Текст книги "Rozprawa"
Автор книги: Stanislav Lem
Жанр:
Научная фантастика
сообщить о нарушении
Текущая страница: 3 (всего у книги 6 страниц)
– Tak jest, nawigatorze.
Pirx zwrócił się do Caldera, pierwszego pilota, oczy ich spotkały się, tęczówki tamtego były prawie bezbarwne, odbijały się w nich wielkie okna pokoju:
– Pan jest pilotem?
– Tak.
– Z jakim doświadczeniem?
– Mam ukończony kurs podwójnego pilotażu oraz dwieście dziewięćdziesiąt solowych godzin w przestrzeni na małym tonażu, dziesięć lądowań samodzielnych, w tym cztery na Księżycu, dwa na Marsie i na Wenus.
Pirx zdawał się nie zwracać większej uwagi na tę odpowiedź.
– Burton – zwrócił się do następnego – pan jest elektronikiem?
– Tak.
– Ile rentgenów może pan znieść w ciągu godziny?
Tamtemu drgnęły wargi. Nie był to nawet uśmiech. Zaraz znikł.
– Myślę, że ze czterysta – powiedział, – Najwyżej. Ale trzeba by się potem leczyć.
– Więcej niż czterysta nie?
– Nie wiem, ale chyba nie.
– Skąd pan pochodzi?
– Z Arizony.
– Chorował pan?
– Nie. W każdym razie na nic poważnego.
– Pan ma dobry wzrok?
– Dobry.
Pirx nie słuchał właściwie tego, co mówili. Zważał raczej na dźwięk głosu, jego modulację, brzmienie, na ruchy twarzy, warg, i ogarniała go chwilami irracjonalna nadzieja, że to wszystko jest tylko jednym wielkim a głupim żartem, kpiną, że chciano pobawić się nim, zadrwić z jego naiwnej wiary we wszechmoc technologii. A może ukarać go w ten sposób za to, że tak w nią wierzył? Bo to przecież byli zupełnie zwyczajni ludzie; sekretarka mówiła od rzeczy – cóż znaczy uprzedzenie! Mc Guirra wzięła przecież także za jednego z nich…
Rozmowa była dotąd błaha – gdyby nie ów niezbyt mądry koncept z Panem Bogiem. Nie był mądry na pewno, niesmaczny i prymitywny raczej, Pirx czuł to doskonale, miał się za osobnika ograniczonego do tępoty, tylko przez nią zgodził się… Tamci patrzyli na niego jak przedtem, ale wydało mu się, że rudy, Thomson i obaj piloci przybrali wyraz twarzy aż przesadnie obojętny, jak gdyby nie chcieli dać mu do poznania, że już ze wszystkim przejrzeli jego prymitywną duszę rutyniarza, wytrąconego teraz kompletnie ze znanej sobie, zrozumiałej i bezpiecznej przez to równowagi. Chciał pytać „ich dalej, tym bardziej że milczenie, które poczęło narastać, zwracało się przeciwko niemu, stając się świadectwem jego bezradności, lecz nie mógł: po prostu nic wymyślić; już tylko rozpacz, nie zdrowy rozsądek, podszeptywała, by uczynić coś dziwacznego, na poły szalonego, ale wiedział dobrze, że nic przecież takiego nie zrobi. Czuł, że ośmieszył się, należało zrezygnować z tego spotkania; popatrzył na Mc Guirra.
– Kiedy mogę wejść na pokład?
– Ach, w każdej chwili, nawet dziś.
– Co będzie z kontrolą sanitarną?
– Proszę o tym nie myśleć. Wszystko już załatwione. Inżynier odpowiadał mu niemal pobłażliwie, tak mu się przynajmniej wydało.
– Nie umiem dobrze przegrywać – pomyślał. A głośno rzekł:
– To wszystko. Oprócz Browna wszyscy możecie się uważać za członków załogi. Brown zechce odpowiedzieć mi jutro na pytanie, które mu zadałem. Mc Guirr, ma pan przy sobie te papiery do podpisu?
– Mam, ale nie tu. Są w dyrekcji. Pójdziemy tam?
– Dobrze.
Pirx wstał. Wszyscy uczynili to samo.
– Do zobaczenia – skinął im głową i wyszedł pierwszy. Inżynier dogonił go przy windzie.
– Pan nas nie doceniał, komandorze… Całkowicie odzyskał dobry humor.
– Jak mam to rozumieć?
Winda ruszyła. Inżynier podniósł ostrożnie cygaro do ust, by nie strącić siwego stożka popiołu.
– Naszych chłopców nie da się tak łatwo odróżnić od… zwyczajnych.
Pirx wzruszył ramionami.
– Jeżeli są z tego samego materiału co ja – powiedział – to są ludźmi, a czy powstali przez jakieś sztuczne zapłodnienie w probówce, czy w sposób bardziej obiegowy – nie obchodzi mnie to wcale.
– Och, nie, nie są z tego samego materiału!
– A z jakiego?
– Proszę wybaczyć, to tajemnica produkcyjna.
– Kim pan jest?
Winda stanęła. Inżynier otworzył drzwi, ale Pirx, czekając na odpowiedź, nie ruszył się z miejsca.
– Chodzi panu o to, czy jestem projektantem? Nie. Pracuję w dziale public relations.
– I jest pan kompetentny, by odpowiedzieć mi na kilka pytań?
– Naturalnie, ale chyba nie tu?
Ta sama sekretarka wprowadziła ich do dużego pokoju Konferencyjnego.
Za długim stołem stały dwa rządy foteli w idealnym ordynku. Siedli u końca owego stołu, tam gdzie leżała otwarta teczka z umowami.
– Słucham pana – rzekł Mc Guirr. Popiół spadł mu na spodnie, zdmuchnął go, Pirx zauważył, że inżynier ma przekrwione oczy i nadmiernie równe zęby. Sztuczne pomyślał. – Udaje młodszego, niż jest.
– Czy ci, którzy… nie są ludźmi, zachowują się jak ludzie? Spożywają posiłki? Piją?
– Tak.
– Po co?
– Aby złudzenie było zupełne. Dla otoczenia; rzecz oczywista.
– Więc muszą się potem tego… pozbywać?
– No, tak.
– A krew?
– Proszę?
– Czy mają krew? Serce? Czy krwawią – zranieni?
– Mają… pozory krwi i serca – powiedział Mc Guirr, dobierając słów z wyraźną ostrożnością.
– Co to znaczy?
– Że tylko dobry specjalista lekarz, po wszechstronnym badaniu, mógłby się zorientować…
– A ja nie?
– Nie. Oczywiście, wyłączając zastosowanie jakichś specjalnych urządzeń.
– Rentgena?
– Pan jest domyślny! Ale nie będzie go pan miał na pokładzie.
– Tego nie wymyślił żaden fachowiec – rzekł spokojnie Pirx. – Mogę mieć tyle izotopów ze stosu, ile zechcę, no i muszę też mieć na pokładzie aparaty do defektoskopii; rentgen całkiem mi więc niepotrzebny.
– Nie mamy zastrzeżeń co do tej aparatury, o ile zobowiąże się pan nie używać jej do żadnych innych celów.
– A jeżeli się nie zgodzę?
Mc Guirr westchnął i dusząc cygaro w popielniczce, jakby nabrał do niego nagle obrzydzenia, rzekł:
– Komandorze… pan stara się to nam utrudnić, jak się tylko da!
– To prawda! – serdecznie odparł Pirx. – Więc oni mogą krwawić?
– Tak.
– I to jest krew? Także pod mikroskopem?
– Tak, to jest krew.
– Jakeście to zrobili?
– Imponujące, nie? – Mc Guirr uśmiechnął się szeroko. – Mogę panu powiedzieć tylko bardzo ogólnikowo: zasada gąbki. Podskórnej, specjalnej gąbki.
– To ludzka krew?
– Tak.
– Po co?
– Na pewno nie po to, aby wywieść w pole pana. Proszę zrozumieć, przecież nie dla pana uruchomiona została produkcja kosztem miliardów dolarów! Oni muszą wyglądać tak, być tacy, aby w żadnych okolicznościach nikomu z pasażerów czy innych ludzi nie przyszło nawet do głowy podejrzewać…
– Chodzi o uniknięcie bojkotu waszych „produktów”?
– O to też. No i o komfort, o wygodę psychologiczną…
– A pan potrafi ich rozróżnić?
– Tylko dlatego, że ich znam. No… są sposoby… gwałtowne… ale przecież nie będzie pan używał siekiery!
– Pan mi nie powie, czym oni się różnią od ludzi pod względem fizjologicznym? Oddychanie, kaszel, rumieńce…
– Ach, to wszystko zostało zrobione. Są różnice, pewne, ale powiedziałem już panu: poznałby się na nich tylko lekarz.
– A pod względem psychicznym?
– Mózg mają w głowie! To nasz największy triumf! – rzekł Mc Guirr z prawdziwą dumą. – „Inteltron” umiejscawiał go dotychczas w kadłubie, bo był zbyt wielki. Dopiero my pierwsi przenieśliśmy go do głowy!
– Powiedzmy, drudzy: pierwsza była Natura…
– Cha, cha! No, więc drudzy. Ale szczegóły są tajemnicą. To multistat monokrystaliczny, z szesnastoma miliardami elementów dwójkowych!
– A czy to, do czego są zdolni, także jest tajemnicą?
– Co pan ma na myśli?
– Na przykład to, że mogą kłamać… w jakim zakresie mogą kłamać… że mogą utracić panowanie nad sobą więc i nad sytuacją…
– Owszem. To wszystko możliwe.
– Dlaczego?
– Dlatego, że to nieuniknione. Wszelkie – mówiąc obrazowo – hamulce, wprowadzone w sieć neutronową, czy krystaliczną, są względne, są do pokonania. Mówią to, bo pan powinien znać prawdą. Zresztą, jeśli choć trochę zna pan literaturą przedmiotu, wie pan, że robot, który by zarazem umysłowo dorównywał człowiekowi, a nie był zdolny do kłamstwa czy oszukiwania, jest czystą fikcją. Można produkować albo pełnowartościowe równoważniki człowieka, albo marionetki. Trzeciej drogi nie ma.
– Istota zdolna do pewnych czynów tym samym musi być zdolna do innych czynów, tak?
– Tak. Oczywiście, to jest nierentowne. Na razie przynajmniej. Psychiczna wszechstronność, nie mówiąc nawet o człekokształniości, potwornie kosztuje. Modele, które pan dostaje, są wytworzone tylko w bardzo nielicznych prototypach – jako nieopłacalne. Koszt jednego jest większy od kosztu naddźwiękowego bombowca!
– Co pan mówi!
– Oczywiście, wliczywszy koszty wszystkich badań, które budowę poprzedziły. Będziemy te automaty oferowali produkowane, być może, z taśmy; i pewnie je nawet udoskonalimy, chociaż to już chyba niemożliwe. Dajemy panu to, co mamy najlepszego. Utrata więc panowania nad sobą, jakieś załamanie się, chociaż nie do wykluczenia, będzie z reguły mniej prawdopodobne aniżeli u człowieka w tej samej sytuacji!
– Czy były robione takie doświadczenia?
– Oczywiście!
– I ludzie stanowili próby kontrolne?
– Było i tak.
– Sytuacje katastrofalne? Grożące zagładą?
– Właśnie takie.
– A rezultaty?
– Ludzie są bardziej zawodni.
– A jak z ich agresywnością?
– Chodzi panu o ich stosunek do człowieka?
– Nie tylko.
– Może pan być spokojny. Mają wbudowane inhibitory, tak zwane układy wyładowania wstecznego, amortyzujące niejako potencjały agresji.
– Zawsze?
– Nie, to niemożliwe. Mózg jest układem probabilistycznym, nasz także. Można w nim zwiększać prawdopodobieństwo określonych stanów, ale nigdy nie ma się całkowitej pewności. Mimo to – i pod tym względem przewyższają człowieka!
– A co się stanie, jeśli będę próbował strzaskać któremuś głowę?
– Będzie się bronił.
– Czy będzie usiłował mnie zabić?
– Nie, ograniczy się do obrony.
– A jeśli jedyną możliwością obrony będzie atak?
– Wtedy zaatakuje pana.
– Proszą mi dać te umowy – powiedział Pirx. Pióro skrzypiało w ciszy. Inżynier złożył formularze i schował je do teczki.
– Pan wraca do Stanów?
– Tak, jutro.
– Może pan zakomunikować przełożonym, że postaram się wycisnąć z nich wszystko najgorsze – rzekł Pirx.
– Rozumie się! Na to właśnie liczymy! Bo nawet w tym najgorszym jeszcze są lepsi od człowieka! Tylko…
– Pan chciał coś powiedzieć?
– Pan jest człowiekiem odważnym. Ale… we własnym interesie doradzam ostrożność.
– Żeby się do mnie nie wzięli? Pirx uśmiechnął się mimo woli.
– Nie. Żeby się to nie skrupiło właśnie na panu: bo pierwej, wcześniej, „wysiądą” panu ludzie. Zwykli, poczciwi, zacni chłopcy. Rozumie pan?
– Rozumiem – odparł Pirx. – Czas na mnie. Muszę przejąć dziś statek.
– Mam na dachu helikopter – rzekł Mc Guirr wstając. – Podrzucić pana?
– Nie, dziękuję. Pojadę metrem. Nie lubię ryzykować, wie pan… Więc powie pan przełożonym, jak czarne mam zamiary?
– Jak pan sobie życzy.
Mc Guirr szukał w kieszeni następnego cygara.
– Muszę powiedzieć, że zachowuje się pan raczej dziwnie. Czego pan właściwie od nich chce? To nie są ludzie, tego nikt nie twierdzi. To doskonali fachowcy, a przy tym naprawdę zacni! Mówię panu! Zrobią dla pana wszystko!
– Postaram się, żeby zrobili jeszcze więcej – odparł Pirx.
* * *
Pirx rzeczywiście nie darował Brownowi sprawy Pana Boga i umyślnie zatelefonował do niego następnego dnia; w UNESCO podano mu numer telefonu, dzięki któremu mógł osiągnąć swego „nieliniowego pilota”. Poznał nawet jego głos, gdy nakręcił ów numer.
– Czekałem na pana – powiedział Brown.
– No i jak się pan zdecydował? – spytał Pirx. Było mu przy tym dziwnie ciężko na sercu; znacznie lepiej czuł się, kiedy podpisywał papiery Mc Guirrowi. Wydawało mu się wówczas, że da temu radę. Teraz nie był już taki pewny siebie.
– Miałem mało czasu – rzekł Browri swym równym, miłym głosem. – Dlatego mogę powiedzieć tylko tyle: nauczono mnie podejścia probabilistycznego. Obliczam szansę i na tej podstawie działam. A w tym wypadku – dziewięćdziesiąt dziewięć procent, że „nie”, a może nawet dziewięćdziesiąt dziewięć i osiem dziesiątych, ale jedna setna szansy, że tak.
– Że jest?
– Tak.
– Dobrze. Może się pan zgłosić z innymi. Do zobaczenia.
– Do widzenia – odparł miękki baryton i słuchawka dźwiękła, odłożona. Pirx przypomniał sobie, nie wiedzieć czemu, tę rozmowę, kiedy jechał do portu rakietowego. Nie wiadomo, kto załatwił już wszystkie formalności w kapitanacie – może UNESCO, a może firmy, które mu „wyprodukowały” załogę. Dość, że nie było ani normalnej kontroli sanitarnej, ani też nikt nie żądał papierów jego „ludzi” – a start wyznaczono na godzinę drugą czterdzieści pięć, to znaczy miał się odbyć wtedy, gdy ruch jest najmniejszy. Trzy spore satelitarne przekaźniki dla Saturna znajdowały się już w lukach. „Goliat” był statkiem średniego tonażu, z wysoką automatyzacją obsługi; niezbyt duży – ledwo sześć tysięcy ton masy spoczynkowej – ale wypuszczony ze stoczni dopiero przed dwoma laty, posiadał doskonały, zupełnie pozbawiony wahań termicznych stos na szybkie neutrony, który zajmował dosłownie dziesięć metrów sześciennych, a więc tyle co nic, a miał nominalną moc czterdziestu pięciu milionów koni, ze szczytem w siedemdziesięciu dla przyspieszeń krótkotrwałych.
Pirx właściwie nie wiedział nic o tym, co się z jego „ludźmi” działo w Paryżu – czy zatrzymali się w hotelu, czy jakaś firma wynajęła im mieszkanie (a nawet przeszła mu przez głowę tyleż groteskowa, co makabryczna myśl, że ich tam jakoś inżynier Mc Guirr „powyłączał” i na te dwa dni powkładał do skrzyń) – ani nawet, jak się dostali do portu.
Czekali w osobnym pokoju kapitanatu, przy czym wszyscy mieli walizki, jakieś zawiniątka i małe nesesery z dyndającymi przy uchwytach wizytówkami. Pirxowi, kiedy to widział, mimo woli przechodziły przez myśl różne idiotyczne dowcipy, że pewno mają tam klucze francuskie i toaletowe oliwiarki, i tak dalej. Ale nie było mu wcale do śmiechu, kiedy, przywitawszy się z nimi, złożył uprawnienia i papiery, niezbędne dla potwierdzenia gotowości startowej, po czym, dwie godziny przed wyznaczonym czasem, wyszli na płytę oświetloną jedynym reflektorem i gęsiego ruszyli ku białemu jak śnieg „Goliatowi”. Wyglądał trochę jak olbrzymia, świeżo wypakowana głowa cukru.
Start nie był problemem. „Goliatem” dałoby się wystartować bez żadnej niemal pomocy, nastawiwszy tylko programy wszystkich automatycznych i półautomatycznych urządzeń. Nie minęło ani pół godziny, a już pozostawili za sobą nocną półkulę Ziemi z jej fosforyczną wysypką miast; Pirx wyjrzał wtedy, bo chociaż atmosferę, którą swymi promieniami o świtaniu słońce czesze „pod włos”, widział z przestrzeni niejednokrotnie, wspaniałe to widowisko – ów olbrzymi sierp tęczy płonącej – jeszcze mu się wcale nie znudziło. Minąwszy parę minut potem ostatniego nawigacyjnego satelitę, w gęstym ciurkaniu i popiskiwaniu sygnałów, którymi pęczniały pracujące maszyny informacyjne („elektronowa biurokracja Kosmosu”, jak je Pirx nazywał), wyszli ponad ekliptykę. Pirx polecił wówczas pierwszemu pilotowi, aby pozostał przy sterach, a sam udał się do swojej kajuty. Nie minęło ani dziesięć minut, gdy usłyszał pukanie.
– Proszę!
Wszedł Brown. Zamknął starannie drzwi, podszedł Pirxa, który siedział na swojej koi, i odezwał się stłumionym głosem:
– Chciałbym z panem porozmawiać.
– Proszę. Niech pan siada.
Brown opuścił się na krzesło, ale jakby uznawszy, odległość, jaka ich dzieli, jest zbyt wielka, przysunął je bliżej, przez chwilę milczał z opuszczonymi oczami, nagle patrzył prosto w twarz dowódcy i rzekł:
– Chcę panu coś powiedzieć. Ale muszę prosić o dyskrecję. O słowo, że pan tego nikomu nie powtórzy.
Pirx uniósł brwi.
– Tajemnice?
Namyślał się przez kilka sekund.
– Zgoda, nie powtórzę tego nikomu – powiedział wreszcie. – Słucham.
– Jestem człowiekiem – rzekł tamten i urwał, patrz: Pirxowi w oczy, jakby pragnął sprawdzić efekt tych słów. Pirx jednak, z wpółprzymkniętymi powiekami, oparty głową o ścianę wyścielaną białym pianoplastykiem, trwał ruchu.
– Mówię to, bo chcę panu pomóc – zaczął tamten tak, jakby mówił coś, co już poprzednio sobie obmyślił. – Kiedy składałem ofertę, nie wiedziałem, o co chodzi. Takich jak ja było na pewno wielu – ale przyjmowano nas oddzielnie, abyśmy nie mogli się poznać ani nawet zobaczyć. O tym, co właściwie mi przeznaczają, dowiedziałem się dopiero, kiedy zostałem definitywnie wybrany, po wszystkich lotach, próbach i testach. Musiałem wtedy zaręczyć, że absolutnie nic nie wyjawię. Mam dziewczynę, chcemy się pobrać, ale były trudności finansowe – a to mnie urządzało wprost nadzwyczajnie, bo dali mi od razu osiem tysięcy, a drugie tyle mam dostać po powrocie z tego rejsu bez względu na jego rezultat. Mówię panu wszystko, jak było, bo chcę. aby pan wiedział, że jestem w tej sprawie w porządku. Prawdę mówiąc, w pierwszej chwili nie zdawałem sobie sprawy z tego,, o jaką stawkę idzie gra. Dziwaczny eksperyment i tyle – tak początkowo myślałem. Ale potem zaczęło mi się to coraz mniej podobać. Przecież, w końcu, to jest kwestia jakiejś elementarnej solidarności międzyludzkiej. Mam milczeć wbrew ich interesom? Uznałem, że mi nie wolno. Czy pan tak nie sądzi?
Pirx milczał, więc tamten po chwili podjął, ale już jakby odrobinę mniej pewnie:
– Z tej czwórki nie znam nikogo. Przez cały czas trzymano nas oddzielnie. Każdy miał własny pokój, własną łazienkę, własną salę gimnastyczną, nie stykaliśmy się nawet przy posiłkach, dopiero przed samym wyjazdem do Europy mogliśmy jadać wspólnie przez trzy dni. Dlatego nie mogą panu powiedzieć, który z nich jest człowiekiem, a który nie. Na pewno nie wiem nic. Podejrzewam jednak…
– Zaraz – przerwał mu Pirx. – A dlaczego odpowiedział mi pan na pytanie o Bogu, że zajmowanie się tą kwestią „nie jest pana obowiązkiem”?
Brown poprawił się ha krześle, poruszył nogą i patrząc w czubek bucika, którym rysował podłogę, powiedział cicho:
– Bo ja właściwie już wtedy byłem zdecydowany wszystko panu powiedzieć i – pan wie, jak to jest: na złodzieju czapka gore. Bałem się, żeby Mc Guirr nie wyczuł jakoś mojej decyzji. Więc kiedy pan mnie spytał, odpowiedziałem w taki sposób, żeby jemu wydało się, że mam zamiar zachować solennie tajemnicę i na pewno nie pomogę panu zorientować się w tym, kim naprawdę jestem.
– Więc umyślnie odpowiedział pan w taki sposób ze względu na obecność Mc Guirra?
– Tak.
– A wierzy pan w Boga?
– Wierzę.
– I myślał pan, że robot nie powinien wierzyć?
– No tak.
– I że gdyby pan powiedział „wierzę”, można by się łatwiej domyślić tego, kim pan jest?
– Tak. Tak właśnie było.
– Ale przecież i robot może wierzyć w Boga – powiedział Pirx po sekundzie, tonem lekkim, jakby mimochodem, aż tamten oczy szerzej otworzył.
– Co pan mówi?
– Uważa pan, że to niemożliwe?
– Nigdy nie przyszłoby mi to do głowy…
– Zostawmy to. Rzecz jest – przynajmniej w tej chwili – bez znaczenia. Pan mówił o jakichś swoich podejrzeniach…
– Tak. Wydaje mi się, że ten ciemny – Burns – nie jest człowiekiem.
– Dlaczego panu się tak wydaje?
– To są drobiazgi, trudne do uchwycenia, ale w sumie się liczą. Najpierw – kiedy siedzi albo kiedy stoi, w ogóle się nie porusza. Jak posąg. A przecież pan wie, że żaden człowiek nie może długo przebywać idealnie w tej samej pozycji. Gdy się robi niewygodnie, noga ścierpnie – człowiek się mimo woli poprawi, poruszy, dotknie twarzy, a on wprost zastyga.
– Zawsze?
– Nie. Właśnie, że nie zawsze, i to mi się wydało szczególnie znamienne.
– Dlaczego?
– Myślę sobie, że on wykonuje takie drobne, niby to mimowolne poruszenia, kiedy o tym specjalnie pamięta, a kiedy zapomni – nieruchomieje. Natomiast u nas jest odwrotnie: my właśnie musimy się wytężyć, żeby pozostać jakiś czas bez ruchu.
– Coś w tym jest. Co więcej?
– On wszystko je.
– Jak to „wszystko”?
– Cokolwiek dają. Jemu jest zupełnie wszystko jedno. Zauważyłem to już wiele razy, także w podróży, kiedy lecieliśmy przez Atlantyk. I w Stanach jeszcze, i w restauracji na lotnisku – je zupełnie obojętnie to, co podadzą, a przecież każdy ma zwykle jakieś upodobania, no i czegoś tam nie lubi.
– To nie żaden dowód.
– Ach, nie, pewno, że nie. Ale razem z tamtym, wie pan. Poza tym jeszcze jedna rzecz.
– No?
– On nie pisze listów. Tego to już nie mogę być stuprocentowo pewny, ale sam na przykład widziałem, jak Burton wrzucał w hotelu list do skrzynki.
– A wolno wam pisać listy?
– Nie.
– Jak widzę, pilnie przestrzegacie warunków umowy! – mruknął Pirx. Wyprostował się na łóżku i przybliżając twarz do twarzy Browna, powoli spytał:
– Dlaczego złamał pan dane słowo?
– Co? Co pan mówi?! Komandorze!
– Przecież dał pan słowo, że zachowa swoją identyczność w tajemnicy.
– A! Tak. Dałem. Uważam jednak, że są sytuacje, w których człowiek nie tylko ma prawo to zrobić, ale jest to nawet jego obowiązkiem.
– Na przykład?
– To właśnie jest taka sytuacja. Wzięli metalowe kukły, okleili je plastykiem, uróżowali, przemieszali z ludźmi, jak fałszywe karty, i chcą zrobić na tym wielkie pieniądze. Myślę sobie, że każdy uczciwy człowiek postąpiłby tak jak ja – czy nikt nie przyszedł z tym do pana?
– Nie. Pan jest pierwszy. Ale dopiero co wystartowaliśmy… – rzekł Pirx, a choć powiedział to zupełnie obojętnie, słowa nie były pozbawione ironii; Brown jednak, jeśli to zauważył, nie dał po sobie nic poznać.
– Będę się starał w dalszym ciągu pomagać panu podczas całego rejsu. I zrobię ze swej strony wszystko, co pan uzna za wskazane.
– Po co?
Brown zamrugał lalkowatymi rzęsami.
– Jak to – po co? Żeby panu łatwiej przyszło odróżnić ludzi od nieludzi…
– Pan wziął tych osiem tysięcy dolarów, Brown.
– Tak. I co z tego? Zostałem zaangażowany jako pilot. Jestem pilotem. I to nie najgorszym.
– Po powrocie weźmie pan drugie osiem tysięcy, za tych kilka tygodni Za taki rejs nikt nie daje nikomu szesnastu tysięcy dolarów, ani pilotowi pierwszej klasy kosmodromicznej, ani locmanowi, ani nawigatorowi. Nikomu. Więc dostał pan te pieniądze za milczenie. Nie tylko wobec mnie; wobec wszystkich – konkurencji tych firm chociażby. Chcieli uchronić pana od wszelkich pokus.
Tamten patrzał na niego z osłupieniem na swej ładnej twarzy.
– To pan ma mi jeszcze za złe, że sam przyszedłem i powiedziałem?…
– Nie. Nie mam panu niczego za złe. Postąpił pan jak uważał pan za właściwe. Jaki jest pana IQ?
– Iloraz inteligencji? Sto dwadzieścia.
– To dosyć, żeby się pan orientował w różnych stawowych rzeczach. Niech no mi pan powie, co ja właściwie mam z tego, że pan podzielił się ze mną swoimi podejrzeniami na temat Burnsa?
Młody pilot wstał.
– Komandorze, proszę wybaczyć. Jeżeli tak – to było nieporozumienie. Chciałem najlepiej. Ale wobec tego, że pan uważa, że ja… jednym słowem, proszę o tym zapomnieć… i pamiętać tylko…
Nie dokończył na widok uśmiechu Pirxa.
– Siadaj pan. Siadajże pan, no! Brown usiadł.
– Czego pan nie dopowiedział? O czym mam pamiętać? O tym, że obiecałem nie powtórzyć nikomu naszej rozmowy? Prawda? No, bo gdybym ja z kolei uznał, że mogę ją powtórzyć? Cicho! Nie przerywa się dowódcy. Widzi pan, to nie jest taka prosta sprawa. Pan przyszedł do mnie w zaufaniu – i zaufanie to umiem ocenić. Ale… co innego zaufanie, a co innego – rozsądek. Powiedzmy, że ja już wiem na pewno, dzięki panu, kim pan jest i kim – Burns. Co będę z tego miał?
– To… już pana rzecz. Pan ma, po tym rejsie, ocenić przydatność…
– O, właśnie! Przydatność każdego. Ale przecież pan sobie nie myśli, Brown, że ja będę pisał nieprawdę? Że ja| minusy powpisuję nie tym, którzy będą gorsi, ale tym, którzy nie są ludźmi?
– To nie jest moja rzecz – sztywno zaczął pilot, poruszając się niespokojnie na krześle podczas tej przemowy. Pirx zmierzył go oczami tak, że zamilkł.
– Tylko proszę nie zgrywać mi tu takiego karnego kaprala, który wyżej swego paska nie patrzy. Jeżeli pan jest człowiekiem i poczuwa się do solidarności z ludźmi, to musi pan próbować oceny całej tej historii i czuć własną odpowiedzialność…
– Jak to „jeżeli”? – tamten drgnął. – Pan mi nie wierzy? To… to pan myśli…
– Ale skąd! Tak mi się powiedziało! – szybko odparował jego słowa Pirx. – Wierzę panu. Jasne, że panu wierzę, ponieważ pan się już zdradził, a ja nie mam zamiaru oceniać tego pod względem moralnym czy tam innym, proszę, aby pan nadal utrzymywał ze mną pozasłużbowy kontakt i mówił mi o wszystkim, co pan zauważy.
– Teraz to już nic nie rozumiem – powiedział Brown i mimo woli westchnął. – Najpierw beszta mnie pan, a teraz…
– To są dwie różne sprawy, Brown. Skoro powiedział mi pan to, czego nie miał mówić, jakieś wycofywanie się byłoby zupełnie bez sensu. Inna rzecz, naturalnie, z tą forsą. Może i należało mówić. Ale, na pana miejscu, tych pieniędzy bym nie brał.
– Co? Ależ… ależ, panie komandorze – Brown szukał rozpaczliwie argumentów, aż znalazł: – Oni by się natychmiast zorientowali, że złamałem umowę! Jeszcze by mnie zaskarżyli…
– To jest pańska rzecz. Nie mówię, że ma pan oddać te pieniądze. Obiecałem dyskrecję i nie mam zamiaru mieszać się do tego. Powiedziałem tylko, zupełnie prywatnie i nieobowiązująco, co ja bym na pana miejscu zrobił, ale pan nie jest mną, ja nie jestem panem, i na tym koniec. Czy jeszcze coś?
Brown potrząsnął głową, otworzył usta, zamknął je, wzruszył ramionami, okazując coś więcej niż rozczarowanie przebiegiem rozmowy, ale już nic nie powiedział i wyprostowawszy się odruchowo przed odejściem – wyszedł.
Pirx odetchnął pełną piersią. Niepotrzebnie wyrwało mu się to: „jeżeli pan jest człowiekiem” – pomyślał z naganą. – Co za piekielna gra! Diabli go wiedzą, tego Browna, Albo jest człowiekiem, albo to chwyt zastosowany umyślnie, aby nie tylko wprowadzić mnie w błąd, lecz dodatkowo przekonać się jeszcze, czy nie zamierzam używać jakichś sprzecznych z umową sposobów, by ich rozróżnić… W każdym razie tę część rozgrywki przeprowadziłem chyba nie najgorzej? Jeśli mówił prawdę, powinien odtąd czuć się trochę nieswojo we własnej skórze, po tym wszystkim, com mu nagadał. A jeżeli nie… to znów nic mu w ogóle nie Powiedziałem. Co za historia! A tom się wpakował w kabałę!
Nie mogąc spokojnie usiedzieć, zaczął chodzić tam i z powrotem po kabinie. Odezwał się brzęczyk; to był Calder ze sterowni; uzgodnili poprawki kursowe i przyspieszę: na noc, po czym Pirx usiadł i wpatrzył się przed siei myśląc nie wiadomo co czyni ze ściągniętymi w supły brwiami gdy ktoś zapukał. A to co znowu? – pomyślał.
– Proszę! – rzekł głośno.
Do kajuty wszedł neurolog, lekarz i cybernetyk zarazem – Burns.
– Czy można?
– Proszę, niech pan siada. Burns uśmiechnął się.
– Przyszedłem, żeby panu powiedzieć, że nie jestem człowiekiem.
Pirx, razem z krzesłem, obrócił się ku niemu gwałtownie.
– Jak proszę? Że pan nie jest…
– Nie jestem człowiekiem. I stoję – w tym eksperymencie – po pańskiej stronie.
Pirx odetchnął głęboko.
– To, co pan mówi, ma oczywiście pozostać między nami? – powiedział.
– Pozostawiam to pana uznaniu. Mnie na tym nie zależy.
– Jak to?…
Tamten znowu się uśmiechnął.
– To całkiem proste. Działam z egoizmu. Jeżeli wyda pan pozytywną opinię o „nieliniowcach”, wywoła to produkcyjną reakcję łańcuchową. To jest więcej niż prawdopodobne. Tacy jak ja zaczną się pojawiać masowo – i nie tylko na statkach kosmicznych. Wywoła to fatalne konsekwencje u ludzi – powstanie nowy rodzaj dyskryminacją nienawiści, z wszystkimi wiadomymi rezultatami. Przewiduję to, ale, powtarzam, działam przede wszystkim z pobudek osobistych. Jeśli istnieję sam, jeśli takich jak ja; jest dwóch czy dziesięciu, nie ma to żadnego znaczenia społecznego – zginiemy po prostu w masie, nie dostrzeżeni i niedostrzegalni. Będę – będziemy mieli przed sobą przyszłość podobną do przyszłości każdego człowieka, z nader istotną poprawką na inteligencję oraz szereg specjalnych umiejętności, jakich ów zwykły człowiek nie ma. Osiągniemy więc niejedno, ale tylko wtedy, jeśli do uruchomienia masowej produkcji nie dojdzie.
– Tak – w tym coś jest… – powiedział powoli Pirx. Miał w głowie lekki zamęt. – Ale dlaczego nie zależy panu na dyskrecji? Czy nie obawia się pan, że firma, która…
– Nie. Wcale się nie obawiam. Niczego – powiedział tym samym spokojnym tonem wykładu Burns. – Jestem niesamowicie kosztowny, panie nawigatorze. W to tutaj – dotknął ręką piersi – włożono miliardy dolarów. Nie przypuszcza pan chyba, że rozgniewany fabrykant każe mnie rozkręcić na śrubki? Mówię to oczywiście przenośnie, bo nie mam w ciele żadnych śrubek… Zapewne, będą wściekli, ale mojej sytuacji to nie zmieni. Prawdopodobnie będę musiał pracować w tej firmie – ale cóż mi to szkodzi? Wolę nawet tam, niż gdzie indziej, gdyż znajdę tam lepszą opiekę w razie… choroby. Nie sądzę także, by usiłowali mnie uwięzić. Właściwie – po co? Stosowanie przemocy mogłoby się dla nich samych bardzo smutno skończyć. Pan wie, jaką potęgą jest prasa…
On myśli o szantażu – błysnęło Pirxowi. Miał wrażenie, że to sen. Słuchał jednak dalej, z największą uwagą.
– Tak zatem, teraz pan już rozumie, czemu pragnę, aby pana opinia o nieliniowcach wypadła negatywnie.
– Tak. Rozumiem. Czy – może mi pan wskazać, kto jeszcze spośród załogi…?
– Nie. To znaczy, nie mam pewności, a przypuszczeniami mógłbym panu więcej zaszkodzić, niż pomóc. Lepiej mieć zero informacji, niż być zdezinformowanym, bo oznacza to informację ujemną, mniejszą od zera.
– Tak. Hm. W każdym razie – bez względu na pana pobudki – dziękuję panu. Tak. Dziękuję. Czy… mógłby pan wobec tego powiedzieć mi coś o sobie? Mam na myśli kwestie, które mogłyby mi pomóc…
– Domyślani się, o co panu chodzi. O tym, jak jestem zbudowany, nic nie wiem, podobnie jak i pan nie wie nic o swojej anatomii czy fizjologii, przynajmniej nie wiedział Pan, dopóki nie przeczytał jakiegoś podręcznika biologii. Ale ta strona konstrukcyjna chyba mało pana interesuje i chodzi panu raczej o psychiczną? O nasze – słabe miejsca?
– O słabe miejsca też. Ale – wie pan – każdy w końcu coś niecoś wie o swoim organizmie, to nie jest wiedza naukowa, ale wynikła z doświadczenia, samoobserwacji.
– Oczywiście, organizmu się przecież używa i mieszkaj w nim… to daje okazję do obserwowania…
Burns znów się uśmiechnął, jak poprzednio, ukazując równe – ale nie nazbyt równe – zęby.
– Więc mogę pana pytać?
– Proszę.
Pirx usiłował zebrać myśli.
– Czy to mogą być pytania… niedyskretne? Wręcz intymne?
– Nie mam nic do ukrycia – powiedział tamten po prostu.
– Czy spotkał się pan już z taką reakcją, jak zaskoczenie, strach i odraza, spowodowane tym, że pan nie jest człowiekiem?
– Owszem, raz jeden, podczas operacji, przy której asystowałem. Drugim asystentem była kobieta. Wiedziałem już wtedy, co to jest.
– Nie zrozumiałem pana…
– Wiedziałem już wtedy, co to jest kobieta – wyjaśnił Burns. – Z początku nie było mi nic wiadomo o istnieniu płci…
