Текст книги "Chór zapomnianych głosów"
Автор книги: Remigiusz Mróz
Жанры:
Космическая фантастика
,сообщить о нарушении
Текущая страница: 10 (всего у книги 23 страниц) [доступный отрывок для чтения: 10 страниц]
Spojrzeli na niego z zaciekawieniem.
– Ma co najmniej kilkanaście tysięcy lat. Przeprowadziłem symulacje środowiskowe, uwzględniając model przyjęty dla Marsa, zwiększyłem trochę siły, które…
– Słowem, to dość pewny szacunek – wtrącił Gideon.
– Tak.
Zapadła cisza. Wszyscy wlepili wzrok w tajemniczy przedmiot.
– Coś więcej? – zapytał Jeffrey.
– Starałem się to naładować.
– Co takiego?
– Dałem konsze kopa.
Reddington uniósł brwi.
– Allahowi niech będą dzięki, że jeszcze żyjemy – skwitował Dija Udin.
– Najwyraźniej koncha jest owleczona jakimś dielektrykiem, bo nie sposób było początkowo…
– Czym?
– Izolatorem elektrycznym. Nie sposób było się przezeń przebić, ale ciekawie zrobiło się, gdy spróbowałem podładować urządzenie z drugiej strony, tam, gdzie przykładałoby się je do ucha, gdyby było muszlą.
– Mówisz o urządzeniu nie bez powodu, co? – zapytała Ellyse.
Håkon skinął i nabrał tchu.
– Moim zdaniem koncha wykonana jest z jakiegoś rodzaju polimeru przewodzącego, przynajmniej częściowo. Nie licząc zewnętrznej osłony dielektrycznej, z pewnością miała przewodzić ładunki.
– I co nam to daje? – wtrąciła Channary.
– Nic konkretnego.
– Oprócz tego, że możemy być pewni, z czym mamy do czynienia – zauważyła Nozomi.
– Tak. Z urządzeniem.
– Na bombę w każdym razie nie wygląda? – zapytał Gideon.
– Nie. Przy czym „nie wygląda” to dobrze powiedziane. Wszystkie wnioski są raczej na oko.
Reddington wyciągnął papierosa, a potem przeszedł wzdłuż szyby. Zasiadł w końcu na niewielkim białym fotelu i odgiął głowę w tył. Wypuścił dym nosem, jeszcze przez moment milcząc.
– Jak rozumiem, przydałoby się więcej materiałów do badań.
– Byłoby to wysoce wskazane – odparł Lindberg.
– W takim razie musicie przedstawić mi dobry i bezpieczny sposób prześwietlenia tego, co ta planeta chowa pod powierzchnią. A następnie równie roztropną metodę odkopania tego, co będzie nas interesowało.
– Myślałem o tym – wtrącił Hallford. – Do skanowania możemy użyć aparatury Kennedy’ego. Jak każdy krótkodystansowy statek badawczy, ma tego w bród. Wprawdzie brakuje nam ludzi do operowania tymi systemami, ale jakoś sobie z Lindbergiem poradzimy.
Håkon skinął głową, kiedy główny mechanik przeniósł na niego wzrok.
– O żadnym niebezpieczeństwie nie może być mowy, bo wszystko zrobimy z powietrza.
– Świetnie – odparł Jeffrey. – A odkopanie?
– To trochę większy problem, ale i z nim powinniśmy sobie poradzić. Kennedy ma kilka zewnętrznych emitorów, które powinno dać się skonfigurować, by rozganiały materię.
– Chcesz rozwiać cały piasek? – zapytał Reddington.
– W zasadzie tak – przytaknął ochoczo Gideon.
Dowódca pokiwał głową, ostatecznie dając placet.
– Zatem bierzecie prom i w drogę – dodał. – Sprowadźcie tutaj Kennedy’ego, podreperujcie uszkodzone systemy, a potem odkryjemy, co czeka na nas pod powierzchnią tej planety.
4
– Jesteś choćby przyzwoitym pilotem? – zapytał Håkon, gdy znaleźli się na pokładzie niewielkiego wahadłowca. Gabarytami przypominał kawalerkę Lindberga, w której mieszkał podczas studiów na Universitetet i Oslo.
– Daję sobie radę – odrzekł Hallford.
– Dowieziesz nas cało na miejsce?
– Pewnie. Problem pojawiłby się, gdybym miał zabrać nas z powrotem.
Lindberg spojrzał na niego niepewnie. Na jego obliczu nie było cienia uśmiechu.
– Chodzi o to, że im bliżej pola grawitacyjnego jakiegoś ciała niebieskiego, tym masz więcej roboty z astrometrią. Dodasz trochę gazu, to nie ciągniesz w przód, a w górę… przynajmniej, subiektywnie rzecz biorąc, bo relatywnie…
– W porządku. Wierzę ci na słowo.
– Zrelaksuj się, zanuć sobie w myślach jakąś melodię, skup się na przyjemnych rzeczach.
Lindberg pamiętał ze swojej podróży na Accipitera, że lot promem nie należy do najprzyjemniejszych. Wówczas zrzygał się obficie do pojemnika w ścianie, ku uciesze kilku jajogłowych.
– Myślę o Universitetet i Oslo.
– Studiowałeś tam?
– Niestety.
– W takim razie to mało wdzięczny temat do rozmyślań.
Śluza hangaru otworzyła się i próżnia natychmiast wypełniła pomieszczenie. Nie czekając na pozwolenie na start, Gideon ruszył z impetem, niemal ocierając się o brzeg otwartego włazu.
– W twoich czasach też była to najlepsza uczelnia w Europie? – zapytał słabo Lindberg, byleby się czymś zająć.
– Nie wiem, jestem z Ameryki – odparł, wzruszając ramionami. – Ale coś mi świta, że może Zurych? Jest tam coś?
– Eidgenössische Technische Hochschule.
– Brzmi, jakby katowali tam studentów, więc by się zgadzało.
Wahadłowcem zaczęło telepać na tyle mocno, że Lindbergowi momentalnie podeszło do gardła wszystko, co zjadł od powrotu na Accipitera.
– Wygląda, że miałeś niezłe wykształcenie, Lindberg.
– Bo tak było – odparł, zasłaniając rękawem usta. W iluminatorze dostrzegł szybko oddalający się okręt.
– To po cholerę pchałeś się do Ara Maxima? Wybacz, że pytam, ale nigdy nie rozumiałem ludzi, którzy się na to porywali. Wydawało mi się to bezrefleksyjne.
– Chciałem napisać historię kolejnych pokoleń.
– Poważnie?
– Nie.
– Więc co cię skłoniło?
– Kobieta, niskie zarobki, brak rozrywki, monotonia życia i…
– Dobra – uciął Gideon. – Nie powinienem pytać. Ustalmy, że był to kaprys młodości.
– Możliwe, że tak właśnie było – odparł Håkon i się uśmiechnął. Prawdę mówiąc, sam już nie wiedział, dlaczego zdecydował się na to szaleństwo.
– Koniec końców możesz jednak uznać się za szczęściarza.
– Z pewnością.
– Jakby nie było, przeżyłeś całą ludzkość.
Była to cholernie niepokojąca myśl, ale jednocześnie logiczna. Na pokładzie Accipitera nikt już nie oczekiwał transmisji z Alfa Centauri Bb. Porzucili nadzieję, świadomi, że Ziemia może milczeć tylko z jednego powodu.
Byli ostatnimi ocalałymi ze swojej rasy. Taką konkluzję podsuwał zdrowy rozsądek, jakkolwiek irracjonalnie by to nie brzmiało. A mimo to pędzili teraz do porzuconego statku i zamierzali pozostać w tym zakątku kosmosu, by zbadać tajemniczą planetę. Logiczniej byłoby uciekać jak najdalej stąd i zadbać o to, by nikogo więcej nie stracić. Każdy członek załogi był teraz na wagę złota.
Zadokowali w końcu do Kennedy’ego, a potem odczekali, aż prom nawiąże połączenie z systemem pokładowym.
– Co teraz? – zapytał Skandynaw.
– Muszę naprawić parę rzeczy i wyłączyć to, co zżera energię.
– Dolecimy na orbitę? – zapytał Lindberg.
– Może na oparach. Zależy od ilości neutrin.
Håkon skinął głową. Musiała to być zawodowa rezerwa, zapewne nieuzasadniona, bo w przeciwnym wypadku główny inżynier nigdy nie zdecydowałby się na taką misję. Obserwując jego pracę, Lindberg zupełnie odpłynął myślami. Dopiero po kwadransie święcące diody na pulpicie drugiego pilota wyrwały go z zamyślenia. Przesunął palcem po wyświetlaczu, by przyjąć połączenie. Na ekranie ujrzał zafrasowaną Ellyse.
– Co się stało? – zapytał.
Po wyrazie twarzy mógł stwierdzić, że nic dobrego.
– Reddington… – wydukała.
– Co z nim?
Nozomi wbijała wzrok prosto w obiektyw. Håkon czuł, jak przewierca mu się przez oczy.
– Musiał… musiał zarazić się czymś na planecie. Jakaś infekcja, wirus, bakteria…
– Co?
Gideon obrócił się i bez słowa spojrzał na ekran.
– Co z nim się dzieje, Ellyse? – zapytał Skandynaw.
– Nie wiemy. – Potrząsnęła głową, jakby starała się wybudzić z koszmaru. – Nie wygląda to najlepiej… jego paznokcie jakby wysychają, kruszą się… jego oczy, Håkon, gdybyś tylko widział jego oczy…
– Zaszły czarnym bielmem.
Skinęła głową.
– I cieknie z nich ropa – dodał. – Tak samo jak Dayan.
Rozmówczyni potwierdziła milczeniem, a on naraz uzmysłowił sobie, że cokolwiek stało się z pułkownikiem, mogło dotknąć także ich dwojga i Alhassana. Wszyscy byli na planecie, wszyscy oddychali tym samym powietrzem.
– Do kurwy nędzy, nie należało ściągać kasków – szepnął.
– To nie atmosfera, Håkon – odparła słabo Ellyse. – Yael zaraziła się podłączając kombinezon do Hawkinga, a Reddington…
– Dotykając konchy, oczywiście.
Ścierając pył z urządzenia dowódca miał założone rękawice, ale być może nie miało to znaczenia. Lindberg nie znał większości pierwiastków, z których wykonana była muszla. Możliwe, że jakieś cząsteczki przenikały przez skafander.
– Co się z nim teraz dzieje? – włączył się Hallford, podchodząc do stanowiska.
– Jest w ambulatorium, Channary i Jaccard przy nim czuwają. Ma drgawki, wysoką gorączkę, wymiotuje… teraz już samą żółcią – odparła Nozomi i na moment urwała. – Yael też miała takie objawy?
– Nie. W jej przypadku bardziej przypominało to opętanie niż infekcję.
Oficer łącznościowa powoli zamknęła oczy i spuściła głowę.
– Co mamy z nim zrobić? – zapytała. – Gdyby była tu Dayan…
– Nic by nie pomogła.
– Podajemy mu środki neutralizujące patogeny, ale to chyba daremne.
Mówiła, jakby po drugiej stronie nie miała żadnego rozmówcy.
– Umiera na naszych oczach – dodała. – A jeśli ta infekcja roznosi się inną drogą, niż przez dotyk, wszyscy jesteśmy zakażeni. Zresztą Dija Udin dotykał ziemi, kiedy się modlił… wie już, że jest następny.
Lindberg chciał zaoponować, ale szybko zmitygował się, że Ellyse może mieć rację. Spojrzał ponaglająco na swojego towarzysza, a ten skinął głową i wrócił do swoich zadań.
– A ty, Håkon? Dobrze się czujesz? – zapytała.
– W tych okolicznościach jak nowonarodzony.
Nozomi nie odpowiedziała, zawieszając wzrok gdzieś w oddali. Lindberg odchrząknął.
– Musimy przeanalizować to na spokojnie – powiedział. – Jakbyśmy mieli do czynienia z procesami chemicznymi, lub…
– O czym ty mówisz? – weszła mu w zdanie, mrużąc oczy.
– Spokój ducha to fundament.
– Na którym chcesz zbudować swoją koncepcję? Jaką?
Håkon zabębnił palcami o panel komunikacyjny.
– Może to nie infekcja – odezwał się w końcu.
– A co?
– Przynajmniej nie w sensie biologicznym – dodał.
– Ale…
– Yael zaraziła się przez kontakt z komputerem pokładowym, a Reddington przez kontakt z konchą. Przy czym „zarażenie” to chyba nieodpowiednie słowo, skoro to nie rzecz organiczna.
– Co w takim razie?
– Nie wiem. Ale wygląda na to, że nośnikiem są urządzenia elektroniczne.
– To by znaczyło, że nie jesteśmy zainfekowani.
– Mhm – mruknął.
– Ale nie rozwiązuje to problemu. Nadal nie wiem, jak pomóc pułkownikowi.
Håkon miał pewną ideę. Klarowała się dopiero w jego głowie, więc nie zająknął się o niej słowem. Do czasu, jak wrócą na Accipitera, powinien mieć gotowy plan. Nie gwarantował, że Reddington z tego wyjdzie, ale dawał nadzieję.
– Słyszysz? – zapytała Nozomi, a on zorientował się, że odpłynął myślami.
– Słyszę, słyszę – odparł i obrócił się do Gideona. – Ile jeszcze?
– Dwie godziny, może trochę więcej.
Lindberg skinął głową i wrócił do Ellyse.
– Zajmiemy się tym wspólnie, jak uruchomimy Kennedy’ego.
– W porządku, ale…
Urwała, przenosząc wzrok na inny wyświetlacz. Otworzyła usta i krew nagle odpłynęła jej z twarzy. Lindberg nerwowo czekał, aż się odezwie.
– Ellyse? – zapytał, niepewny czy chce otrzymać kolejną informację.
– Nie wierzę…
– Co się dzieje?
– Wywołują nas z pokładu Leavitta… musieli przeżyć! Håkon!
– Co takiego?
– Nie jesteśmy sami! Nie jesteśmy ostatnimi ocalałymi!
Widząc promienny uśmiech dziewczyny, Lindberg również poweselał.
– Nawiązałaś połączenie? – zapytał, kątem oka dostrzegając, że Hallford wstał ze swojego miejsca. Obaj czekali, ale odpowiedź nie nadchodziła.
5
Nozomi wezwała pierwszego oficera na mostek i odpowiedziała na wywołanie przez radio. Przedstawiła się stopniem, imieniem i nazwiskiem, a potem czekała. Połączenie było jedynie dźwiękowe, systemy transmisyjne Leavitta musiały szwankować.
– Brak odpowiedzi – powiedziała.
Siedzący na miejscu nawigatora Dija Udin odwrócił się i spojrzał z niepokojem na wyświetlacz ponad ich głowami. ISS Leavitt zmienił trajektorię lotu i za moment miał znaleźć się tuż nad nimi, na orbicie geostacjonarnej.
– Przecież nas wywoływali – odezwał się Alhassan.
– I nadal to robią. Ale zupełnie jakby… nie czekali na odpowiedź.
– Ellyse? – domagał się jej uwagi astrochemik.
– Nie mam żadnego odzewu, Håkon.
Dija Udin podniósł się z fotela i podszedł do stanowiska radiooperatorki. Stanąwszy za plecami Ellyse, posłał przyjacielowi długie spojrzenie.
– Nie mógłbyś łaskawie się wyłączyć i nie zajmować oficer łącznościowej swoim memłaniem? – zapytał.
– Nie. Jeśli nasza trójka ma podzielić los Reddingtona, chcę wiedzieć, czy są jeszcze ludzie, którzy przeżyli.
– Chyba ustaliliśmy, że to infekcja, która przenosi się przez kontakt z elektroniką – zaoponował Alhassan.
– Niczego nie ustaliliśmy. To tylko robocza hipoteza.
– Mnie się ona podoba.
– Więc przyjmujesz ją za pewnik?
– Może tak, może nie. Niech cię to nie interesuje – odparł Dija Udin.
Nozomi puściła tę wymianę zdań mimo uszu, obserwując wskazania transpondera. Systemy potwierdziły kod ISS Leavitt – okrętu nazwanego na cześć astronomki pracującej na przełomie XIX i XX wieku na Harvardzie, której ludzkość zawdzięczała model kalkulowania odległości pomiędzy ciałami niebieskimi.
– Gdzie ten statek miał lecieć? – zapytał Alhassan.
– Co za różnica? Teraz jest tutaj – odparła Ellyse.
– Taka różnica, że to dziwny timing.
– Co?
– Dziwi mnie, że wszystkie te statki znalazły się tutaj w jednym czasie. My i Kennedy, rozumiem. Ale Nowosybirsk i Leavitt? Przypuszczam, że nie leciały w jednym kierunku.
– Twoja przenikliwość jest porażająca, Alhassan – włączył się Håkon. – Dodaj do tego Hawkinga, który wisi na orbicie od długiego czasu.
– Nadal nie odpowiadają – powiedziała Nozomi, gdy Jaccard wchodził na mostek. Pierwszy oficer skinął głową, a potem zajął swoje miejsce. Dija Udin natychmiast wrócił na stanowisko nawigatora.
– Co z Reddingtonem? – zapytał jeszcze, nim obrócił fotel ku panelom.
– Żyje, ale przeżywa katusze. Channary przebąkuje coś o eutanazji – odparł niemal bezwiednie Loïc. – A teraz chcę wiedzieć, co jest z tym zasranym Leavittem?
– Zajął pozycję tuż nad nami.
– Nie nadają automatycznego przekazu?
– Nie, wygląda, że ktoś wywołuje nas z jednego ze stanowisk na mostku.
Wszyscy zwrócili wzrok na ekran.
– Jak blisko czerwonego karła przelecieli? – chciał się dowiedzieć Jaccard.
Ellyse czym prędzej przywołała dokładny zapis trajektorii lotu.
– Na tyle, że powinno wypalić wszystko na pokładzie – powiedziała.
– W takim razie to kolejna odsłona gry, w której niewątpliwie uczestniczymy – odparł major. – Gdzie jest Nowosybirsk?
– Nadal na obrzeżach systemu. Powoli zmierza ku Drake-Omikron.
Ellyse przemknęło przez myśl, że cmentarzysko niegdyś prężnie rozwijającej się cywilizacji niebawem znajdzie się nie tylko na powierzchni, ale także na orbicie. Wszystkie ziemskie wraki ciągnęły ku niej niczym ćmy do światła.
Jaccard bez przekonania spróbował wywołać obie jednostki. Żadna nie odpowiedziała. Na Nowosybirsku działały emitory antygrawitacyjne i kontrola środowiska – atmosfera była taka, jak na Accipiterze. Z Leavitta nie dochodziły żadne odczyty, ale po bliskim spotkaniu z tutejszą gwiazdą było to zrozumiałe.
– Dwie kolejne latające trumny… – skwitował Loïc.
Odczekał jeszcze chwilę, analizując trajektorie obu statków i wszystkie dostępne dane. W końcu podniósł się ze swojego miejsca.
– Nic więcej nie zrobimy, przynajmniej nie teraz. Wracam do dowódcy. Informujcie mnie, gdyby coś się zmieniło.
– Tak jest – odparła Nozomi.
Pierwszy oficer ruszył w kierunku windy, a wtedy ją olśniło.
– Panie majorze… – powiedziała, a on zatrzymał się w półkroku. – Możemy spróbować jeszcze czegoś.
– Czego?
– Załóżmy, że to jednak nie gra… w tym sensie, że to się z nami nie droczy. Że nie mamy do czynienia z jakimś infantylnym, kosmicznym tworem, który…
– Załóżmy – uciął Jaccard.
– Ta wiadomość musi być możliwa do rozszyfrowania. Otrzymaliśmy nagranie dźwiękowe, tyle mogę stwierdzić na pewno. Nikt nie odpowiada, bo być może nie potrafi odpowiedzieć.
Loïc ściągnął brwi, czekając na konkrety.
– Może tylko wydaje nam się, że ta wiadomość jest pusta – dodała Nozomi, przesuwając ekran na wyświetlaczu. – Może problem tkwi w tym, że nie słyszymy tego, co jest nadawane.
– Wyjaśnij – powiedział pierwszy oficer, oddalając się od windy.
– Ludzkie ucho słyszy dźwięki jedynie od szesnastu herców w górę. Do granicy dwudziestu kiloherców, mniej więcej.
Loïc skinął głową, opierając się o panel obok. Zrozumiał, o co chodzi.
– Podbij to – polecił, choć Ellyse już była w trakcie zwiększania głośności. Wyświetliła wykres, który zdawał się nie wykazywać żadnych dźwięków. Dopiero gdy zmieniła skalę, zobaczyli niewielkie drgnięcia.
– Niemal niewykrywalne – odezwała się do siebie. – Dźwięk rzędu kilku joktoherców…
– Może to być jakiś szum? – zapytał Håkon. Nozomi uświadomiła sobie, że nadal ma otwarty kanał komunikacyjny z Kennedym.
– Nie. Przekazy między statkami nie łapią szumu kosmicznego.
Po chwili mogli już odtworzyć wiadomość. Pierwsze dźwięki kazały im sądzić, że to przypadkowe, pozbawione sensu nagranie. Bulgoczące odgłosy przywodziły na myśl gotującą się wodę. Dopiero po chwili usłyszeli słowa.
To nauczyło się komunikować.
6
Håkona obleciały ciarki, gdy słuchał wypowiadanych słów. Bulgotanie w tle nadal było wyraźne słyszalne, ale na pierwszy plan przebijał się dziwny, chwiejny głos, jakby załamujący się w połowie każdego słowa.
Kluczem było pierwsze wyrażenie.
– Rah’ma’dul…
Gdy tylko padło, Lindberg machinalnie odsunął się od wyświetlacza. Natychmiast zaschło mu w gardle.
– A caelo usque ad centrum…
Łacina. Niegdyś martwy język, na którym oparła się lingua universalis. Cokolwiek do nich przemawiało, sięgnęło do postaw ich cywilizacji. Nabyło zdolność porozumiewania się za pomocą fundamentów ich języka.
Lindberg również je znał. Na Trzecim Szczycie Planetarnym w Genewie przyjęto konwencję o uniwersalnym języku, a przy tym uchwalono także rezolucję o nauczaniu łaciny w szkole podstawowej. Każde dziecko na Ziemi uczyło się jej w pierwszych latach edukacji, jako podstawy dla lingua universalis.
A caelo usque ad centrum. Od niebios do wnętrza, do środka… do ziemi. O co mogło chodzić? O określenie dominimum tego tworu? Jego królestwa? Była to deklaracja mówiąca, że wszystko, co tutaj jest, należy do niego? A może to starało się wytłumaczyć, czym jest Rah’ma’dul?
– Vive ut vivas…
Żyj, abyś mógł żyć. Nie miało to dla Lindberga żadnego sensu. Pierwotnie oznaczało, by postępować nie bacząc na konsekwencje, żyć pełnią życia. W tym przypadku jednak należało odrzucić kontekst. Ta istota go nie znała.
Załoganci w milczeniu oczekiwali na dalszy ciąg wiadomości.
Naraz bulgotanie przerodziło się w cichy, nieprzerywany dźwięk. Stopniowo stawał się coraz głośniejszy, przechodząc w pisk. Początkowo nieprzyjemny, a potem dotkliwy. Håkon zasłonił uszy, ale w niczym to nie pomogło. Usłyszał jeszcze, że twór wypowiada jakieś słowa, ale nie mógł dosłyszeć ani jednego.
Ellyse udało się wyłączyć nagranie.
Przez kilka chwil nikt się nie odzywał.
– Od niebios do ziemi. Żyj, by móc żyć – powiedział w końcu Jaccard. – Co to znaczy? I co to za wizg na końcu?
Na pierwsze pytanie nikt nie potrafił znaleźć odpowiedzi. Na drugie odpowiedziała Nozomi.
– Oczyściłam nagranie – powiedziała po chwili. – Zostało przyspieszone, stąd słowa zlały się w jeden nieprzerwany dźwięk.
Håkon przysunął się do monitora, czując, jak przyspiesza mu serce. Naraz pomyślał o tym, że widział jedną z tych istot na pokładzie Hawkinga. Był najbliżej ze wszystkich. Czuł, że w jakiś sposób ma to znaczenie.
Z głośników doszedł cichy, jednostajny szum. Zwolnione nagranie przywodziło na myśl dźwięki spokojnego oceanu. Pobrzmiewał w nich jakichś metaliczny tembr, ale wyraźnie kojarzyły się z falami.
– Neca eos omnes, deus suos agnoscet…
Ellyse wyłączyła nagranie, gdy tylko rozebrzmiało ostatnie słowo. Lindberg znów machinalnie odsunął się od panelu. Poczuł, jak oplata go fala gorąca.
– Co to znaczy? – zapytał Dija Udin.
– Zabijcie ich wszystkich, Bóg rozpozna swoich – odparł Håkon.
Odwrócił się do Gideona, który trwał w bezruchu, wpatrując się w wyświetlacz. Miał nadzieję, że główny mechanik szybko się otrząśnie i dokończy to, co zaczął. Chciał być na Accipiterze, razem z resztą załogi. Nie na statku-widmo, który dryfował gdzieś na obrzeżach systemu.
– Wszystko to dawne, łacińskie maksymy – powiedziała Nozomi. – Wygląda na to, że istoty nie rozumieją naszej gramatyki, nie posiadły zdolności konstruowania zdań. Operują gotowymi szablonami.
Lindberg skinął głową.
– I najwyraźniej rozumują inaczej niż my – dodał. – Bo nic nie wynika z tych słów. Pierwsza paremia może znaczyć, że jesteśmy w ich domenie, która rozciąga się od nieboskłonu do wnętrza planety. Ale druga? Żyj, byś mógł żyć?
– Może to wyzwanie – zauważył Dija Udin. – Podejmij rękawicę, spróbuj przetrwać to całe gówno, które dla ciebie szykujemy.
– Może – przytaknął Håkon.
– Trzecie w takim razie jest zapowiedzią pożogi – dodał Gideon.
– Niekoniecznie. Może chodzić o to, co już się wydarzyło – zaoponował Skandynaw. – Być może chcą nam przekazać, że nastąpił już przesiew. Zabili wszystkich, Bóg wybrał swoich.
Myśl, że obca cywilizacja wspomniała o istocie nadprzyrodzonej, jaką był bóg, w jakiś sposób działała na Lindberga niepokojąco. A jeszcze bardziej to, że mogli myśleć o sobie w ten sposób – uważać się za tych, którzy „zabili wszystkich, a potem rozpoznali swoich”.
– Wygląda na to, że mamy logiczną całość – odezwał się Jaccard. – Jeśli się nie mylicie, otrzymaliśmy wiadomość, że znajdujemy się na ich terytorium, mamy grać według ich reguł, a istotą gry jest naturalna selekcja.
– Tak to moim zdaniem wygląda – potwierdził Lindberg. – Może to jakaś makabryczna, darwinistowska rozgrywka.
– Nie wydaje mi się – włączyła się Nozomi. – Tyle zachodu po to, żeby tylko…
– Ta cywilizacja może istnieć od eonów, Ellyse – wszedł jej w zdanie Håkon. Nie miał ochoty się z nią sprzeczać, ale czuł, że trafił w sedno. – To wszystko może być dla nich tak znaczące, jak dla nas przydepnięcie mrowiska.
Wymieniali się uwagami jeszcze przez kilka chwil, ale oboje twardo stali na swoich stanowiskach. W końcu zgodzili się co do tego, że słowa te stanowią jakiegoś rodzaju wyzwanie, zachętę, prowokację czy zaproszenie do próby sił. Różnili się tylko w tym, jakie motywacje przyświecają obcej cywilizacji.
– Mam połączenie z systemami Leavitta – powiedziała Ellyse chwilę po tym, jak udało im się osiągnąć konsensus.
– I? – zapytał Loïc.
– Żadnych oznak życia. Ta wiadomość była automatyczna.
– Monitoring pokładowy? – zapytał od niechcenia Jaccard.
– Żadnych nagrań. Ale mam zdalny dostęp, możemy tam zajrzeć.
Szybko przekonali się, że Leavitt jest kolejnym cmentarzyskiem. Ciała były na różnym etapie rozkładu, zdecydowana większość znajdowała się w zniszczonych kriokomorach. Najwyraźniej załoga nie zdążyła ich opuścić, zanim rozpoczął się atak.
Niewiele ponad dwie godziny później Gideonowi udało się uruchomić silniki Kennedy’ego, a potem skierować go ku planecie. Lindberg starał się dokonać koniecznych modyfikacji, by dostosować emitory cząstek do zadania. Nie wydawało się to przesadnie trudne – skład molekularny piasku i materiału, z którego wykonana była technologia obcych, znacznie się różnił. Astrochemik mógł zaprogramować system tak, by stopniowo odkrywał przysypane ziemią budowle.
– Mogę to wszystko zautomatyzować – odezwał się, gdy weszli na orbitę.
– Słucham? – zapytał Gideon.
– Kennedy może sam przeprowadzić całą procedurę.
– Nie musimy być na pokładzie?
– Nie. Będzie bezpieczniej, jeśli się stąd wyniesiemy. Trudno przewidzieć, jaki efekt pociągnie za sobą odkurzanie na tak wielką skalę.
Hallford odetchnął z ulgą. Upewnili się, że Nozomi ma bezpośrednie i stabilne połączenie z systemami okrętu, a potem wrócili na Accipitera. Teraz pozostało tylko odkopać trochę tajemnic… i podjąć rękawicę, która została im rzucona.
7
Podczas gdy Kennedy wykonał pierwszy przelot nad punktem figurującym jako cel Hawkinga, Håkon udał się do ambulatorium. Stanął przed ekranem ochronnym, obserwując, jak dowódca konwulsyjnie zwija się na łóżku.
– Sytuacja bez zmian? – zapytał.
– Tak. – Channary oderwała wzrok od Reddingtona i obróciła się ku rozmówcy. – Ellyse twierdzi, że masz jakiś pomysł.
– To raczej strzał w ciemno.
– Wal – powiedziała, krzyżując ręce na piersi.
– Wydaje mi się, że koncha weszła w jakąś reakcję z kombinezonem. A konkretniej z systemami elektronicznymi, którymi jest napakowany.
– Mówisz, jakby to było chemiczne zjawisko.
– Bo może jest czymś podobnym – odparł. – Tak czy inaczej, wydaje mi się, że to, co dzieje się z Reddingtonem, jest wynikiem kontaktu naszej technologii z ichnią.
– Nie masz żadnego dowodu.
– Najmniejszego.
– Więc co chcesz zrobić?
– Założyć mu tę maskę na twarz.
Spiorunowała go wzrokiem, rozplatając ręce. Przypuszczał, że będzie protestowała, ale po chwili milczenia Channary niespodziewanie skinęła głową.
– Musimy to zrobić nieoficjalnie – powiedziała. – Jaccard nie pozwoli na takie ryzyko.
– Ale ty tak?
– Od dwóch godzin obserwuję katorgę, jaką przeżywa.
Håkon przypomniał sobie o tym, co wcześniej mówił Jaccard – szefowa ochrony sugerowała, by zakończyć męki Jeffreya. Nic więc dziwnego, że była gotowa zaryzykować.
– Pójdę po tę muszlę – powiedziała. – Powiedz mi tylko, jak mam ją przenieść, żeby nie spotkało mnie to samo.
– Nie powinnaś mieć na sobie niczego elektronicznego.
– To twoja fachowa opinia?
– Lepszej nie usłyszysz – odparł Lindberg, zaskoczony własną pewnością. Było to zachowanie nielicujące z zasadami postępowania naukowca. Rzucił niepopartą żadnymi dowodami uwagę, przedstawiając ją jako prawdę objawioną. Uświadomiwszy to sobie, pomyślał, że coś jest z nim nie w porządku.
– Mam nadzieję, że twoja intuicja zazwyczaj się nie myli.
Intuicja? To nie miało nic wspólnego z intuicją, skwitował w duchu. Było to coś więcej – coś, co podpowiadało mu, że nie minął się z prawdą.
Channary skinęła głową, nie doczekawszy się odpowiedzi.
– Idę – powiedziała, jakby sądziła, że Lindberg jeszcze zmieni zdanie.
Nie zmienił, choć zdawał sobie sprawę, że jeśli to obca cywilizacja jakoś na niego wpływa, zapewne jest wodzony za nos.
Sang wróciła po niecałym kwadransie, niosąc muszlę.
– Daj mi ją – powiedział, gdy tylko Channary przekroczyła próg.
Wyciągnął rękę i pewnie chwycił obcy przedmiot. Był zaskoczony swoją reakcją. Cokolwiek się z nim działo, zdawało się zyskiwać na sile.
– Pułkowniku – odezwała się Sang, podchodząc do przesłony.
Reddington nadal wił się na łóżku, jęcząc cicho. Z zapuchniętych oczu wylewała mu się ropa, nieustannie wymiotował żółcią. Sprawiał wrażenie, jakby chciał się zabić, tylko nie wiedział jak.
– Pułkowniku!
Jej próby na nic się nie zdały. Dowódca był w stanie wykluczającym nawiązanie jakiegokolwiek kontaktu. Nie widząc innego rozwiązania, Håkon przyłożył palec do czytnika linii papilarnych, a potem przesunął suwak na wyświetlaczu obok drzwi. Rozsunęły się ze świstem, a Skandynaw wszedł do środka.
– Oszalałeś? – zapytała Channary, zasłaniając usta. – On może zarażać.
– Nie zaraża – odparł Lindberg, podchodząc do dowódcy. Odwrócił konchę, a następnie przyłożył ją do twarzy Jeffreya, jakby była maską.
Szybko przekonał się, że rzeczywiście tak było. Ledwo koncha dotknęła dowódcy, zasklepiła się na jego kościach policzkowych i zassała skórę. Reddington otworzył szeroko oczy i nagle znikło z nich całe cierpienie. Ropa przestała wypływać, a ciało pułkownika się rozluźniło.
– Cokolwiek zrobiłeś… – zaczęła Sang i zawiesiła głos.
– Podziałało.
– Pułkowniku? – zapytała, podchodząc do łóżka.
Jeffrey spokojnie omiatał wzrokiem sufit, sprawiając wrażenie, jakby nie widział dwójki ludzi, którzy nad nim stali.
– Reddington, słyszysz mnie? – zapytał Håkon.
Nie odpowiadał. Odczekali jeszcze chwilę, a potem Channary pochyliła się i potrząsnęła nim lekko. I to jednak nie przyniosło żadnego skutku. Reddington sprawiał wrażenie, jakby znajdował się w innym świecie.
– Trzeba powiadomić Jaccarda – zauważył Lindberg.
– Ty to zrób.
– Dlaczego?
– Cywil lepiej zniesie reprymendę.
Można było z tym polemizować, ale Skandynaw nie miał zamiaru tego robić. Stanął przy interkomie, po czym połączył się z mostkiem. Ledwo zaczął tłumaczyć Loïcowi, co zaszło, a musiał przerwać, by wysłuchać całej litanii przekleństw. Potem pierwszy oficer się rozłączył, zapowiadając rychłe przyjście do ambulatorium.
– Doprawdy, w głowie mi się nie mieści, jak można przejawiać taki imbecylizm – powiedział.
– Uratowało mu to życie – zauważyła Sang.
– Albo na zawsze zrobiło z niego warzywo – odparł Loïc. – Może tamten efekt był przejściowy, może miała miejsce infekcja, lub…
– Przepoczwarzenie – rzucił bezwiednie Lindberg.
Channary i major spojrzeli na niego z konsternacją. Oczekiwali, że skwituje to uśmiechem, ale usta astrochemika nawet nie drgnęły. Mówił poważnie, choć nie miał pojęcia, skąd płynie ta pewność. Popatrzył po towarzyszach, a potem zbył temat machnięciem ręki, jakby wypalił coś zupełnie bezsensownego.
Wiedział jednak, że tak nie było.
Jeszcze przez kilka chwil starali się nawiązać kontakt z pułkownikiem, po czym Loïc ostatecznie uznał, że nie pozostaje im nic innego, jak cierpliwie czekać.
– Zostaniesz z nim, Sang.
– Tak jest.
– A ty chodź ze mną – dodał Jaccard, kierując się ku korytarzowi. – Kennedy zaczął odkopywać ten pagórek.
– I co tam jest?
– Sam zobaczysz.
– Wolałbym już wiedzieć.
Loïc szybkim krokiem skierował się do windy. Gdy drzwi za nimi się zasunęły, wziął głęboki oddech.
– Niemała konstrukcja – odezwał się. – Regularna bryła, połowicznie pokryta czymś metalicznym. Pozostała część sprawia wrażenie, jakby była wykonana z matowego grafitu.
– Jaki to ma kształt?
– Oktagonalny, podobnie jak te kolumny. Najwyraźniej tutejsza cywilizacja miała zamiłowanie do takich kształtów.
Håkon próbował wyobrazić sobie tę budowlę.
– To coś w stylu muzułmańskiej Kopuły na Skale? – zapytał.
– Co?
– Jednej ze świątyń w Jerozolimie, która…
– Tam jest tego tyle, że nie kojarzę ani jednej – odparł Jaccard. – Nie wiem, jak było, zanim Accipiter opuścił Układ Słoneczny, ale w moich czasach sięgały tam korzenie prawie każdej religii.
– Mhm – mruknął Håkon. – W takim razie Wieża Wiatrów z Grecji?
– To po prostu ośmiokątny, niski, srebrno-czarny budynek, Lindberg – odburknął pierwszy oficer. – Zresztą zaraz sam się przekonasz. I to z bliska.
– Opuszczamy Accipitera?
– Jak tylko Kennedy skończy zamiatać w okolicy. Twoje modyfikacje emitorów działają wzorowo.
– Dzięki.
– Nie dziękuj, bo obecnie mam o tobie niezwykle niskie mniemanie – odparł Jaccard, obracając się ku niemu. – To, co zrobiliście z Sang, urąga nie tylko wszelkim standardom, ale też zdrowemu rozsądkowi. Mam nadzieję, że przynajmniej z tego zdajesz sobie sprawę.




























