonistów, nie mówiąc już o bazie. Wszystkie wyloty tuneli czasoprzestrzennych znajdowały

się w wąskim pasie przestrzeni zaledwie ćwierć jednostki astronomicznej od fotosfery

gwiazdy tego systemu, dokładnie w płaszczyźnie ekliptyki Drogi Mlecznej. Krótko mówiąc,

gdyby przeciętny człowiek mógł zobaczyć te anomalie, ujrzałby kłębowisko gigantycznych

węży wijących się za mknącą przez pustkę kosmosu gwiazdą. Galaktyka, wbrew pozorom, nie

była bowiem monolitem. Pojedyncze gwiazdy, gromady, mgławice, wszystkie elementy

szerokiego na sto siedemnaście tysięcy lat świetlnych wiru mknęły przez bezbrzeżną pustkę

z rozmaitymi prędkościami, czasami różniącymi się o dziesiątki tysięcy kilometrów na

sekundę, zatem nic dziwnego, że łączące je studnie grawitacyjne także pozostawały w ciągłym

ruchu. Mogło się nawet zdarzyć, że nadmiernie rozciągane rwały się i znikały, choć w skali

ludzkiego życia było to zjawisko niezwykle rzadkie. W ciągu ostatnich dwóch stuleci nauka

odnotowała tylko dwa takie przypadki. Raz zdarzyło się też, że czerwony olbrzym przechwycił

biegnącą w jego pobliżu anomalię, dzieląc ją i tworząc „punkt przesiadkowy”, jak określano

to zjawisko w nieoficjalnych raportach pionu badawczego. Naukowcy obserwowali teraz ten

system, by sprawdzić, czy dalszy ruch gwiazdy nie doprowadzi do ponownego scalenia

przepołowionego tunelu nadprzestrzennego.

Brak działającej stacji monitorowania oznaczał konieczność wstrzymania odlotów

z systemu. Wprawdzie ruch na Valis 11 nie należał do największych – tylko dwie z sześciu

odkrytych tu anomalii prowadziły na terytoria Federacji – ale i tak strefa skoku obsługiwała

kilka, a czasami nawet ponad dziesięć frachtowców na dobę. Do tego trzeba było dodać

wszystkie statki kurierskie, teledrony oraz prywatne jednostki należące do ludzi zatrudnionych

w kopalniach Gammy i Kappy. No i sondy korpusu, które korzystały z pozostałych czterech

studni. Czterdzieści osiem godzin lotu wewnątrzsystemowego – bo tyle potrzebował FSS

Walternest Rutheford na dotarcie do strefy skoku – oszczędzi górnikom trzy, a może nawet

cztery doby przestoju. Ich jednostki remontowe były naprawdę powolne, zwłaszcza

w porównaniu z potężnym okrętem wojennym.

Kolejnym impulsem skłaniającym komandora do udzielenia pomocy kolonistom był fakt, że

do uszkodzenia stacji monitorowania musiała doprowadzić któraś z powracających sond. Ze

studni prowadzących poza granicę nie przylatywało na Valis 11 nic, co nie należało do

Korpusu Zwiadowczego.

– Zajmiemy się tym – obiecał Zachs, widząc, że spoconemu zarządcy zaczyna nerwowo

drgać powieka. – Jeśli awaria stacji nastąpiła z naszej winy, dokonamy wszystkich napraw na

koszt korpusu. Jeśli sprzęt korporacji zawiódł z innego powodu, rozliczymy się jak zwykle.

Ramirez skinął szybko głową i rozłączył się bez zbędnych pożegnań. Każda sekunda tej

rozmowy pozbawiała jego kolonię kolejnych, jakże cennych megawatów energii. Komandor

spojrzał na timer. Połączenie trwało niemal minutę. Górnicy na pewno nie będą zadowoleni

z dzisiejszego przymusowego zaciemnienia – pomyślał, wyłączając pole izolacyjne.

– Mam dla was świetną wiadomość – rzucił w kierunku zaniepokojonych rekrutów. – Nasz

lot potrwa nieco dłużej, niż przypuszczałem. Wracamy do strefy skoku, by udzielić pomocy

technicznej tutejszej kolonii. Zanim dotrzemy do bazy, zdążymy przećwiczyć w polu

standardowe procedury alarmowe i ratunkowe, które i tak musielibyście zaliczyć przed

przyznaniem podstawowych kodów dostępu.

* * *

– Dziwne – mruknął Zachs, wpatrując się w przepływające przez wyświetlacze

komputerów ciągi danych. – Sprawdźcie to jeszcze raz – polecił, odwracając się do

podoficerów siedzących na kolistych stanowiskach operacyjnych po prawej. To oni

odpowiadali za łączność i sensory.

– Tak jest! – Zwięzła odpowiedź nadeszła niemal natychmiast.

Tu nie było czasu ani miejsca na dyskusje, choć zarówno komandor, jak i jego podwładni

doskonale zdawali sobie sprawę, że ponowne skanowanie przestrzeni nie może przynieść

niczego nowego.

FSS Walternest Rutheford dotarł do strefy skoku przed planowanym czasem, po niespełna

czterdziestu dwu godzinach lotu. Tak blisko gwiazdy można było podlecieć jedynie przy

włączonych na maksymalną moc polach siłowych. Krążownik klasy Minotaur nie miał z tym

jednak najmniejszego problemu. Jego generatory osłon, jak w przypadku każdego dużego

okrętu wojennego, dysponowały ogromnymi rezerwami nawet wtedy, gdy główny reaktor

pracował na pełnych obrotach od wielu godzin, a tak właśnie się stało, ponieważ Zachs chciał

jak najszybciej znaleźć się na miejscu i wyjaśnić sprawę.

Korpus nie dysponował niestety nagraniami z momentu katastrofy – a z nią najwyraźniej

mieli do czynienia, sądząc po rozpływającej się z wolna chmurze szczątków – ponieważ

Gamma, stacja orbitalna i transportowce w liczbie siedmiu, zmierzające obecnie w kierunku

strefy skoku, znajdowały się w czasie zdarzenia po drugiej stronie gwiazdy centralnej,

znacznie dalej niż krążownik. Jedynymi dowodami pozostawały więc odczyty sensorów

i przechwycone wcześniej transmisje kwantowe, które – Zachs musiał to przyznać niemal od

razu – niczego nie wyjaśniały.

Wielokrotnie odczytywał zwięzły komunikat zawierający informację o aktywności studni

numer pięć. Potem nadeszło jeszcze krótsze potwierdzenie wykonanego skoku i pięć sekund

później odbiorniki zarejestrowały kolejny sygnał, tym razem dotyczący wejścia

w nadprzestrzeń tego samego obiektu. I to by było na tyle.

Nic tu nie pasowało. Po pierwsze: tego dnia standardowego nie przewidywano powrotu

żadnej z osiemnastu sond badających pobliskie sektory przestrzeni. Po drugie: wszystkie

urządzenia przebywające za granicami Federacji wysłały prawidłowy sygnał zwrotny, po tym

jak komandor zarządził natychmiastową kontrolę wykonywanych misji. Po trzecie:

w przestrzeni przy strefie skoku znaleziono tylko czarną skrzynkę zniszczonej stacji

monitorowania. Ściągnięte z niej dane nie pomogły jednak w wyjaśnieniu zagadkowej kolizji.

Eksploatująca bogactwa Valis 11 firma StarMin była typową korporacją nastawioną na

maksymalizację zysków, nic więc dziwnego, że oszczędzała, na czym tylko mogła. Zwłaszcza

tutaj, na Rubieżach, gdzie mało kto liczył się z przepisami i ludźmi. W każdym cywilizowanym

systemie tak wiekowa stacja trafiłaby już dawno na złom, tutaj jednak posłużyłaby jeszcze

wiele lat, gdyby nie to niefortunne zdarzenie.

Z trzech przepisowych rejestratorów działał tylko jeden, a i to nie do końca. Ktoś odłączył

w nim moduł zapisu wizji, zapewne aby zmniejszyć do minimum obciążenie zabytkowych

procesorów. Zachs nie zdziwił się więc specjalnie, gdy jego technicy wydobyli z pamięci

czarnej skrzynki informacje o tym, że wspomnianej ingerencji dokonano już kilka lat temu. Dla

korporacji najważniejszy był przekaz kwantowy – tylko dzięki niemu koloniści mogli

kontrolować zdalnie ruch pozasystemowy. Problemami wynikającymi z niemożności ustalenia

przebiegu ewentualnego wypadku nikt więc nie zaprzątał sobie głowy. Słyszał ktoś w ogóle

o zniszczeniu takiego sprzętu podczas kolizji z obiektem wychodzącym z nadprzestrzeni?

Komandor nie pamiętał takiego wydarzenia, a miał za sobą kilka dekad czynnej służby

w sektorach zewnętrznych. Ale – jak słusznie zauważył kiedyś jego zastępca – zawsze musi

być pierwszy raz. Pech chciał, że do tego nietypowego wypadku doszło właśnie tutaj i teraz.

Jedno wszakże komandor ustalił ponad wszelką wątpliwość. Nie chodziło o przypadkową

kolizję stacji z uszkodzoną sondą. Korpus nie będzie więc musiał wypłacać górnikom

odszkodowania, a wręcz przeciwnie, otrzyma od zarządu kolonii całkiem ładną sumkę za

przeprowadzenie akcji ratunkowej i użyczenie sprzętu zastępującego zniszczoną stację do

czasu, aż StarMin sprowadzi na Rubieże jakiś nowy złom.

Mimo to Zachs czuł podskórnie niepokój. Choć wykonał skany i przeprowadził skrupulatne

dochodzenie, nadal nie wiedział, co zniszczyło stację. Z dostępnych danych i kolejnych analiz

rozproszenia szczątków wynikało, że kilkadziesiąt godzin wcześniej doszło tutaj do

bezpośredniego zderzenia z obiektem, który wyszedł z nadprzestrzeni. I to właśnie było

najdziwniejsze w tej całej sprawie.

Ludziom nawykłym do życia na planetach mogłoby się wydawać, że takie zderzenie to nic

szczególnego: licząca osiemdziesiąt metrów średnicy walcowata stacja wisiała przecież na

wprost wylotów studni grawitacyjnych. To tak, jakby ktoś ustawił grawiolot na wprost

wielonitkowego tunelu transkontynentalnej lotostrady. Coś wyleciało z nadprzestrzeni pod

niewłaściwym kątem, nie wyhamowało w porę, nie skręciło kiedy trzeba… Bzdura.

W przestrzeni kosmicznej odległości są tak duże, że przystawianie do nich planetarnych miar

nie ma najmniejszego sensu. Stacja o średnicy osiemdziesięciu metrów wisiała na wprost

wylotów tuneli czasoprzestrzennych, to prawda, ale w odległości pół sekundy świetlnej od

nich. Sto pięćdziesiąt tysięcy kilometrów od miejsca, w którym statki wyłaniały się

z nadprzestrzeni. Poza tym silniki manewrowe ustawiały ją zawsze tak, by znajdowała się

poza przypuszczalnymi wektorami nadlatujących jednostek. A gdyby nawet zawiodły tym

razem, to prawdopodobieństwo, że kilkusetmetrowy obiekt wyrzucony ze studni grawitacyjnej

o średnicy od tysiąca do trzech tysięcy kilometrów wyrżnie akurat w stację monitorowania,

było mniejsze niż szansa na trafienie trzy razy z rzędu głównej wygranej w Galotto. To nie

miało prawa się zdarzyć, chyba że…

Chyba że to, co przyleciało na Valis 11, miało za zadanie zniszczyć stację monitorowania!

Charakterystyka zmian napięcia grawitacyjnego wskazywała, że chodzi o bardzo mały

obiekt mający zaledwie jedną ósmą masy sondy korpusu. Co tak niewielkiego mogło

przylecieć z przestrzeni zewnętrznej? – zastanawiał się komandor, gdy jego wyświetlacze

ponownie ożyły. Wypełniające holoekrany dane, zgodnie z przewidywaniami, nie zmieniły się

ani na jotę. Czymkolwiek był przybysz spoza granic Federacji, wyparował bez śladu. Każdy

z namierzonych szczątków należał do zniszczonej stacji. Czujniki masy Rutheforda nie mogły

się mylić.

Zachs pogładził się wolno po gładko ogolonej szczęce. Czyżby był świadkiem jakiejś

nielegalnej operacji na dużą skalę? Słyszał kilkakrotnie o prywatnych sondach wysyłanych do

niezbadanej jeszcze części ramienia. Najbogatsze firmy próbowały w ten sposób wyprzedzić

konkurencję w wyścigu do nowych złóż. Do wybuchu wojny domowej miały możliwość

legalnego wykupienia praw eksploracyjnych w zbadanych przez siebie systemach, potem

jednak ta polityka uległa daleko idącym zmianom, a szesnaście lat temu niespodziewanie

zatrzaśnięto ostatnią furtkę dopuszczającą wielki biznes do bogactw, które czekały wciąż na

odkrycie. Komandor nie wiedział, czym spowodowany był ten ostatni ruch władz, ale

przeczuwał, iż korporacje nie poddały się tak łatwo i nadal robią swoje, tyle że w sekrecie.

Nigdy wcześniej nie natknął się na ślady nielegalnej eksploracji, ale nie wykluczał

możliwości, że zniszczenie stacji było sprawką ludzi, którzy pragnęli zataić swój powrót na

terytorium Federacji. Z każdą chwilą nabierał większej pewności, że tak właśnie jest. Jeśli

przeczucie mnie nie myli – rozmyślał – lada moment studnia numer pięć znów się uaktywni

i statek badawczy korporacji spróbuje wejść do tego systemu, by zaraz wykonać kolejny skok

do innego systemu, najprawdopodobniej niezamieszkanego przez ludzi, ale leżącego już po tej

stronie granicy. Dwa, trzy takie skoki i łamiąca blokadę jednostka rozpłynie się w przestrzeni,

a naukowcy i dane znajdujące się na jej pokładzie trafią – po przesiadce na inne statki – do

siedziby korporacji…

Jednego komandor był bowiem pewien: w żadnej z pięciu studni nie doszło po katastrofie

do napięć świadczących o wykonaniu skoku – mierniki van Vogta w obserwatoriach na

Gammie, stacji korpusu i jego krążowniku nie zanotowały najmniejszego drgnięcia pola

grawitacyjnego po feralnym momencie.

Jego teoria miała wszakże poważną lukę – chodziło o ostatni komunikat stacji, mówiący

o skoku powrotnym, który nieznana jednostka wykonała niespełna pięć sekund po przylocie.

Komandor był pewien, że nawet flota nie dysponuje technologiami pozwalającymi na tak

szybkie wykonanie zwrotu i ponownego skoku, a dla wojska pracowali przecież najlepsi

z najlepszych, którzy jeśli komuś ustępowali, to tylko ekipom zatrudnianym w ośrodkach

badawczych gigantów przemysłu wydobywczego. Czyli korporacji. I tak zamykało się błędne

koło.

Sześć minut. Tyle trwał najkrótszy odwrót w nadprzestrzeń. Zachs nie mógł i nie chciał

uwierzyć w to, że jajogłowi siedzący w kieszeni jakiegoś koncernu dokonali aż tak wielkiego

przełomu. Skrócenie wspomnianego czasu o połowę wydawało się realne, sam przecież

słyszał, jak na odprawach pionu naukowego jego stacji zastanawiano się, czy warto

inwestować w technologie pozwalające na podobne osiągi, ale siedemdziesięciokrotne

przyśpieszenie tego procesu? Nie, to czyste science fiction – uznał po chwili namysłu.

– Komandorze! – z rozważań wyrwał go głos bosmana Honveda, który odpowiadał na tej

wachcie za skanery. – Rejestrujemy wzmożoną aktywność studni numer pięć.

A więc jednak! – ucieszył się Zachs. Kimkolwiek byli dranie, którzy rozpieprzyli stację,

właśnie nadlatywali, pewni swego. Jeśli przeprowadzili dokładne rozpoznanie – a nie

wyobrażał sobie, żeby ktoś, kto ryzykuje miliardy kredytów, robił takie numery w ciemno – to

świetnie znali rozkład lotów frachtowców i wiedzieli, że koloniści będą potrzebowali trzech

dni standardowych na naprawienie wyrządzonych im szkód i odzyskanie pełnej kontroli nad

studniami grawitacyjnymi. Jednego tylko nie mogli przewidzieć: że w pobliżu strefy skoku

znajdzie się przypadkiem krążownik korpusu.

– Ogłosić alarm bojowy – polecił przez ramię.

Zamierzał przekonać współdowódcę, że złoczyńcom należy przygotować naprawdę gorące

powitanie. Załodze przyda się odrobina rozrywki, a kto wie, czy sztab nie doceni takiej

postawy i nie nagrodzi rozpieprzenia nielegalnych eksploratorów czymś więcej niż tylko

zwyczajową pochwałą.

– Napięcie wciąż rośnie – zameldował bosman. – Charakterystyka drgań sugeruje, że może

chodzić o kilka dużych obiektów.

To była niepokojąca wiadomość.

– Jak dużych? – spytał Zachs.

– Odpowiadających co najmniej klasie Sword. – W głosie Honveda dało się słyszeć

zdenerwowanie.

Sword był podstawowym modelem korwety floty. Mierzył od dziobu do rufy sto

dziewięćdziesiąt metrów, nie licząc znajdujących się za kryzą rufową dysz pędnika. To nadal

niewiele w porównaniu z pełnowymiarowym krążownikiem, ale…

– Przy tym tempie wzrostu odczytów możemy spodziewać się przylotu jednostek wielkości

niszczycieli trzeciej generacji – rzucił w kierunku stanowiska dowódcy pionu wojskowego, po

tym jak bosman raz jeszcze przeliczył napływające dane.

– Albo dużych frachtowców – dodał obojętnym tonem kapitan Attanasio, opadając ciężko

na kokon fotela.

Sądząc po roztaczanym zapachu, alarm zastał go w mesie. Nie pytał o sytuację, sprawdził ją

sam, zanim dotarł na mostek. Nie wydawał się jednak zaniepokojony; wierzył niezachwianie

w odstraszającą moc niemal czterystumetrowego okrętu wojennego, a jeszcze więcej nadziei

pokładał w najnowocześniejszych systemach uzbrojenia. Siła ognia Rutheforda dorównywała

niektórym pancernikom poprzedniej generacji. Tylko szaleniec chciałby wejść w kontakt

bojowy z taką potęgą.

– Trzydzieści sekund do wyjścia pierwszego obiektu z nadprzestrzeni! – zameldował

zgodnie z regulaminem Honved, choć wszyscy mieli te dane na swoich wyświetlaczach.

– Dajemy czadu? – spytał Zachs, wskazując głową stanowiska bojowe.

Attanasio spojrzał na niego ze zdziwieniem.

– Chcesz ich rozwalić zaraz po wejściu do systemu?

– Nie – odparł komandor. – Ale myślę, że mały pokaz siły nie zaszkodzi. Te sukinsyny

zniszczyły stację monitorowania, żeby ukryć swój powrót na terytorium Federacji. Jeśli nie

zastosują się do naszych poleceń…

– Tak, wiem, trzy strzały ostrzegawcze w brzuch, a potem zaczynamy negocjacje – mruknął

kapitan, rozcierając palce nad wirtualnymi klawiaturami. Wprowadził kilka komend i nagle

zamarł. – A jeśli to są… – zawiesił znacząco głos, spoglądając na współdowódcę z pionu

nawigacyjnego.

Zachs się skrzywił. Myśl o Obcych odrzucił na samym początku, jako najbardziej

niedorzeczną. Teraz jednak, na kilkanaście sekund przed wyjściem tamtych z nadprzestrzeni,


    Ваша оценка произведения:

Популярные книги за неделю